Dokładnie w tę lukę między rutynowym spoglądaniem na zegarek a głębszą uważnością postanowiło uderzyć stambulskie studio Omora Lusso. Ich najnowsze kinetyczne dzieło sztuki – Muvaqqit 60 – całkowicie odrzuca pomysł podawania godziny na tacy. Zamiast płaskiego odczytu, zmusza nas do wyczekiwania, skupienia i przeżywania tego momentu niczym małego spektaklu.
Reinterpretacja stambulskiego dziedzictwa
Sama nazwa projektu niesie ze sobą ogromny ciężar gatunkowy i historyczny. Słowo Muvaqqit odnosi się do historycznych urzędników i astronomów z czasów Imperium Osmańskiego, których zadaniem było precyzyjne odliczanie czasu, obserwacja gwiazd oraz wyznaczanie pór na podstawie badań astronomicznych. W osmańskich miastach istniały nawet specjalne budynki, zazwyczaj połączone z kompleksami meczetów, będące prawdziwymi centrami ówczesnej nauki i sztuki pomiaru.

Niezwykle doceniam fakt, że designerzy ze studia Omora Lusso nie poszli na łatwiznę. Nie przebrali swojego dzieła w sztuczne ozdoby z epoki i nie nakleili na tarcze tanich, udawanych symboli astronomicznych. Wybrali drogę znacznie trudniejszą, ale i o wiele bardziej uczciwą, ponieważ połączyli historyczną kulturę precyzji oraz kontemplacji czasu z absolutnie nowoczesnym językiem designu, światła i materiału.
Omer Fatih Sevinctekin, założyciel studia, przyznaje, że od początku nie chciał tworzyć kolejnego klasycznego produktu. Cały projekt zaczął się od prostego pytania: czy odczytywanie godziny może być rytuałem zamiast zwykłą transakcją informacyjną?
Cierpliwość i siła 59 sekund milczenia
Najbardziej urzeka mnie w tym projekcie powściągliwość. Tarcza o średnicy 60 centymetrów przez większość minuty pozostaje nieruchoma i wygaszona. Urządzenie ożywa dosłownie raz na minutę i to właśnie ta wstrzemięźliwość buduje całe napięcie. Gdy nadchodzi ta jedyna sekunda w minucie, Muvaqqit 60 wykonuje hipnotyzującą sekwencję. Najpierw strumień światła wędruje przez warstwowe skale, budząc cały mechanizm do życia. Wtedy lustrzano-srebrzona figurka ptaka unosi się i zajmuje odpowiednią pozycję, by można było odczytać godzinę, pięciominutowy interwał oraz pojedyncze minuty na trzech osobnych, zakrzywionych skalach.



Przez pozostałe 59 sekund tarcza jest spokojna, niemal mroczna. Szczerze mówiąc, kiedy patrzymy na ten przedmiot, to mało kojarzy się z zegarem. Trzeba mieć ogromną odwagę, by stworzyć przedmiot, który przez zdecydowaną większość czasu milczy i czeka, by ta jedna, sześćdziesiąta sekunda naprawdę coś znaczyła. Zwykłe techniczne gadżety boją się ciszy jak ognia i bezustannie mrugają do nas powiadomieniami, tymczasem Muvaqqit 60 z tej ciszy czyni swój największy atut.
Czytaj też: Guma o fakturze aksamitu. Hublot zaskakuje nowym materiałem w zegarkach
Wersja kolorystyczna Noir Silver to fantastyczna gra kontrastów. Stalowo-czarna, matowa metalowa rama oraz tarcza w odcieniu antracytu stanowią ciemne, niemal architektoniczne tło dla ręcznie polerowanego, tytanowo-srebrzystego ptaka. Całość zamknięto za 4-milimetrowym, czystym szkłem. Materiały dobrano tak, aby idealnie podkreślić moment przejścia od absolutnego bezruchu do krótkiego, intensywnego błysku światła i ruchu.


Oczywiście nie jest to obiekt masowy i nigdy nim nie miał być. Model Muvaqqit 60 Noir Silver został powołany do życia w ściśle limitowanym nakładzie 50 egzemplarzy na cały świat. Cena wynosi bagatela 6000 dolarów (czyli w granicach 23 tysięcy złotych). Każda sztuka powstaje ręcznie w Stambule, a w zestawie oprócz Certyfikatu Autentyczności dostajemy dedykowaną drewnianą skrzynkę, specjalne rękawiczki do przenoszenia dzieła oraz zestaw materiałów eksploatacyjnych.

Wiem, że z racji ceny i praktycznie zerowej dostępności ten obiekt pozostanie jedynie w sferze marzeń i trafi do prywatnych kolekcji lub galerii. Mimo to bardzo podoba mi się sama idea stojąca za tym projektem i chyba to ona jest tu najważniejsza. Możemy nie mieć tego zegara u siebie, ale być może będzie on dla nas inspiracją do tego, by przy częściej się zatrzymywać i pozwalać sobie na przeżywanie chwili. Nie tylko podczas sprawdzania godziny.
