Pogoń za jakością jest passé. Nawet najwięksi producenci smartfonów fotograficznych, jak Google, czynią ukłony w stronę zdjęć o większym wyrazie, który wynikał z pewnych niedostatków technicznych. Zamiast perfekcyjnego HDR i szerokiej rozpiętości tonalnej współczesny smartfon może zrobić zdjęcie, które każe nam kwestionować zasadność wydania kilku tysięcy na nowoczesne urządzenie. Pod koniec dnia smartfony są jednak kamerami typu point and shoot – po prostu namierzamy nimi co nas interesuje i dotykamy ekranu, a czasem nawet i tego nie musimy robić, bo wszystko cały czas się nagrywa.
Tymczasem starsze osoby (choć raczej rzadko kiedy w Polsce) pamiętają charakterystyczny wygląd zdjęć i filmów zarejestrowanych w formacie 110. 16-milimetrowa taśma dawała obrazek niemal 4,5-krotnie mniejszy niż rozwiązanie pełnoklatkowe 35 mm. Na klatce 13 x 17 mm w dalszym ciągu mogliśmy jednak zarejestrować piękne momenty, co utrudniało trzymanie taśmy w otworze perforacyjnym, a ten w najtańszych konstrukcjach miewał luzy. To wszystko mieściło się do kieszeni spodni, a załadowanie kasety zajmowało krótką chwilę.

Jaki był efekt? Gigantyczne ziarno, ogromny spadek ostrości i specyficzne kolory, które niektórzy określali mianem brudnych. Oczywiście dało się zarejestrować dobre zdjęcie z tylko nieco za ciepłymi kolorami, ale wymagało to sporej ilości światła. Niewielki rozmiar całości pozwolił jednak na eksperymenty z konstrukcją aparatu i doczekaliśmy się chociażby rozwiązań z dalmierzem i wymiennymi obiektywami tele (jak Minolta 110 Zoom SLR). Teraz poeksperymentować może kolejne pokolenie.
Camp Snap 110D miesza w sobie kilka rozwiązań, które stanowiły o magii lomografii
Camp Snap to firma, której nie zależy na najwyższej możliwej jakości zdjęć, nawet gdy mówimy o wpisywaniu się w standardy retro fotografii. Podobnie jak Camp Snap 2, tak i Camp Snap 110D stawia na wygląd, nostalgię i mobilność. Jest jednak przy tym znacznie lepiej wykonany i wizualnie mocniej inspiruje się propozycjami Kodaka, Minolty czy Rollei z lat 70. Nie znajdziemy tu kartridży, ale kartę Micro SD o pojemności 4 GB, co z pewnością wystarczy do wielu zdjęć.



Podstawą Camp Snap 110D jest sensor Sony CMOS o rozdzielczości 8 Mpix i rozmiarze matrycy 1/3,2 cala. Niejednokrotnie tak małe sensory potrafią trafić do smartfonów, jednak najczęściej tych budżetowych i raczej nie w roli głównego aparatu. Sensor ten powiązano z soczewką 4,2 mm o przysłonie f/2.0, która jest kompatybilna z gwintem 30,5 mm, co otwiera możliwości eksperymentowania ze zdjęciami makro oraz ultraszerokim kątem.

Oprogramowanie Camp Snap 110D pozwala na wybór jednego z pięciu filtrów, które nadają zdjęciom wygląd vintage, czarno-biały czy analogowy. Do przełączania się służy suwak umieszczony na górnej krawędzi obudowy. Producent zapewnia, że pamięci powinno wystarczyć na 2000 zdjęć nim będziemy musieli je przenieść do telefonu czy też komputera złączem USB-C.

W najbardziej intensywnym scenariuszu Camp Snap 110D pozwoli zarejestrować nawet 500 zdjęć na jednym ładowaniu, o ile nie będziemy korzystali z diody błyskowej. Urządzenie wybudza się do robienia zdjęć tylko wtedy, gdy naciśniemy jego przyciski, co pozwala oszczędzać energię.
Nie tak retro, jak mogliśmy myśleć, ale na pewno zapada w pamięć jako gadżet
Camp Snap 110D nie uratował się przed dodaniem do konstrukcji ekranu. Niewielki panel dzieli się z nami informacjami o statusie baterii oraz liczbie zdjęć, które wykonaliśmy. Jako, że to monochromatyczny panel LCD, możemy zapomnieć o podglądzie po zrobieniu zdjęcia, co przybliża nas do analogowego doświadczenia sprzed pięciu dekad.

W przedsprzedaży Camp Snap 110D kosztuje 290 złotych (bez podatków i bez wysyłki ze Stanów Zjednoczonych – po dodaniu dostawy do Polski koszt rośnie do 406 złotych). Dostępne są dwie wersje: Back in Black, która łączy połyskującą, metaliczną szarość z czernią oraz biało-pomarańczowy wariant Dreamsicle. Swoją drogą producenci ostatnimi czasy bardzo lubią się z pomarańczą, jak chociażby w odtwarzaczu CD Syitren R400 czy powerbanku Trozk T3 z ciekawym motywem przewodnim.

