Wróćmy jednak do 2019 roku. Właśnie wtedy astronomowie obserwujący Wielki Obłok Magellana zauważyli, iż jedna z jego gwiazd zaczęła stopniowo zwiększać swoją jasność, po czym po około godzinie wróciła do wcześniejszego poziomu. Nie doszło przy tym do gwałtownego rozbłysku. Zmiana była płynna i niemal idealnie symetryczna. Taki charakter sygnału wskazuje na zjawisko znane jako mikrosoczewkowanie grawitacyjne.
Czytaj też: Kosmiczna rzeka gazu przechyliła dysk, z którego powstają planety. Nowe obserwacje zwalają z nóg
Mikrosoczewkowanie grawitacyjne jest konsekwencją ogólnej teorii względności Alberta Einsteina. Jeżeli masywny i zwarty obiekt znajdzie się dokładnie na linii między Ziemią a odległą gwiazdą, jego grawitacja zakrzywia przemieszczające się światło. W efekcie obserwator na Ziemi może zobaczyć chwilowe zwiększenie jasności gwiazdy. W przypadku opisywanego zdarzenia kształt zmian jasności bardzo dobrze pasuje do takiego mechanizmu. Astronomowie z Swinburne University w Melbourne nazwali tajemniczy obiekt Phoebe i rozpoczęli próbę ustalenia, czym właściwie jest.
Sęk w tym, że sam błysk nie pozwala bezpośrednio zobaczyć obiektu odpowiedzialnego za soczewkowanie. Naukowcy mogą natomiast wykorzystać czas trwania zjawiska do oszacowania jego masy. Im lżejszy jest obiekt, tym szybciej przemieszcza się przez linię widzenia i tym krótszy powinien być efekt mikrosoczewkowania. W przypadku Phoebe zjawisko trwało około 60 minut. Na podstawie modeli astronomowie oszacowali masę obiektu na około trzy masy Księżyca. To niezwykle mało jak na coś, co mogłoby być czarną dziurą.
Naukowcy rozważają kilka scenariuszy. Phoebe może być swobodnie przemieszczającą się planetą, która dawno temu została wyrzucona ze swojego układu planetarnego. Możliwe jest również, że pochodzi z Wielkiego Obłoku Magellana. W takim przypadku byłaby to pierwsza odkryta pozagalaktyczna planeta wykryta metodą mikrosoczewkowania.
Najbardziej niezwykła możliwość zakłada jednak, iż Phoebe jest pierwotną czarną dziurą. Takie obiekty nie powstawałyby w wyniku śmierci gwiazd, lecz mogły uformować się we wczesnym wszechświecie wskutek ogromnych zagęszczeń materii w pierwszych chwilach po Wielkim Wybuchu. Problem w tym, że czarne dziury powstające z zapadających się gwiazd mają znacznie większe masy. Ich minimalna masa wynosi około pięciu mas Słońca. Obiekt o masie kilku Księżyców nie może być więc typową czarną dziurą pozostałą po śmierci gwiazdy. Jeśli rzeczywiście jest czarną dziurą, musiałaby należeć do znacznie bardziej egzotycznej kategorii.
Czytaj też: Czarna dziura rozerwała gwiazdę, ale coś uciekło z miejsca zdarzenia. Astronomowie szukają odpowiedzi
Analiza prawdopodobieństwa dostarcza jeszcze bardziej intrygującego rezultatu. Badacze sprawdzili, czy obiekt może należeć do populacji gwiazd Drogi Mlecznej, Wielkiego Obłoku Magellana bądź rozległego halo ciemnej materii otaczającego te struktury. Według przedstawionych obliczeń najbardziej prawdopodobne jest położenie Phoebe w halo ciemnej materii.
To jednak nie oznacza, że astronomowie potwierdzili istnienie pierwotnej czarnej dziury. To na razie kandydat, a nie bezpośrednio zaobserwowany obiekt. Co więcej, pojawiły się również alternatywne interpretacje dotyczące samego sygnału, dlatego potrzebne będą dalsze obserwacje i niezależne analizy. Jeśli jednak hipoteza pierwotnej czarnej dziury okaże się prawdziwa, odkrycie będzie wyjątkowe. Phoebe mogłaby być pozostałością po pierwszych chwilach istnienia wszechświata – obiektem, który przetrwał miliardy lat i przez cały ten czas pozostawał niewidoczny.
Źródło: arXiv
