Samsung może zacząć oszczędzać tam, gdzie przez lata był królem

Przez lata Samsung miał jedną ogromną przewagę, której konkurencja zwyczajnie nie była w stanie podrobić: ekrany. Nawet osoby, które nie interesowały się technologią, wiedziały mniej więcej jedno — „Samsung robi najlepsze wyświetlacze”. To był jeden z głównych powodów, dla których seria Galaxy S tak dobrze się sprzedawała. Dlatego najnowsze doniesienia dotyczące Galaxy S27 brzmią dla mnie trochę jak początek bardzo wyboistej drogi.
Samsung może zacząć oszczędzać tam, gdzie przez lata był królem

Według raportów Samsung rozważa wykorzystanie paneli OLED od chińskiego BOE w podstawowym modelu Galaxy S27. Niby brzmi niewinnie. Ot, zmiana dostawcy. Problem w tym, że mówimy o firmie, która przez dekady budowała swój prestiż właśnie na jakości ekranów.

BOE nie jest złe. Ale też nie ma legendy Samsunga

Powód takiej decyzji jest dość prosty: flagowce robią się absurdalnie drogie w produkcji. Rosną ceny pamięci RAM, pamięci wewnętrznej i praktycznie wszystkich podzespołów. Gigant z Korei najwyraźniej doszedł do rozdroża, na którym trzeba wybrać jedno z dwóch: albo jeszcze bardziej podnieść ceny smartfonów, albo zacząć szukać oszczędności. I wygląda na to, że firma wybrała drugą opcję.

Najciekawsze jest jednak to, że Samsung nie oszczędza na czymś „niewidzialnym”. Nie chodzi o tańszy silniczek wibracji czy mniej efektowny moduł antenowy. Firma podobno rozważa cięcia dokładnie w tym elemencie, na który użytkownik patrzy dosłownie cały czas. Ekran w smartfonie to dziś absolutne centrum doświadczenia. To przez niego oglądamy filmy, czytamy, scrollujemy TikToka o drugiej w nocy i wpatrujemy się w memy zamiast spać jak odpowiedzialni ludzie.

Jednak żeby było jasne, BOE to nie jest jakaś losowa firma znikąd. Chiński producent od lat rozwija OLED-y i coraz częściej pojawia się w dużych urządzeniach. Problem polega bardziej na tym, jak Samsung pozycjonował swoje smartfony przez ostatnią dekadę. „Dynamic AMOLED”, „najlepszy ekran na rynku”, rekordowa jasność, perfekcyjne kolory — gigant sam stworzył wokół swoich paneli niemal luksusową aurę.

Z kolei teraz nagle może się okazać, że kupując Galaxy S27 za kilka tysięcy złotych, trafimy na coś, co użytkownicy zaczną postrzegać jako „tańszy zamiennik”. Nawet jeśli różnice nie będą ogromne technicznie (lub nawet w ogóle ich nie będzie), psychologicznie to bardzo ryzykowny ruch. Bo konsumenci wybaczą wiele, ale nie lubią poczucia, że producent zaczął oszczędzać po cichu.

Najgorszy scenariusz? Loteria podzespołów

Jeśli Samsung faktycznie zacznie mieszać dostawców ekranów, bardzo szybko może wrócić temat „panelowej loterii”. Jeden egzemplarz będzie miał ekran od Samsung Display, drugi od BOE, a użytkownicy zaczną porównywać kolory, wrzucać zdjęcia na Reddita, sprawdzać ukryte menu serwisowe i robić dramatyczne wątki na X-ie o „gorszych czerniach” i „dziwnym odcieniu bieli”. Internet uwielbia takie afery.

Realnie patrząc 90% ludzi nie zauważy żadnej różnicy. Ba! Mogą w ogóle nie wiedzieć, że ekran w ich Galaxy S27 nie pochodzi już od Samsunga, bo większość nie czyta tak szczegółowo specyfikacji. Jednak te pozostałe 10% to osoby, które testują sprzęt, wydają opinię, polecają lub są po prostu świadomymi konsumentami. Ich głos może być na tyle wyraźny, że już sama świadomość że „mogłem trafić lepiej”, może bardzo skutecznie zabić poczucie premium.

Zresztą, widać to przecież przy okazji Exynosa, który w Europie jest zamiennikiem dla Snapdragona. Mogę się założyć, że większość przeciętnych użytkowników nigdy nie miała z nim problemów. Jednak nadal narzekamy, bo w opinii ogółu układy od Qualcomma są po prostu lepsze. Tak samo może się to skończyć w przypadku nowego ekranu.

To może być też sygnał większego problemu

Mam zresztą wrażenie, że ta sytuacja mówi coś znacznie większego o rynku smartfonów. Producenci doszli do momentu, w którym bardzo trudno jest już uzasadnić kolejne podwyżki cen. Ludzie coraz rzadziej wymieniają telefony co roku, innowacje zwolniły, a AI — choć wciskane dziś wszędzie — nie sprawia nagle, że ktoś chce dopłacić kolejny tysiąc złotych. Więc firmy zaczynają kombinować. Trochę tańszy ekran tutaj. Trochę cięć tam. Minimalnie gorszy podzespół, którego „większość użytkowników i tak nie zauważy”. Problem w tym, że takie decyzje bardzo szybko zaczynają się kumulować.

Czytaj też: Samsung właśnie zamienia Galaxy w ochroniarza, tłumacza i asystenta AI jednocześnie

Samsung też ryzykuje i być może naprawdę dużo, bo ekran był jednym z ostatnich elementów, w których naprawdę bezdyskusyjnie dominował. Jednak z drugiej strony, zapewne wiele osób przymknęłoby na to oko, gdyby to wiązało się z obniżką cen. Tylko że takowej raczej nie będzie. Historia technologii pokazuje raczej coś odwrotnego: firmy tną koszty produkcji, a ceny dla klientów… i tak rosną lub, w najlepszym przypadku, pozostają na tym samym poziomie.

Jeśli chciałabym popatrzeć na premierę Galaxy S27 życzeniowo, to skoro Samsung obcina koszty na ekranie, mógłby te pieniądze wpakować w większą baterię i szybsze ładowanie. Niestety, mam na to nadzieję od dobrych kilku lat i jak na razie taka zmiana nie nadeszła.

Źródło: ZDNet Korea

Napisane przez

Joanna Marteklas

Redaktor
Zajmuję się tematyką nowych technologii i ich wpływu na codzienne życie. Piszę o cyfrowej kulturze, innowacjach oraz trendach zmieniających sposób, w jaki pracujemy i komunikujemy się ze sobą. Szczególnie interesuje mnie relacja między rozwojem technologii a współczesną popkulturą. W wolnych chwilach zakopuję się w książkach i komiksach — najczęściej w fantastyce i wuxia.