Czy można ochłodzić planetę, odbijając część promieniowania słonecznego z powrotem w przestrzeń kosmiczną? Naukowcy od lat badają taką możliwość, lecz niedawna symulacja międzynarodowych negocjacji pokazała, że największym wyzwaniem może być nie sama technologia, a rywalizacja między państwami. W trakcie ćwiczenia przeprowadzonego na Queen Mary University of London uczestnicy nie zdołali wypracować wspólnego porozumienia, a wzajemna nieufność i walka o przewagę strategiczną zdominowały rozmowy o przyszłości klimatu.
Czytaj też: Misja SMILE uwieczniła zorzą polarną w ultrafiolecie. Ziemia wygląda jak Gwiazda Śmierci
Solarna modyfikacja promieniowania, lub po prostu SRM, obejmuje technologie, których celem jest ograniczenie ilości energii słonecznej docierającej do powierzchni Ziemi. Jednym z rozwiązań branych pod uwagę jest w tym kontekście wprowadzanie aerozoli do stratosfery. Cząstki te mogłyby odbijać część promieniowania, wywołując efekt chłodzący podobny do tego, który obserwuje się po dużych erupcjach wulkanicznych.
Metoda budzi jednak poważne kontrowersje. Choć mogłaby tymczasowo obniżyć globalną temperaturę, nie usuwa dwutlenku węgla z atmosfery ani nie rozwiązuje problemu emisji gazów cieplarnianych. Co więcej, skutki regionalne pozostają niepewne. Modele klimatyczne wskazują między innymi na ryzyko zmniejszenia opadów w części Afryki Subsaharyjskiej i nasilenia niektórych burz tropikalnych na Atlantyku. Nagłe przerwanie stosowania technologii mogłoby natomiast doprowadzić do szybkiego wzrostu temperatury.
W symulacji wzięli udział naukowcy, eksperci do spraw stosunków międzynarodowych, wojskowi i byli urzędnicy państwowi. Uczestnicy reprezentowali chociażby rządy USA i Chin, organizacje pozarządowe, grupy rdzennych mieszkańców czy firmy technologiczne. Scenariusz obejmował trzy etapy: teraźniejszość oraz wydarzenia rozgrywające się w 2027 i 2028 roku.
Już pierwsza runda ujawniła skalę problemu. Przedstawiciele Stanów Zjednoczonych i Chin nie chcieli zaakceptować zasad, które mogłyby ograniczyć ich własne badania lub zapewnić konkurentowi przewagę technologiczną. Gdy pojawiły się informacje o podejrzanych lotach badawczych i możliwej współpracy technologicznej, rozmowy przerodziły się w wzajemne oskarżenia. Ostatecznie uczestnicy porzucili negocjacje.
Czytaj też: Kosmiczne skały przenoszą tysiące składników życia. Naukowcy właśnie je wykryli
Paradoks polegał na tym, że w scenariuszu nie wszystkie podejrzenia miały podstawy. Mimo to delegacje opuszczały spotkanie przekonane, iż rywale rozwijają własne programy w tajemnicy. Symulacja pokazała, jak łatwo brak zaufania może napędzać wyścig technologiczny, nawet gdy żadna ze stron nie dysponuje pełną wiedzą o działaniach pozostałych.
Kolejne etapy ćwiczenia nie przyniosły przełomu. Informacje o katastrofach klimatycznych nie zmieniały znacząco postawy uczestników. Z kolei przygotowane przez ekspertów dane dotyczące potencjalnych skutków geoinżynierii często pozostawały bez odpowiedzi. Decyzje podporządkowywano interesom narodowym, a nie analizie zagrożeń środowiskowych. Dodatkowym problemem okazała się działalność fikcyjnej organizacji pozarządowej finansowanej przez przemysł paliw kopalnych. Pod pozorem wspierania niezależnych badań organizacja utrudniała współpracę i osłabiała pozycję ekspertów naukowych. W ostatnim etapie symulacji nie udało się osiągnąć żadnego porozumienia.
I choć autorzy pomysłu podkreślają, że symulacja nie jest przepowiednią przyszłości, to z jej przebiegu wyłania się niezbyt optymistyczny obraz: rywalizacja mocarstw, dezinformacja i brak przejrzystości mogą utrudnić ustanowienie wspólnych reguł. Bez międzynarodowego nadzoru jednostronne działania mogłyby wywołać napięcia dyplomatyczne, zwłaszcza gdyby ich skutki klimatyczne były nierównomiernie odczuwane przez poszczególne regiony.
Źródło: Wired
