Podczas najnowszej premiery zobaczyliśmy model Hublot Big Bang Soft Touch, który na pierwszy rzut oka wygląda jak klasyczny, drapieżny chronograf tej marki, ale wystarczy wziąć go do ręki, by poczuć niemały szok.
Aksamitna guma, czyli magia mikroskopijnej struktury
Kiedy po raz pierwszy przeczytałam o gumie, która w dotyku przypomina aksamit, pomyślałam, że to po prostu kolejna marketingowa nazwa dla nieco bardziej miękkiego silikonu albo powłoki, która zetrze się po miesiącu noszenia. Okazuje się jednak, że Hublot podejmuje tu zupełnie nową grę inżynieryjną, czego zresztą poniekąd oczekujemy w modelu wartym tyle pieniędzy.

Producent zastosował specjalny proces obróbki (tzw. overmolding), w którym aksamitna faktura nie jest nakładana jako zewnętrzna warstwa czy spray, ale staje się integralną częścią struktury samego tworzywa. Na mikroskopijnej powierzchni materiału stworzono tysiące mikroskopijnych wypustek. Efekt? Dostajemy niezwykle miękkie, przyjemne i ciepłe w dotyku wykończenie, które jednocześnie zachowuje pełną trwałość, elastyczność i odporność na wodę, z jakich słyną gumowe paski tej marki.

Co więcej, nowa struktura nie trafiła wyłącznie na sam pasek. Hublot pokrył tym aksamitnym tworzywem również tytanową kopertę, bezel oraz elementy tarczy, tworząc zegarek, który jest niemal w całości otulony miękkim wykończeniem.
Dwa wyraziste warianty i potężne wnętrze
Nowy model zadebiutował w dwóch absolutnie ikonicznych dla marki odsłonach kolorystycznych: All Black (głęboka, matowa czarny) oraz All Red (krwista, nasycona czerwień). Średnica koperty wynosi uniwersalne 43 mm, a dzięki zastosowaniu tytanowej bazy zegarek zachowuje świetne proporcje i odpowiednią lekkość na nadgarstku.
Czytaj też: Czekasz na kolejny smartwatch Garmina? Zamiast niego może pojawić się coś niespodzianka
Wewnątrz obudowy pracuje autorski, automatyczny mechanizm chronografu HUB1280 Unico z funkcją flyback i kołem kolumnowym. Zapewnia on solidne 72 godziny rezerwy chodu, a cała konstrukcja może pochwalić się wodoszczelnością na poziomie 100 metrów (10 ATM). Tarcza ze szkiełkiem szafirowym posiada dyskretne okienko datownika na godzinie 4:30 oraz wskazówki wykończone rodowaniem.

Za przyjemność noszenia tej zegarmistrzowskiej innowacji na nadgarstku trzeba zapłacić 19 600 funtów (czyli niecałe 100 tysięcy złotych). Cena poraża, o ile nie znamy Hublota. Jeśli zaś ktoś choć trochę ogarnia ich zegarki, to nie ma tu niczego zaskakującego, bo to zawsze były modele przeznaczone dla tych, którzy nie widzą problemu w wydaniu na gadżet równowartości dobrego samochodu z salonu.
Czytaj też: Wygląda jak smartwatch, ale w środku kryje się klasyka
Mimo niedostępności dla szarego użytkownika, muszę przyznać, że bardzo podoba mi się kierunek, w którym poszedł Hublot. Na rynku luksusowych zegarków większość działań sprowadza się do wykorzystywania złota, drogich materiałów albo zabawy ze zmianami kolorów tarczy. Tutaj producent postawił na zaangażowanie czegoś, co często się ignoruje – zmysłu dotyku. To ciekawe podejście. Ciekawe tylko, jak ten aksamitny materiał sprawdzi się po kilku latach intensywnego noszenia. Znając jednak podejście Hublota do testów wytrzymałościowych, raczej nie ma się co martwić.
Źródło: Hublot
