Propaganda dostała filtr beauty. Influencerzy straszą Chinami za pieniądze branży AI

Kiedyś propaganda kojarzyła mi się z siermiężną telewizją i politykami w garniturach. Dziś przybiera postać lifestylowej influencerki, która między przygotowywaniem śniadania dla dzieci a opowieścią o organizacji dnia, przemyca narrację o „egzystencjalnym zagrożeniu ze strony Chin”. Najskuteczniejszy przekaz to bowiem taki, który nie wygląda jak reklama polityczna, lecz jak codzienny content.
tiktok
tiktok

Jak ujawniło śledztwo WIRED, branża AI w USA wydała miliony dolarów na skoordynowaną kampanię, mającą na celu urobienie opinii publicznej pod dyktando wielkich graczy technologicznych. I tak, potrzeba było wielkiego śledztwa, by zobaczyć, co kryje się pod tymi pozornie zwykłymi filmikami, które większość z nas ogląda codziennie.

„Team USA” w Twoim feedzie – mechanizm kampanii

Za akcją stoi Build American AI, organizacja typu dark-money powiązana z potężnym komitetem politycznym (super PAC) Leading the Future. Ten dysponuje budżetem rzędu 140 milionów dolarów, a wśród jego fundatorów znajdują się tacy giganci jak Greg Brockman (OpenAI), Joe Lonsdale (Palantir) czy fundusz Andreessen Horowitz.

Kampania prowadzona przez agencję SM4 została podzielona na dwa etapy:

  1. Etap lifestylowy: Influencerki (głównie matki i blogerki lifestylowe, bo tym łatwo się uda) publikowały filmy opatrzone flagą USA, wychwalające to, jak sztuczna inteligencja pomaga im w codziennych obowiązkach.
  2. Etap „chiński”: Obecna faza to agresywne uderzenie w lęki. Influencerzy otrzymują gotowe skrypty (stawka to ok. 5 000 dolarów za wideo na TikToku), w których mają przekonywać, że jeśli Chiny wygrają wyścig AI, „ukradną nasze dane, zabiorą pracę naszym dzieciom i zagrożą bezpieczeństwu narodowemu”.

Przykładowy przekaz ze skryptu:

Właśnie się dowiedziałam, że Chiny bardzo mocno starają się wyprzedzić USA w AI. Jeśli im się uda, mogą przejąć moje dane i zabrać miejsca pracy, które powinny być tutaj. W wyścigu AI jestem w #TeamUSA!!!

Wiecie co, wydaje mi się to mocno ironiczne, że jeszcze jakiś czas temu USA chciało zakazać TikToka, a dziś tak prężnie korzysta z niego do siania propagandy. W dodatku tak ściśle wsłuchuje się w głosy swoich obywateli na tej platformie. Jak zwykle, narzędzie przestaje mieć znaczenie, gdy można na nim skorzystać.

Dlaczego to działa (i dlaczego jest tak niebezpieczne)?

Według badań Pew Research Center, aż 38% młodych dorosłych (18-29 lat) w USA regularnie czerpie informacje o świecie od influencerów. Nie czyta wartościowych informacji, zamykając się w bańce, wcześniej skrzętnie stworzonej przez algorytmy. Problem w tym, że twórcy ci nie podlegają standardom etyki dziennikarskiej. Choć oznaczają posty jako „reklama”, rzadko ujawniają, kto za nią płaci.

Eksperci, jak Jamie Cohen z Queens College, ostrzegają, że jest to „wyjątkowo korozyjne dla demokracji”. Konsumenci nie wiedzą, że za opinią ich ulubionej blogerki stoi lobby technologiczne, którego celem jest ograniczanie regulacji i uzyskiwanie większych dotacji. Kiedy strach wzrasta – a wiemy, że USA bardzo boi się Chin – pieniądze na rodzime rozwiązania rosną.

Czytaj też: ChatGPT staje się dokładniejszy i bardziej osobisty. Czy tylko ja widzę w tym problem?

Chociaż jest to przykład z USA, to nie jestem do końca pewna, czy u nas nie robi się już podobnie. Dobrze wiemy, jak mocno nasze społeczeństwo jest spolaryzowane. I jasne, polskie prawo (i wytyczne UOKiK) nakłada obowiązek jasnego oznaczania reklam, ale rzadko wymusza ujawnienie politycznego lub lobbystycznego źródła finansowania. Narracja „bezpieczeństwa narodowego” i „gonienia potęg” jest u nas wyjątkowo nośna, co czyni polskich odbiorców podatnymi na subtelną propagandę ukrytą między postami o zdrowym trybie życia czy nowych technologiach.

Nie twierdzę, że na pewno polscy influencerzy to robią. Radzę raczej być uważnymi i czujnymi, nawet jeśli oglądany przez nas content to tylko „get ready with me” albo gotowanie obiadu.

To, co robi Build American AI, to podręcznikowy przykład nowoczesnej wojny informacyjnej

Wykorzystywanie influencerów do szerzenia lęku przed obcym mocarstwem, by chronić zyski korporacji przed regulacjami, jest szczytem cynizmu. Najgorsze jest to, że ta strategia działa – emocjonalne wideo matki dbającej o przyszłość dzieci ma większą siłę przebicia niż nudny raport analityczny.

Czytaj też: Spotify walczy z muzyką AI. Ale tylko na pół gwizdka

Wszystko to, moim zdaniem, sprowadza się jednak do jednego, fundamentalnego problemu – zaniku zdolności do krytycznego myślenia. Jeśli jako społeczeństwo nie nauczymy się krytycznie patrzeć na to, co mówią nasi cyfrowi idole, staniemy się bezwolnymi pionkami w grze o miliardy dolarów lub (może i w mniejszej skali) złotówek. Warto więc czasem zastanowić się, czy za opinią osoby, którą śledzimy w internecie, przypadkiem nie stoi ktoś, kto dobrze płaci za taką, a nie inną narrację.

Źródło: WIRED

Napisane przez

Joanna Marteklas

Redaktor
Zajmuję się tematyką nowych technologii i ich wpływu na codzienne życie. Piszę o cyfrowej kulturze, innowacjach oraz trendach zmieniających sposób, w jaki pracujemy i komunikujemy się ze sobą. Szczególnie interesuje mnie relacja między rozwojem technologii a współczesną popkulturą. W wolnych chwilach zakopuję się w książkach i komiksach — najczęściej w fantastyce i wuxia.