Czy ludzkość przestała się rozmnażać? Nowe, szokujące dane zmieniają demograficzny krajobraz

Długo wierzyliśmy, że spadek dzietności to domena wyłącznie bogatych, rozwiniętych krajów. Japonia, Włochy czy Korea Południowa stały się synonimami starzejących się społeczeństw, zmagających się z wyzwaniami niżu demograficznego. Jednak najnowsze, przełomowe badania rzucają nowe światło na globalny trend, sygnalizując, że ludzkość przekracza demograficzną granicę – światowa populacja może mieć obecnie za mało dzieci, by się zastąpić – a dzieje się to w miejscach, gdzie najmniej się tego spodziewaliśmy.
ziemia
ziemia

W nowym artykule, zatytułowanym „Terra Incognita: The Economics of a Shrinking World”, ekonomiści Jesús Fernández-Villaverde z University of Pennsylvania i Patrick Norrick z Northwestern University, obalają konwencjonalną narrację o spadku dzietności. Ich statystyczny model, obejmujący 236 krajów i terytoriów od 1950 do 2023 roku, ujawnia coś niezwykle istotnego: spadek wskaźników dzietności zaobserwowano w aż 219 z nich, bez żadnych oznak wyrównania trendu.

Prawdziwą niespodzianką nie jest jednak sam spadek, ale jego geograficzny rozkład. Okazuje się, że niektóre z najszybszych spadków dzietności występują w krajach o średnim dochodzie, a nie na szczycie globalnej dystrybucji zamożności. Przykłady są wymowne: w Tajlandii wskaźnik dzietności spadł poniżej jednego dziecka na kobietę, Kolumbia oscyluje wokół jednego, a Tunezja, choć wypada nieco lepiej, z wynikiem około 1,5 dziecka na kobietę, wciąż pozostaje daleko poniżej minimum 2,1-2,2, wymaganego do zapewnienia prostej zastępowalności pokoleń.

Od Japonii po Kolumbię: Gwałtowny trend zmienia świat

Demografowie od pokoleń wiedzą, że dzietność spada wraz z modernizacją społeczeństw. Historycznie rodziny miały wiele dzieci, częściowo dlatego, że wysoka śmiertelność dzieci była powszechna – przed industrializacją do 50% dzieci umierało przed ukończeniem 5. roku życia. Wraz ze spadkiem śmiertelności, urbanizacją i wzrostem wartości edukacji, rodzice zaczęli mieć mniej dzieci, inwestując w każde z nich znacznie więcej. Ten proces nazwano „pierwszą transformacją demograficzną”.

Przez długi czas zakładano, że wskaźnik dzietności ostatecznie ustabilizuje się na poziomie zapewniającym zastępowalność pokoleń. Zamiast tego, w krajach takich jak Japonia i Włochy, dzietność spadła drastycznie poniżej tego poziomu. Korea Południowa poszła jeszcze niżej, a następnie Chiny. Teraz podobnie niskie wskaźniki dzietności pojawiają się w Ameryce Łacińskiej, Azji Południowo-Wschodniej i na Bliskim Wschodzie. Niezależna analiza z 2024 roku, opublikowana w czasopiśmie „Lancet”, prognozuje, że do 2050 roku aż 155 ze 204 krajów będzie miało dzietność poniżej poziomu zastępowalności, a do 2100 roku już 198.

Jak małe zmiany wywołują wielkie skutki? Mechanizm spadku dzietności

Fernández-Villaverde i Norrick oferują zaskakująco proste wyjaśnienie, dlaczego dzietność może gwałtownie spadać, bez nagłej decyzji wszystkich o rezygnacji z dzieci. Wyobraźmy sobie 100 kobiet. W przykładzie autorów, 15 nie ma dzieci, 10 ma jedno, 60 ma dwoje, 10 ma troje, a pięć ma czworo. Średnia wynosi 1,8 dziecka na kobietę.

Czytaj także: Przeludnienie? To już przeszłość. Naukowcy mówią, co grozi ludzkości jeszcze przed końcem XXI wieku

Teraz zwiększmy bezdzietność z 15 do 26 kobiet, dodajmy 13 kobiet do grupy z jednym dzieckiem i wyeliminujmy rodziny z czwórką dzieci. Trzy czwarte kobiet zachowuje się dokładnie tak samo jak wcześniej. A jednak dzietność spada do 1,3! Punktem wyjścia jest fakt, że niewielkie przesunięcia na marginesach – z trójki dzieci na dwójkę, z dwójki na jedno, czy z jednego na zero – mogą prowadzić do zaskakujących zmian w średniej krajowej.

ONZ niedoszacowuje skali problemu?

Najbardziej kontrowersyjne twierdzenie autorów dotyczy prognoz ludnościowych ONZ (World Population Prospects), które są standardowym globalnym zbiorem danych demograficznych. Centralna prognoza ONZ na 2024 rok przewiduje wzrost światowej populacji z około 8,2 miliarda w 2024 roku do około 10,3 miliarda w połowie lat 2080., po czym nastąpi niewielki spadek.

Jednak Fernández-Villaverde i Norrick uważają, że ta centralna ścieżka jest zbyt optymistyczna. Ich zdaniem, światowa populacja osiągnie szczyt około 9 miliardów ludzi około 2056 roku, czyli prawie trzy dekady wcześniej niż przewiduje ONZ. Jako dowód, autorzy porównali prognozy ONZ z faktycznie zgłoszonymi narodzinami w 37 krajach (z populacją powyżej miliona i systemami rejestracji urodzeń uznanymi przez ONZ za co najmniej 90% kompletne). Okazało się, że w tych krajach odnotowano około 1,65 miliona mniej urodzeń niż prognozowano, co stanowi niedobór rzędu 9,3%. W Kolumbii liczba urodzeń była niższa o 36,5% od prognoz, w RPA o 33,4%, a w Tajlandii o 24,1%.

Badacze sugerują, że metodologie ONZ, które korygują dane za pomocą modeli bayesowskich, mogą zawyżać wskaźniki dzietności w krajach, których systemy rejestracji szybko się poprawiły. Kluczową rozbieżnością jest również założenie ONZ, że wskaźniki dzietności, które spadają do ekstremalnie niskich poziomów (np. Korea Południowa: 0,72 w 2023 r., prognoza wzrostu do 1,30 do 2100 r.), z czasem się odbiją. Fernández-Villaverde i Norrick twierdzą, że ostatnie dane nie wykazują oczekiwanego odbicia, a w wielu krajach dzietność nadal spada. Warto jednak zaznaczyć, że nawet wariant niskiej prognozy ONZ przewiduje szczyt populacji około 2053 roku na poziomie około 8,95 miliarda ludzi, co jest zbliżone do szacunków autorów.

Zagadka “nowoczesności”: Dlaczego rodzi się mniej dzieci?

Ustalenie, że dzietność spada, jest łatwiejsze niż wyjaśnienie, dlaczego. Mieszkania, smartfony, dłuższa edukacja czy brak stabilności zatrudnienia mogą wyjaśniać cząstkowe przyczyny, ale nie tłumaczą globalnego trendu, który dotyka tak różne społeczeństwa. Na przykład, smartfony są często wskazywane jako potencjalne wyjaśnienie, jednak Włochy miały wskaźnik dzietności na poziomie 1,2 już w 1995 roku, ponad dekadę przed pojawieniem się iPhone’a.

Autorzy preferują hipotezę, że technologia cyfrowa jedynie przyspieszyła rozprzestrzenianie się zmieniających się norm, zamiast je tworzyć. Ich najodważniejsze i najtrudniejsze do udowodnienia wyjaśnienie to „nowoczesność”. Przez „nowoczesność” rozumieją społeczeństwa coraz bardziej zorganizowane wokół formalnej edukacji, kwalifikacji, specjalistycznych karier, dużych instytucji i indywidualnej niezależności ekonomicznej.

W takim świecie, jak argumentują, trzecie dziecko staje się niezwykle kosztowne, a nieposiadanie dzieci w ogóle staje się coraz łatwiejszym wyborem. Dzieci wymagają lat edukacji i intensywnych inwestycji rodzicielskich. Kariery często mają sztywne ramy czasowe, które kolidują z biologią reprodukcyjną. Rodziny wielopokoleniowe odgrywają mniejszą rolę w codziennej opiece. Systemy emerytalne i publiczna opieka zdrowotna zmniejszają ekonomiczną potrzebę posiadania dorosłych dzieci, które mogą wspierać rodziców w późniejszym życiu.

Dochodzi do tego również kwestia płci. Szanse edukacyjne i zawodowe kobiet zmieniły się w wielu krajach znacznie szybciej niż oczekiwania dotyczące tego, kto gotuje, sprząta i wychowuje dzieci. Badanie silnie opiera się tu na pracach Claudii Goldin, laureatki Nagrody Nobla, której najnowszy artykuł roboczy NBER również argumentuje, że rozszerzająca się autonomia kobiet może obniżać dzietność, gdy udział mężczyzn w życiu domowym nie nadąża za tymi zmianami. W tradycyjnych społeczeństwach mężczyźni mogli mieć wystarczającą siłę przetargową, aby utrzymać wysoką dzietność. W miarę jak kobiety zyskują większą autonomię, mogą coraz częściej odrzucać układy wymagające od nich tradycyjnych obowiązków domowych. W efekcie dzietność może spaść do niezwykle niskich poziomów.

Świat w obliczu zmian: Konsekwencje kurczącej się populacji

Jeśli autorzy mają rację co do kierunku, co wydarzy się dalej? Najprostszy efekt jest arytmetyczny: całkowita produkcja gospodarki zależy częściowo od liczby pracujących ludzi. Jeśli siła robocza się kurczy, globalny wzrost gospodarczy spowalnia, chyba że produktywność wzrośnie wystarczająco, by to zrekompensować. Japonia jest dobrym przykładem: od 1991 do 2023 roku jej realny PKB rósł tylko o 0,79% rocznie, w porównaniu do 2,60% w Stanach Zjednoczonych. Jednak mierzone na jednego dorosłego w wieku produkcyjnym, Japonia rosła o 1,33% rocznie wobec 1,73% w USA. Znaczna część tej ogromnej różnicy odzwierciedla więc demografię, a nie odpowiadający jej spadek indywidualnej wydajności ekonomicznej.

Kraj taki jak Japonia pokazuje, że kurcząca się siła robocza niekoniecznie oznacza, że jego obywatele staną się biedniejsi. Jednak rządy nie mogą ignorować całkowitej produkcji. Długi publiczne, emerytury, systemy opieki zdrowotnej i budżety obronne muszą być finansowane z całkowitego tortu gospodarczego. Społeczeństwo zbliżające się do proporcji jednego emeryta na jednego pracownika staje przed problemem dystrybucyjnym, nawet jeśli każdy pracownik jest bardzo produktywny. To właśnie tutaj mogłaby pojawić się sztuczna inteligencja, ale jej wpływ na dystrybucję dochodów jest niepewny.

Autorzy obawiają się również, że mniejsze pokolenia mogą produkować mniej przedsiębiorców, naukowców i przełomowych wynalazków, choć te efekty są znacznie mniej pewne niż podstawowa arytmetyka siły roboczej. Z drugiej strony, mniejsza populacja ma też zalety. Może zmniejszyć presję na mieszkalnictwo i infrastrukturę, ułatwić większe inwestowanie w każde dziecko i obniżyć presję środowiskową. Autorzy wskazują również na ogromny spadek liczby niechcianych ciąż wśród nastolatek jako przykład spadku dzietności, którego nie należy uważać za porażkę społeczną.

W skrócie: spadek populacji niekoniecznie musi być katastrofalny. Ludzkość może wkraczać w reżim demograficzny, dla którego historia nie dostarcza niemal żadnego bezpośredniego eksperymentu. Nie wiemy jeszcze, jak nisko dzietność może trwale spaść, ani czy dzisiejsze ultra-niskie wskaźniki się odbiją. I wciąż nie wiemy, jakie polityki mogą znacząco zmienić liczbę dzieci, które ludzie ostatecznie zdecydują się mieć. Możliwe, że nawet nie istnieje naturalny mechanizm, który przywróci dzietność do poziomu zastępowalności pokoleń. Jak to ujęli Fernández-Villaverde i Norrick: „nic w gospodarce nie popycha dzietności z powrotem do zastępowalności”.

Kontrowersje wokół badania

Nowe badanie, “Terra Incognita: The Economics of a Shrinking World”, zostało przygotowane dla recenzowanego czasopisma “Annual Review of Economics”. Obaj autorzy są związani z American Enterprise Institute (AEI), think tankiem o profilu centro-prawicowym, który w przeszłości publikował mocne argumenty dotyczące globalnego kryzysu dzietności.

Warto również wspomnieć, że wcześniejsze twierdzenia demograficzne Fernández-Villaverde spotkały się z publiczną krytyką. W 2024 roku organizacja Population Matters, zajmująca się rzecznictwem w kwestiach populacji i środowiska, opublikowała artykuł kwestionujący kilka jego argumentów, w tym wnioskowanie z rozbieżności w krajowych rejestracjach urodzeń do błędów w globalnych szacunkach dzietności ONZ oraz jego wcześniejsze przewidywania znacznie wcześniejszego szczytu populacji.

Napisane przez

Monika Wojciechowska

Redaktor
Najbliższe są mi tematy związane z technologią, gadżetami, nowoczesnym AGD i motoryzacją. Interesują mnie rozwiązania, które nie tylko dobrze wyglądają na papierze, ale przede wszystkim realnie wpływają na komfort, wygodę i sposób, w jaki korzystamy z technologii na co dzień. Ukończyłam studia dziennikarskie oraz szkolenia z zakresu sztucznej inteligencji. Prywatnie uwielbiam gry i muzykę.