Apple znowu sprzedaje pół kroku jako rewolucję. Wielkie zmiany kiedyś będą, ale na razie kupujemy kolejną kosmetykę

Gigant z Cupertino od lat uchodzi za mistrza ceremonii, który potrafi sprzedać zmianę koloru obudowy jako przełom cywilizacyjny. Nie inaczej będzie w tym roku, bo zamiast rewolucji, Apple dalej robi „mikrokroki”, a my dalej to kupujemy i kupować będziemy.
Apple znowu sprzedaje pół kroku jako rewolucję. Wielkie zmiany kiedyś będą, ale na razie kupujemy kolejną kosmetykę

Najnowsze przecieki dotyczące nadchodzącego iPhone’a 18 Pro tylko potwierdzają tę tezę. Po czterech latach „klątwy” statycznej wyspy, gigant planuje ją w końcu… nieco odchudzić. I choć fani marki już szykują portfele, warto zadać pytanie: czy 25-procentowa redukcja elementu, który u konkurencji dawno jest kropką, to faktycznie powód do otwierania szampana?

„Dynamic Island” przechodzi na dietę, ale wciąż z nami zostaje

To klasyczna strategia Apple’a – zamiast przeskoczyć mur, firma co roku przesuwa go o kilka centymetrów i zapewne znów nazwie to „największą zmianą w historii iPhone’a”. I cóż, to w zasadzie nie będzie kłamstwo, bo gdy robi się małe kroczki, każdy kolejny będzie czymś, co jest zupełnie nowe i tak też można to reklamować. Tym razem tym czymś będzie kolejny krok w ewolucji Dynamic Island, elementu, który zadebiutował w iPhone’ach 14 Pro w 2022 roku i powoli objął wszystkie modele smartfonów, z wyjątkiem budżetowego „e”.

Zastępując notcha, dynamiczna wyspa była promowana jako ogromna rewolucja, choć w rzeczywistości to po prostu kompromis. Apple, nie potrafiąc (lub nie chcąc) ukryć wszystkich sensorów pod ekranem, ubrał konieczność w interaktywny gadżet. Teraz, jak pokazują wycieki od Majin Bu oraz analizy modeli „dummy”, wyspa ma się skurczyć z 20,06 mm do 14,98 mm (a według niektórych źródeł nawet do 13,5 mm).

Źródło: Majin Bu

Firma osiągnie to poprzez umieszczenie niektórych sensorów Face ID bezpośrednio pod wyświetlaczem, ale główny aparat i reszta czujników wciąż wymagają wycięcia, więc całkowite pożegnanie z notchem nie nastąpi w tej generacji. W efekcie dostaniemy design, który będzie wyglądał „znajomo”, z nieco większą wyspą aparatów i grubszą obudową. To ewolucja tak powolna, że niemal niezauważalna dla postronnego obserwatora, przynajmniej dopóki Apple nie wytknie tego głośno podczas premiery, a na pewno to zrobi.

Czy kupujemy tylko „pół kroku”?

Już kilka lat temu do sieci trafiła „mapa drogowa” Apple’a, która pokazywała kierunek, w jakim firma będzie dążyć w kontekście wyświetlaczy. Cel? Ekran bez żadnych wcięć i zakłóceń. Zwykle konkurencja po prostu stawia duże kroki, eksperymentuje i zachwyca ogromem zmian. Gigant z Cupertino ma inną strategię – dawkowanie technologii kroplówką. Każda z mniejszych zmian jest ogłaszana jako „nowa era”, mimo że na rynku podobne rozwiązania już są.  Strategia Apple’a opiera się bowiem na naszej cierpliwości i lojalności. Zamiast wprowadzić wszystko naraz – pełny ekran bez wycięć i składane panele – firma rozbija te innowacje na dekadę. W ten sposób zawsze ma co pokazać, dając nam pretekst do zmiany modelu na nowy.

Apple to genialny psycholog sprzedaży. Firma wie, że Dynamic Island w wersji „slim” wystarczy, by miliony ludzi poczuły, że ich obecny iPhone 15 czy 16 nagle stał się przestarzały. To „pół kroku” sprzedawane jako rewolucja to fundament sukcesu Cupertino. I… to działa. iPhone’y są jednymi z najlepiej sprzedających się smartfonów i tak zapewne pozostanie jeszcze przez długo, nawet jeśli w sieci nie brakuje głosów, że cierpliwość klientów się kończy.

Czytaj też: Nowości od Motoroli i OPPO w Plusie. Kusząca przedsprzedaż, obok której nie da się przejść obojętnie

Racjonalnie, patrząc na tempo zmian w designie iPhone’a 18 Pro, trudno nie odnieść wrażenia, że stoimy w miejscu, a każda kolejna „pigułka” na ekranie to tylko inaczej zapakowane to samo ulepszenie. Oczywiście, to nie tak, że użytkownik niczego nie zyskuje. W praktyce bowiem dostajemy trochę więcej przestrzeni na ekranie i trochę mniej widoczny element, który zdążył stać się częścią interfejsu. Zasada jest prosta: im mniej „zakłóceń” na wyświetlaczu, tym lepsza immersja (stąd chociażby aparaty do selfie pod ekranami gamingowych modeli) i Apple powoli, acz sukcesywnie do tego dąży. Nawet jeśli co roku sprzedaje nam mikrokroki, robi to przynajmniej porządnie, więc przynajmniej nie musimy martwić się o jakość — co przy sprzęcie kosztującym więcej niż miesięczna pensja przeciętnego Polaka ma spore znaczenie.

I wiecie co? Być może właśnie o to chodzi. Bo największą innowacją Apple’a nie jest sam sprzęt, ale sposób, w jaki nauczyło nas cieszyć się z bardzo małych zmian. A dopóki to działa, „kolejna, nieco mniejsza wyspa” będzie wystarczającym powodem, by znów ustawić się w kolejce i podbić słupki sprzedaży.

Źródło: Majin Bu

Napisane przez

Joanna Marteklas

Redaktor
Zajmuję się tematyką nowych technologii i ich wpływu na codzienne życie. Piszę o cyfrowej kulturze, innowacjach oraz trendach zmieniających sposób, w jaki pracujemy i komunikujemy się ze sobą. Szczególnie interesuje mnie relacja między rozwojem technologii a współczesną popkulturą. W wolnych chwilach zakopuję się w książkach i komiksach — najczęściej w fantastyce i wuxia.