Miał chronić myśliwce, a rozbił się przed pierwszą misją. Co mówi to o marzeniu USA?

W czerwcu 2025 roku dowiedzieliśmy się, że Siły Powietrzne Stanów Zjednoczonych oficjalnie nadały oznaczenia YFQ-42A i YFQ-44A swoim pierwszym bezzałogowym myśliwcom prototypowym. Wtedy to po raz pierwszy w historii oznaczenie “F” (fighter – myśliwiec) zostało przypisane właśnie latającym dronom, ale wygląda na to, że sama droga od projektu do systemu na służbie będzie trudniejsza.
F-A-XX

F-A-XX

Rozbił się “Dark Merlin”. Nowa era wojny w powietrzu dostała pierwszy bolesny sygnał

Z nowymi programami lotniczymi jest dziś pewien problem. Zanim maszyna na dobre wejdzie do służby, to zdąży już obrosnąć legendą, grafikami koncepcyjnymi i opowieściami o tym, że właśnie patrzymy na początek następnej epoki. Tak samo wygląda to w przypadku bezzałogowych “skrzydłowych”, którzy mają nie tylko wspierać pilotów, ale wręcz zmienić logikę walki w powietrzu, dorzucając lotnictwu to, czego od dawna mu brakuje – masę, skalę i możliwość ryzykowania bez ryzykowania życia człowieka.

W teorii brzmi to jak idealna odpowiedź na czasy coraz droższych myśliwców, przeciążonych budżetów i konfliktów, w których przewagę ma już nie tylko ten, kto ma najlepszą platformę, ale też ten, kto potrafi wysłać ich w powietrze odpowiednio dużo. Nic więc dziwnego, że temat półautonomicznych maszyn bojowych wraca dziś regularnie obok dyskusji o F-47, myśliwcach szóstej generacji, południowokoreańskich “lojalnych skrzydłowych” czy nowych pokładowych UCAV (bojowych bezzałogowcach). Problem w tym, że od chwytliwej wizji do powtarzalnego, bezpiecznego i przewidywalnego sprzętu droga jest znacznie dłuższa, niż mogłoby się nam wydawać. Przypomniał o tym właśnie pierwszy wypadek YFQ-42A.

YFQ-42A to nie był “jeden z wielu dronów”

6 kwietnia 2026 roku prototyp bezzałogowego samolotu General Atomics uczestniczącego w programie Collaborative Combat Aircraft uległ wypadkowi krótko po starcie z firmowego lotniska na pustynnym obszarze Kalifornii. Nikt nie ucierpiał, ale loty testowe wstrzymano do odwołania, a producent rozpoczął dochodzenie mające ustalić przyczynę zdarzenia.

Czytaj też: Bez huku, bez łusek i bez dymu. Chiny ścisnęły broń przyszłości do rozmiaru pistoletu

Następca myśliwców YFQ-42A to nowa broń specjalna USA

Sam moment wypadku jest dla General Atomics wyjątkowo niewygodny, bo program w ostatnich miesiącach wyraźnie przyspieszył. Amerykańskie siły powietrzne informowały pod koniec sierpnia 2025 roku, że YFQ-42A wzbił się w powietrze w ramach prób w locie, a firma jeszcze w lutym 2026 roku chwaliła się pierwszą półautonomiczną misją powietrzną z wykorzystaniem zewnętrznego oprogramowania autonomii. Zaledwie kilkanaście dni później General Atomics nadało maszynie nazwę “Dark Merlin”, próbując dopisać do projektu bardziej wyrazisty charakter i własną tożsamość marketingową.

YFQ-42A na pokazie. Zdjęcie opublikowane na profilu: CAVU Publicastions, LCC

Właśnie dlatego ten incydent tak mocno wybija się ponad zwykłe “testowy prototyp uległ awarii”. Rozbita maszyna była bowiem jedną z kilku produkcyjnie reprezentatywnych platform wykorzystywanych w fazie dojrzewania technicznego i redukcji ryzyka, a pozostałe egzemplarze latały regularnie w ramach programu testowego. To oznacza, że nie rozbił się wyłącznie laboratoryjny demonstrator zbudowany po to, żeby sprawdzić kilka podstawowych założeń, ale element programu, który miał już pokazywać dojrzewającą formę projektu.

Czy ten incydent wykolei program CCA?

Oczywiście nie jest to wpadka na skalę historyczną. Programy lotnicze, zwłaszcza wojskowe, przechodzą przez awarie, wypadki i twarde korekty pierwotnych (zwykle ambitnych) założeń. Z tej perspektywy sama katastrofa nie jest dowodem na to, że koncepcja “lojalnych skrzydłowych” była od początku błędna. Wręcz przeciwnie – właśnie po to prowadzi się intensywne testy rozwojowe, żeby problemy wychwycić, zanim trafią na służbę. Jednocześnie nie ma sensu udawać, że nic się nie stało. CCA miał być pokazem szybkości, prostoty i przemysłowej zwinności, co podkreślał plan podjęcia decyzji produkcyjnej najpóźniej do 30 września 2026 roku. Kiedy więc jeden z głównych kandydatów rozbija się kilka miesięcy przed tak ważnym momentem, to każde opóźnienie, każda korekta i każda dodatkowa analiza zaczynają ważyć więcej niż wcześniej.

Czytaj też: Jak działa klasyczny okręt podwodny, gdy nie widać go na powierzchni?

Problem firmy General Atomics polega też na tym, że po drugiej stronie barykady stoi producent Anduril ze swoim YFQ-44A, który według informacji z lutego 2026 roku wszedł już w fazę lotów z podwieszonym, nieuzbrojonym uzbrojeniem treningowym. YFQ-42A dopiero zbliżał się do podobnego etapu, co w praktyce oznacza to, że jeszcze przed katastrofą program GA-ASI nie miał wyraźnej przewagi. Warto też pamiętać, że do tego dochodzi trzeci gracz. bo w grudniu 2025 roku lotnictwo USA przyznało oznaczenie YFQ-48A maszynie Northrop Grumman Project Talon, podkreślając, że pozostaje ona mocnym kandydatem w programie CCA.

Najciekawsze pytanie dotyczy dziś nie awarii, ale całej filozofii programu

CCA od początku opiera się na bardzo kuszącej obietnicy: maszyny mają być wystarczająco zaawansowane, by działać obok myśliwców, ale zarazem na tyle tańsze i prostsze, by można było budować je szybciej, kupować w większej liczbie i wysyłać tam, gdzie straty są wpisane w kalkulację. Brzmi świetnie, ale taka kombinacja jest piekielnie trudna. Sprzęt, który ma latać szybko, współpracować z człowiekiem, reagować na dynamiczne sytuacje bojowe, przenosić różne ładunki i jeszcze pozostawać “relatywnie tani”, z definicji balansuje na granicy sprzecznych oczekiwań. Właśnie dlatego każdy taki wypadek wywołuje pytanie, czy tempo nie zaczyna wyprzedzać dojrzałości projektu.

Czytaj też: Brytyjskie niszczyciele dostaną broń przyszłości. Smoczy Ogień trafi na Typ 45

Amerykanie chcą teraz udowodnić, że potrafią budować nową kategorię bojowych statków powietrznych szybciej niż dawniej powstawały klasyczne programy lotnicze. Problem w tym, że fizyka, integracja systemów, autonomia, bezpieczeństwo lotu i uzbrojenie nie stają się prostsze tylko dlatego, że terminy zaczynają gonić. Jest to ważna nauka na świata, bo nieprzypadkowo podobne tematy wracają dziś również w tekstach o autonomicznym Fury, o przyszłej współpracy F-47 z CCA, o południowokoreańskich “lojalnych skrzydłowych” i o pokładowych dronach bojowych dla lotniskowców. Cały świat lotnictwa wojskowego próbuje dziś odpowiedzieć sobie na to samo pytanie: jak dorzucić siłom powietrznym większą masę, nie płacąc za każdy dodatkowy statek powietrzny jak za pełnoprawny myśliwiec piątej albo szóstej generacji? Katastrofa YFQ-42A nie zatrzymuje tej tendencji, ale przypomina, że między atrakcyjną koncepcją a sprzętem zdolnym do służby rozciąga się zwykle długa, kosztowna i bolesna droga.

Źródła: General Atomics, Defense One

Napisane przez

Mateusz Łysoń

RedaktorZwiązany z mediami od 2016 roku. Twórca gier, autor tekstów przeróżnej maści, które można liczyć w dziesiątkach tysięcy oraz książki Powrót do Korzeni.