Najwyraźniej gigant z Mountain View uznał, że komfort oglądania filmów bez irytujących reklam jest wart jeszcze więcej. Zmiany w cenniku uderzają we wszystkich: od studentów po całe rodziny, a oficjalne maile z informacją o „trudnych decyzjach” zaczęły już spływać do skrzynek użytkowników. Na szczęście – jeszcze nie wszystkich.
YouTube Premium z nowymi cenami, choć jeszcze nie w Polsce.
W ostatnim czasie ciężko napisać coś pozytywnego o działaniach YouTube’a. Z jednej strony mamy coraz agresywniejszą politykę reklamową, a z drugiej – podwyżki planu Premium. I jasne, ja rozumiem, że Google utrzymuje się z reklam, więc one w wersji darmowej muszą być, tylko że w tym wypadku działania firmy uderzają w siebie wzajemnie. Bo skoro zwiększenie ilości przerywników (w tym tych, których nie da się pominąć) ma być sposobem na przekonanie nas do płacenia, to jednoczesne podwyżki cen subskrypcji na pewno nikogo nie zachęcą. Ale cóż, giganci technologiczni idą własnymi drogami, a nasze narzekania rzadko coś zmieniają.
Wracając więc do najważniejszego, czyli cennika. Zmiany niestety nie są „groszowe”, bo w niektórych przypadkach mówimy o wzroście o kilkanaście procent, przynajmniej na rynku amerykańskim, który pierwszy odczuwa zmiany. Dla nowych subskrybentów wyższe ceny obowiązują od zaraz, natomiast obecni członkowie „klubu Premium” zobaczą wyższe kwoty na swoich rachunkach już na początku czerwca. Od razu jednak zaznaczę, zgodnie z tradycją Google, globalna aktualizacja stawek jest tylko kwestią czasu. Zapewne podobne maile zobaczymy na naszych skrzynkach mailowych jeszcze w tym roku.

Oto jak prezentują się nowe, miesięczne stawki za brak reklam:
- Plan Indywidualny: cena wzrosła do $15,99 (z $13,99). W przypadku opłaty rocznej to wydatek rzędu $159,99 (zamiast dotychczasowych $139,99).
- Plan Rodzinny: to tutaj podwyżka boli najbardziej. Cena skoczyła o równe 4 dolary, osiągając poziom $26,99 miesięcznie (wcześniej $22,99).
- Plan Studencki oraz Premium Lite: oba te warianty podrożały o dolara i kosztują teraz $8.99 miesięcznie.
Warto zatrzymać się przy opcji YouTube Premium Lite, która niedawno wróciła do łask. Za niemal 9 dolarów Google oferuje okrojoną usługę bez YouTube Music i z ryzykiem zobaczenia reklam w Shortsach czy wynikach wyszukiwania. W kontekście nowych cen pełnego pakietu, wersja Lite staje się coraz mniej atrakcyjną opcją, choć nadal lepszą niż plan Indywidualny.
Wszystko z myślą o twórcach. Taaa…
Oczywiście w mailach wysyłanych do subskrybentów firma nie napisała, że chce po prostu lepiej zarabiać. W oficjalnych wiadomościach czytamy, że decyzje o podwyżkach nie są podejmowane lekką ręką, a dodatkowe fundusze pozwolą na „doskonalenie usługi Premium” oraz „wsparcie twórców i artystów”. Brzmi to znajomo, prawda? Podobne argumenty słyszeliśmy przy okazji walki Google z blokerami reklam – gigant chce, abyśmy zrozumieli, że za każdą minutą darmowego wideo stoi ogromny koszt infrastruktury i pracy autorów.
Czytaj też: YouTube przekracza kolejną granicę. Nowe, jeszcze dłuższe reklamy, których nie da się pominąć
Problem w tym, że dla przeciętnego użytkownika „doskonalenie usługi” jest mało widoczne. Od lat Premium nie dostało żadnych nowych, wielkich funkcji, które wzbogacałyby subskrypcję i pozwalały uzasadnić ciągłe skoki cenowe. Jeśli chodzi o przyszłość cennika w Polsce, tu mogę jedynie spekulować, ale spodziewam się, że cena wersji Lite niebezpiecznie zbliży się granicy 20 złotych, podczas gdy plan Indywidualny może sięgnąć nawet 35 zł. Najbardziej oberwie się tym, którzy korzystają z subskrypcji rodzinnej, bo ta może kosztować prawie 70 złotych lub więcej.
Czytaj też: Wielki rebranding zamiast wielkich zmian. Copilot wcale nie znika z Windowsa 11
Brzmi to źle i mogłabym tu napisać, że tak znaczące podwyżki z pewnością odbiją się na liczbie płatnych użytkowników, jednak… cóż, zapewne tak się nie stanie. Bo możemy narzekać, ale zapewne większość osób, która używa Premium od lat (w tym ja), nie będzie chciała wrócić do reklam, a że alternatywy dla YouTube’a właściwie nie ma, pozostaje pogodzić się z wyższymi kosztami.
Źródło: Droidlife
