Które smartfony naprawdę ładują się najszybciej? Test CNET mocno mnie zaskoczył

Przez ostatnie lata producenci smartfonów uczyli nas, że jeśli chodzi o ładowanie, to liczy się głównie liczba watów. 67 W, 100 W, 120 W — im więcej, tym lepiej. Marketingowo wygląda to świetnie, bo łatwo sprzedać wizję telefonu, który „naładuje się w 15 minut”. Problem polega na tym, że jak często przypominam, rzeczywistość jest trochę bardziej skomplikowana. Właśnie dlatego najnowsze testy CNET Labs są tak ciekawe, bo pokazują coś, o czym producenci mówią już znacznie mniej chętnie: sama moc ładowania nie gwarantuje najlepszego efektu w codziennym użytkowaniu.
Które smartfony naprawdę ładują się najszybciej? Test CNET mocno mnie zaskoczył

W testach obejmujących 33 smartfony zwycięzcą całego zestawienia okazał się… iPhone 17 Pro. I to mimo tego, że Apple nadal oferuje znacznie niższe moce ładowania niż wielu chińskich konkurentów.

Test był bardzo prosty

Eksperci z CNET nie skupiali się na marketingowych deklaracjach producentów, tylko na scenariuszu, który zna praktycznie każdy z nas. Telefon był rozładowywany do poziomu około 10%, a następnie sprawdzano, ile procent baterii uda się odzyskać w ciągu 30 minut ładowania. Coś takiego chyba zna każdy z nas – wychodzimy za chwilę z domu, a tu okazuje się, że zapomnieliśmy podłączyć telefon do ładowarki. Mamy w zapasie tylko chwilę i chcemy, by w tym czasie nasz telefon zyskał jak najwięcej energii. Do testów używano odpowiednio mocnych ładowarek zgodnych z USB-PD oraz standardami Qi2 i Qi2.2, żeby urządzenia nie były ograniczane przez sam zasilacz.

Jeśli chodzi o klasyczne ładowanie przewodowe, najlepszy wynik osiągnął Samsung Electronics Galaxy S26 Ultra. Telefon osiągnął aż 76% baterii w ciągu 30 minut przy wykorzystaniu ładowania 60 W. To naprawdę bardzo mocny rezultat. Tuż za nim znalazł się iPhone 17 Pro z wynikiem 74%, mimo wsparcia „zaledwie” dla ładowania 40 W. Dokładnie taki sam rezultat osiągnęła też Motorola Moto G Stylus 2025.

Źródło: CNET

Bardzo ciekawie wypada również OnePlus 15, który osiągnął 72%. I tutaj warto pamiętać, że urządzenie posiada ogromną baterię krzemowo-węglową o pojemności aż 7300 mAh. Przy takiej wielkości ogniwa procentowy przyrost w pół godziny robi już naprawdę ogromne wrażenie.

Bezprzewodowo Apple praktycznie zmiotło konkurencję

Prawdziwa dominacja Apple’a zaczyna się jednak przy ładowaniu bezprzewodowym. To właśnie tutaj iPhone 17 Pro wygrał całe zestawienie. Telefon osiągnął 55% baterii w 30 minut, wykorzystując standard Qi2.2 i ładowanie 25 W. Drugie miejsce zajął iPhone 17 Pro Max z wynikiem 53%, a kolejne miejsca również należały głównie do urządzeń Apple. Dopiero na piątej pozycji pojawił się Galaxy S26 Ultra z wynikiem 39%.

Źródło: CNET

To mnie naprawdę zaskoczyło, bo przecież taki oferuje bezprzewodowe ładowanie 50 W. jednak największą przewagę iPhone’om zapewnił MagSafe i magnetyczne pozycjonowanie ładowarki. Dzięki magnesom telefon praktycznie zawsze trafia idealnie na cewkę ładującą. W przypadku wielu smartfonów z Androidem bez magnesów wystarczy lekkie przesunięcie urządzenia na podkładce, żeby wydajność ładowania spadła, pojawiły się większe straty energii albo ładowanie zaczęło generować więcej ciepła. To bardzo ważne, bo ładowanie bezprzewodowe jest ekstremalnie wrażliwe na pozycjonowanie. Apple wykorzystuje tutaj fizykę znacznie sprytniej niż konkurenci ścigający się wyłącznie na coraz wyższe waty.

Czytaj też: Amazfit już nie chce być „tańszą alternatywą”. Cheetah 2 Ultra to zupełnie nowa liga

Drugim elementem jest po prostu rozmiar baterii. iPhone 17 Pro ma ogniwo 4252 mAh, czyli wyraźnie mniejsze niż większość współczesnych flagowców z Androidem. A mniejszą baterię zwyczajnie łatwiej szybko „zapełnić” energią w krótkim czasie. Chociaż z tego powodu test może się niektórym wydawać mniej uczciwy, to dla użytkownika nie ma tak naprawdę znaczenia, co oferuje konkurencja. Dla niego liczy się to, na co stać jego własny telefon, niezależnie jak dużą baterię ma. Cóż, właściwie przy mniejszych ogniwach ma to większe znaczenie, bo takie urządzenie trzeba ładować częściej.

Waty przestają mieć znacznie

Tu dochodzimy do tego, o czym często mówię w przypadku pojemności baterii. Producenci przechwalają się dużymi liczbami, jednak rzeczywistość nie jest taka prosta. Czas pracy, czy tak jak w tym przypadku prędkość ładowania, mocno zależy także od kilku innych kwestii, takich jak efektywność energetyczna, optymalizacje ładowania, zarządzanie temperaturą oraz stabilność całego procesu. Dlatego iPhone z ładowaniem 40 W potrafi w praktyce wypaść lepiej od urządzeń reklamujących się jako „120 W Hyper Mega Turbo Charge”.

Czytaj też: Xiaomi chyba ma dość codziennego ładowania telefonów. 8000 mAh trafia do flagowca

Te testy świetnie pokazują, że marketingowe cyferki coraz mniej znaczą bez odpowiedniej optymalizacji. Apple wygrało tutaj nie brutalną siłą, ale sprytem i bardzo dobrą kontrolą całego ekosystemu ładowania. Z drugiej strony Samsung pokazuje, że Android też potrafi być absurdalnie szybki po kablu, a OnePlus coraz mocniej udowadnia, że ogromne baterie nie muszą oznaczać ślamazarnego ładowania. No i najważniejsze: nawet najlepszy telefon świata nie pokaże pełni możliwości, jeśli podłączymy go do starej kostki USB-C sprzed pięciu lat.

Źródło: CNET

Napisane przez

Joanna Marteklas

Redaktor
Zajmuję się tematyką nowych technologii i ich wpływu na codzienne życie. Piszę o cyfrowej kulturze, innowacjach oraz trendach zmieniających sposób, w jaki pracujemy i komunikujemy się ze sobą. Szczególnie interesuje mnie relacja między rozwojem technologii a współczesną popkulturą. W wolnych chwilach zakopuję się w książkach i komiksach — najczęściej w fantastyce i wuxia.