Widać to od pierwszego spojrzenia. Zarówno po specyfikacji, materiałach, jak i… cenie. 2599 zł za Amazfita jeszcze kilka lat temu brzmiałoby abstrakcyjnie. Jednak Cheetah 2 Ultra naprawdę zaczyna wyglądać jak urządzenie, które może wejść do jednej ligi z Garminem bez kompleksów, a jego specyfikacja zdecydowanie uzasadnia wysoką cenę.
Tytan, szafir i 3000 nitów. Amazfit przestał się bawić
Producent bardzo mocno postawił tutaj na wytrzymałość, ale bez robienia z zegarka cegły na nadgarstku. Konstrukcja wykorzystuje tytan klasy 5 — nie tylko na samym bezelu, ale również w środkowej ramce i tylnej części obudowy. Dzięki temu zegarek ma być odporny na trudne warunki, a jednocześnie pozostać względnie lekki podczas długich treningów czy zawodów.


Do tego dochodzi szkło szafirowe chroniące ekran AMOLED o przekątnej 1,5 cala. I to właśnie ekran robi chyba największe wrażenie w codziennym użytkowaniu. Jasność dochodząca do 3000 nitów to już poziom, przy którym naprawdę trudno narzekać na widoczność w pełnym słońcu. A każdy, kto próbował odczytać mapę podczas biegu w ostrym świetle, wie, jak bardzo ma to znaczenie.
Trochę zaskoczyła mnie też obecność wbudowanej latarki LED. Brzmi jak gadżet? Trochę tak. Ale tryby czerwony, SOS czy mocny boost pokazują, że ktoś faktycznie myślał o ludziach biegających po górach albo wracających po zmroku z lasu.

Największy nacisk położono tutaj na teren i orientację w trudniejszych warunkach. Cheetah 2 Ultra korzysta z dwupasmowego GPS-u wspieranego przez sześć systemów satelitarnych, co ma poprawiać dokładność pozycjonowania np. w lesie, między budynkami czy w górach. Widać, że Amazfit naprawdę chce wejść na teren Garmina, oferując:
- kolorowe mapy topograficzne i konturowe,
- nawigację offline,
- tworzenie tras punkt-do-punktu,
- szybsze renderowanie map,
- analizę przewyższeń oznaczaną kolorami,
- 64 GB pamięci na mapy oraz muzykę offline.
To już nie jest poziom „smartwatcha do liczenia kroków”. To sprzęt projektowany pod ludzi, którzy faktycznie korzystają z nawigacji w terenie i nie chcą co chwilę wyciągać telefonu.
Bardzo podoba mi się też podejście do analizy treningów trailowych. Wiele zegarków nadal traktuje bieganie po górach podobnie jak zwykły asfalt, co jest po prostu absurdem. Tutaj algorytmy uwzględniają przewyższenia i trudność terenu przy analizie obciążenia organizmu. Zegarek monitoruje m.in.: VO₂ max, próg mleczanowy, HRV, zmęczenie organizmu, obciążenie treningowe i moc biegową. A wszystko jest spięte z ekosystemem Zepp i platformą Hybrid Training, która ma pomagać w balansowaniu treningów, regeneracji i wysiłku wytrzymałościowego.
Czytaj też: Siedem pierścieni i AI. Tak może wyglądać przyszłość tłumaczenia języka migowego
Na uwagę zasługuje również bateria. Zwykle topowe smartwatche raczej nie rozpieszczają nas długą pracą na jednym ładowaniu. Amazfit na pewno tego nie skopiował. W trybie Trail Running — z aktywnym dwupasmowym GPS-em, ciągłym pomiarem tętna, mapami i Always-On Display — Cheetah 2 Ultra ma wytrzymać do 33 godzin. To naprawdę mocny wynik. Jasne, nie jest to rekord, ale tu trzeba pamiętać, że w tym trybie wykorzystujemy możliwości urządzenia do maksimum, a to wymaga dużego poboru energii.

Przy normalnym użytkowaniu producent deklaruje nawet do 30 dni pracy na jednym ładowaniu, więc jeśli trochę przystopujecie z korzystaniem ze wszystkich funkcji, możecie zapomnieć o ładowaniu na długi czas.
Amazfit wszedł do zupełnie innej ligi
Premiera Cheetah 2 Ultra to moment, w którym Amazfit oficjalnie mówi: „skończyliśmy z łatką taniego zamiennika”. Oczywiście, producent nagle nie wywali ze swojego portfolio tanich modeli. To raczej rozszerzenie dotychczasowej oferty i skierowanie swojej uwagi także na segment premium. Jednak, zamiast ścigać się wyłącznie ceną, marka w końcu stworzyła sprzęt, który realnie może zainteresować bardziej wymagających użytkowników. Jasne — 2599 zł to nadal sporo pieniędzy. Zwłaszcza dla osób przyzwyczajonych do znacznie tańszych Amazfitów.
Czytaj też: Nie każdy potrzebuje „ultra” zegarka za fortunę. Garmin dobrze to rozegrał
Najważniejszy dla mnie jest fakt, że tutaj naprawdę widać, za co się płaci. Tytan, szafir, ogromna jasność ekranu, rozbudowane mapy offline, bardzo mocny GPS i funkcje stricte pod ultra oraz trail running sprawiają, że ten zegarek przestaje być „rozsądnym kompromisem”. To po prostu kawał bardzo zaawansowanego sprzętu outdoorowego.
Źródło: Amazfit
