Test KIA Sportage MHEV. Nie bez powodu jest tak popularna

Arkadiusz Dziermański

Jeśli mieszkasz w większym mieście, KIA Sportage to auto, które na pewno miniesz przynajmniej raz dziennie. Modele z różnych generacji podbiły serca Polaków i również najnowsze modele nie są rzadkim widokiem. W takim razie, za co ludzie tak lubią Sportage’a?

KIA Sportage jak nowy Hyundai Tucson. Tylko bardziej zaokrąglony

Moje pierwsze wrażenie po spojrzeniu na Kię Sportage, było pozytywne. Przyznaję, że niezbyt podobała mi się jej poprzedniczka, więc trochę się martwiłam, że znowu zobaczę grill w kształcie rozdziawionych, pomarszczonych ust i te wytrzeszczone lampy. Na szczęście patrzyłam na zupełnie inne auto, które nie sprawiało już wrażenia niezbyt zadowolonej starszej pani.

Linie nowej Sportage są, co do zasady, bardzo spójne, ale nie spodobał mi się pewien brak harmonii w jej bocznych liniach – w miejscu, gdzie boczne szyby łączą się z drzwiami, zamontowano chromowane listwy, które następnie urywają się po to, aby pojawić się na tylnym spojlerze dachowym, dobre 20 cm wyżej. Nie jest to detal bijący po oczach, ale kiedy już zwrócimy na niego uwagę, wygląda trochę niekonsekwentnie. Poza tym szczegółem, sylwetka Kia Sportage jest poprowadzona dosyć odważnie – nie brakuje miękkich przetłoczeń i masywnych kształtów, jednak największą uwagę zwraca przód. Porównując go do Sportage poprzedniej generacji, grill rozrósł się niemiłosiernie, zajmując cały przedni zderzak i rozsuwając na boki przednie lampy, które zostały jednocześnie wysmuklone. Efekt tego jest taki, że jeżeli zobaczycie Sportage stojącą sobie na parkingu z wyłączonymi światłami, w pierwszym momencie możecie drapać się po głowie i zastanawiać, gdzie właściwie są te światła. Nie twierdzę, że jest to wada, po prostu trzeba się do tego przyzwyczaić.

Z tyłu mamy znacznie mniej rewolucji. Tylna klapa została wygładzona, wysmuklono też spojler i przeprojektowano lampy. Zmiany proste, ale znacząco wpływające na poprawę estetyki auta. Jest zdecydowanie nowocześniej i po prostu zgrabniej.

Nie jestem w stanie jednoznacznie określić swoich odczuć w stosunku do powierzchowności Kii Sportage. Jak wspomniałam wcześniej – podoba mi się znacznie bardziej od swojej poprzedniczki i wygląda „przyszłościowo”, ale jest też trochę dziwna. Zapytałam więc znajomych i zdecydowana większość ich opinii była pozytywna. Zauważyłam też zainteresowanie ze strony innych kierowców, więc mogę śmiało stwierdzić, że Kia Sportage po prostu się ludziom podoba.

Czytaj też: Test Opel Mokka-e. Miejski maluch, który udaje dużego

Wnętrze – drogo i nowocześnie

Arkadiusz Dziermański

Co tu dużo mówić, Kia Sportage wygląda zwyczajnie drogo, ale nie przytłaczająco. Podwójny, zakrzywiony ekran za dużą taflą szkła. Skórzane wykończenie z dodatkami alcantary i różnego rodzaju wstawkami. Bardzo nietypowy kształt klamek. To wszystko może się podobać. Niestety nie mogło zabraknąć plastików piano black. Znajdziemy go na tunelu środkowym, wokół przycisków m.in, zmiany trybów jazdy.

W przeciwieństwie do Tuscona nie mamy tutaj wrażenia, że otacza nas ogrom wolnej przestrzeni. Elementy wnętrza raczej nas otulają, są dosyć blisko siebie, ale nie poczujemy się nimi przytłoczeni. Ogółem, nie jest ciasno. Ale potrafi być głośno. W okolicach 130-140 km warto zasłonić panoramiczny dach, a muzykę trzeba nieco podkręcić. A nawet nieco bardziej jeśli trafi się do tego wietrzna pogoda.

Deska rozdzielcza jest podzielona, w 2/3 skierowana w stronę kierowcy, a w 1/3 pasażera. Dzięki temu kierujący ma dostęp do wszystkich przycisków, funkcji i przełączników. Do dyspozycji mamy duże skórzane podłokietniki w drzwiach i spory, obszyty skórą na środku.

Tunel środkowy jest bardzo nietypowo zaaranżowany. Pokrętło trybów jazdy jest ogromne i prawdę mówiąc, na początku myślałem, że to pokrętło do sterowania systemem multimedialnym. Warto zapamiętać, że to jednak służy do czegoś innego, żeby nie zdziwić się w trakcie jazdy.

Po nim mamy mniejsze pokrętło zmiany trybów i podtrybów jazdy. Obok mamy nietypowe uchwyty na napoje, które można złożyć. Dzięki temu zyskujemy dodatkową przestrzeń na położenie tam… czegokolwiek. Nie zabrakło ładowarki indukcyjnej, gniazda zasilania i dwóch portów USB – typu A i typu C.

Fotele są duże, wygodne i dobrze trzymają w trakcie jazdy. Nawet na niekoniecznie komfortowej nawierzchni. Z przodu, w testowanej wersji GT Line, mamy elektroniczną regulację, która działa szybko i nie każe na siebie czekać. Jest też grzanie i w sumie niezbyt często spotykana funkcja wentylowania.

Pasażerowie z tyłu nie powinni mieć powodów do narzekania. Fotele mają regulowane (manualnie) oparcie, funkcję podgrzewania (guzikiem na drzwiach), dodatkową strefę klimatyzacji i porty USB. Bardzo nietypowo umieszczone na bokach przednich siedzeń. Do tego w zagłówkach mamy bardzo duże wieszaki.

Panoramiczny dach jest ogromny. Do tego w przedniej części uchylany i przesuwany oraz wyposażony w muchołap wiatrołap z gęstą siatką.

Bagażnik ma pojemność 562 litrów. Jest długi i nie za głęboki, dzięki czemu niższe osoby nie będą musiały nurkować na dnie w poszukiwaniu bagażu. Pod zdejmowaną podłogą znajdziemy koło zapasowe. Za co duży plus.

Czytaj też: Test BMW iX. To najmądrzejsze BMW w historii

KIA Sportage idzie w elektronikę zamiast przycisków. Wyszło… dobrze

Kia Sportage jest jednym z niewielu modelu aut, w których zastąpienie klasycznych przycisków ekranem wyszło bardzo przyzwoicie. Wszystkie przyciski sterowania klimatyzacją oraz Menu umieszczono na niewielkim ekranie, pomiędzy dwoma pokrętłami. Ekran jest matowy, dzięki czemu jest czytelny w każdych warunkach oraz ma dwa tryby działania.

Pierwszy to tryb klimatyzacji. Mamy tu wszystkie opcje sterowania nawiewami, a pokrętła służą do zmiany temperatury dla obu stref. W drugim trybie mamy przyciski skrótów Menu wyświetlanego na ekranie. Pomiędzy trybami przełączamy się jednym przyciskiem. Jak nie lubię tego typu rozwiązań, tak tutaj działa to naprawdę dobrze.

Interfejs systemu multimedialnego jest efektowny, ale przy tym prosto skonstruowany i łatwy do opanowania. Działa przyzwoicie, nie zawiesza się i nie każe na siebie czekać. Korzystając z aplikacji samochodu, ekran możemy podzielić na dwie części. Na mniejszej możemy wyświetlić mapę, radio, aktualne statystyki jazdy, czy informacje o pogodzie. Podzielony ekran mamy też przy Android Auto (działa po kablu, ale wzorowo), ale wówczas na mniejszej części wyświetlana jest tylko nazwa smartfonu. Szkoda.

Ekran kierowcy jest podzielony na trzy części. Dwa zegary, pomiędzy którymi możemy wyświetlać różne dodatkowe opcje i zarządzać niektórymi funkcjami. Wygląd zegarów zmienia się w zależności od trybu jazdy. Ale jeśli spodoba nam się widok zegarów terenowych, a nie bardzo widzi nam się jazda po mieście w trybie jazdy po śniegu, można go ręcznie zmienić w Menu. To miły dodatek.

Kia Sportage oferuje rozbudowany system kamer. Mamy… wszystko? Widok 360, widok wirtualny, podgląd kamer z lusterek oraz z góry na tylny zderzak. Do tego funkcja, którą znamy z Hyundaia Tucson, czyli podgląd kamer z lusterek na zegarach. Włączamy kierunkowskaz w lewo lub prawo, a na lewym lub prawym zegarze na ekranie kierowcy pojawia się widok z kamer pod lusterkiem. Kamera pokazuje znacznie więcej, niż kierowca faktycznie widzi w lusterku i jest to naprawdę genialne rozwiązanie.

A jeśli kamery to za mało, albo zwyczajnie ktoś za bardzo chciał się do nas przytulić na parkingu, pozostaje zdalne wyjechanie z miejsca za pomocą kluczyka. Wystarczy przytrzymać przycisk na pilocie i guzikami przód/tył wyjedziemy z miejsca. Auto robi to na prostych kołach, więc jeśli stoi po skosie, po skosie wyjedzie. Funkcja wymaga nieco wprawy. Samochód zatrzyma się ułamek sekundy po puszczeniu przycisku, ale już rusza z minimalnym opóźnieniem.

Czytaj też: Test Nissan Townstar. Praktycznie do granic możliwości?

Aplikacja KIA Connect

Sylwia Januszkiewicz

Ponieważ praktycznie każdy producent oferuje swoim klientom aplikację mobilną w celu ułatwienia obsługi auta, a o tej „Kijowskiej” jeszcze nie pisaliśmy, zatrzymajmy się przy niej na chwilę.

Kiedy już ją pobierzemy i się zarejestrujemy (należy podać podstawowe dane – imię, nazwisko, adres e-mail i numer telefonu), należy zarejestrować w niej swój pojazd. Podajemy numer VIN, a następnie skanujemy kod QR, który pokaże nam auto i pyk, mamy dostęp do danych w telefonie. Każdy, kto jest w stanie założyć sobie choćby konto Gmail, da radę zarejestrować siebie i swoje auto w tej aplikacji, więc uspokajam osoby na co dzień unikające takich rozwiązań – dacie radę 😉

Menu aplikacji jest proste, bo też nie ma tutaj jakiegoś nieskończonego katalogu informacji, czy opcji sterowania pojazdem. Chciałabym zaznaczyć jedną rzecz bardzo wyraźnie – jest to zaleta, a nie wada tej aplikacji. Mamy rzeczy, które są faktycznie przydatne, a w pewnych wypadkach wręcz niezbędne, za to oszczędzono nam głupich, nikomu niepotrzebnych detali. Podzieliłabym funkcje apki na dwie grupy: rzeczy przyjemne i rzeczy przydatne (co nie znaczy, że nie są przyjemne).

Czytaj też: Test Hyundai Tucson Plug-In Hybrid 2021. Przestronnie i wygodnie

Przejdźmy do pierwszej grupy i zacznijmy od podstaw – funkcja zamykania i otwierania drzwi. Jako stereotypowa kobieta, nosząca w torebce różne dziwne rzeczy w zatrważających ilościach (w mojej torbie niekiedy znajdziecie nawet metrówkę), zawsze doceniam możliwość otworzenia i zamknięcia drzwi auta telefonem. Dzięki temu nie muszę się zastanawiać, jak głęboko w torbie zakopałam kluczyki – wystarczy mi świadomość, że gdzieś tam są. Dodatkowy bonus – życzę powodzenia wszelkim złodziejom, którzy próbowaliby mi je zwędzić.

Kolejna rzecz – kontrola baterii. Nasz egzemplarz to standardowa hybryda, więc nie powiem Wam, jak to działa w praktyce, ale moim zdaniem warto wspomnieć, że Kia Connect po pierwsze, daje użytkownikowi możliwość zdalnego sprawdzenia stanu baterii, a po drugie – zdalnego rozpoczęcia i zakończenia ładowania. Trochę samochodów elektrycznych już przerobiłam i muszę przyznać, że są to przydatne funkcje, w szczególności sprawdzenie stanu baterii, jeżeli np. planujecie podróż.

Skoro o planowaniu podróży mowa – możecie  zaplanować trasę w telefonie i przesłać potrzebne informacje do auta, które następnie zostaną wgrane do aplikacji. Wsiadacie i jedziecie, bez dodatkowych przygotowań. Kiedy już dojedziecie do miejsca docelowego i zaparkujecie auto, a nie znacie okolicy, aplikacja pokaże Wam również, jak dość do celu.

Jeszcze jedną fajną funkcją, niestety również zarezerwowaną dla elektryków, jest kontrola klimatyzacji – jak sama nazwa wskazuje – możemy nią sterować zdalnie i ustawić sobie odpowiednią temperaturę, aby nie marznąć zimą i nie pocić się latem. Przyznam jednak szczerze, że zarezerwowanie tej opcji wyłącznie dla pełnych elektryków trochę rozczarowuje.

Jak widać, w pierwszej grupie mamy fajne rzeczy, ale jeżeli chcemy w pełni skorzystać z możliwości Kia Connect, potrzebujemy elektryka. Jeśli dysponujemy zwykłą hybrydą lub autem wyłącznie spalinowym, jest tego trochę mniej. Drugą grupę funkcji aplikacji określiłam jako rzeczy przydatne. Przydatne dla każdego kierowcy, ale najbardziej – dla kierowcy, który niestety musi swoje auto współdzielić z innymi osobami.  Nie będę opisywać każdej funkcji oddzielnie, za to opiszę Wam hipotetyczną sytuację. Załóżmy, że macie dzieci. Dzieci, które niedawno oficjalnie weszły w dorosłość, odebrały dowody osobiste, zdały kurs na prawo jazdy i teraz wyjeżdżają z, jak najbardziej uzasadnionymi, argumentami typu: „Jeśli nie pozwolisz mi jeździć to zapomnę jak to się robi!” lub „Przecież zdałem prawko, umiem jeździć! Nie ufasz mi?”. Cóż, mówi się, że na zaufanie należy zapracować, ale przecież nie zaszkodzi, aby rodzic również był aktywną stroną tego układu. Tym bardziej, jeśli ta „praca” to zainstalowanie sobie w telefonie aplikacji. Tak tak, kochani. Zróbcie to, a będziecie wiedzieć, gdzie w danym momencie znajduje się auto, jaki dystans w jakim czasie przejechało, jaka była jego maksymalna prędkość, czy jest w danym momencie zamknięte, czy silnik jest wyłączony… Dużo przydatnych informacji. Niezależnie od tego, czy macie problem z kontrolą, czy po prostu martwicie się o swoje pociechy, te funkcje apki zaoszczędzą Wam masę nerwów. Jeśli nie współdzielicie auta, zawsze można na to zerknąć z czystej ciekawości.

Czytaj też: Test Suzuki S-Cross Hybrid 2022. Czy Nissan Qashqai ma powody do niepokoju?

KIA Sportage w praktyce, czyli zaczynamy jechać. Albo szybko, albo… tanio

Testowany przez nas egzemplarz to Kia Sportage 1.6 T-GDI 230 KM HEV. Mówiąc po ludzku, jest to auto z czterocylindrowym, turbodoładowanym silnikiem o pojemności 1.6 l, wyposażone w układ hybrydowy oferujący 230 KM przy 5 500 obr./min. i maksymalny moment obrotowy wynoszący 350 Nm przy 1 500 – 4 500 obr./min. Pozwala on na rozpędzenie auta 0-100 km/h w 8.3 s. Dotyczy to wersji z napędem na wszystkie koła, ważącej 1 640 kg. Jeżeli zdecydujecie się na wersję z napędem na jedną oś, zyskacie dodatkowe 0.3s. Jest to wynik raczej standardowy w przypadku tego typu aut, więc nie ma się nad czym rozwodzić. Da się nim sprawnie poruszać po mieście, w trasie również nie zauważyłam jakichś szczególnych braków w mocy, czy przyspieszeniu. Podczas jazdy po mieście mamy do wyboru 2 tryby: Eco i Sport. Nie martwcie się, tryb Eco nie będzie mulił jak przy większości nowych samochodów, gdzie w imię większej rekuperacji energii i naładowania baterii, po zdjęciu nogi z gazu pojazd zaczyna dosyć agresywnie hamować. Przy Kii Sportage nazwałabym to raczej trybem standardowym z którego korzysta się przez 80 % czasu. W końcu akumulator o pojemności 1.49 kWh nie wymaga tak agresywnej rekuperacji, aby się naładować. Jeżeli potrzebujecie trochę lepszego „refleksu” w przyspieszeniu, tryb Sport skutecznie spełni swoją funkcję.

Ponieważ korzystaliśmy z auta z napędem na 4 koła, mieliśmy również do swojej dyspozycji 3 tryby do jazdy terenowej – Snow, Mud i Sand. Z uwagi na porę roku nie korzystaliśmy z trybu Snow, ale z dwóch pozostałych już tak. Teren nie był tragiczny, ale swoją prywatną osobówką w życiu bym tam nie wjechała. Mieliśmy do czynienia głównie z bardzo nierówną drogą piaskową, ale zdarzały się też spore błotniste koleiny. Auto poradziło sobie z nimi bez problemu, więc jeśli na co dzień musicie poruszać się po niezbyt cywilizowanych drogach, Sportage z napędem AWD bez problemu sobie z nimi poradzi. Jeżeli przy okazji zdecydujecie się na elektronicznie sterowane zawieszenie, oszczędzicie sobie też nieprzyjemnego bujania na takich drogach. Bardzo ładnie dostosowuje się do warunków i pozwala na komfortową jazdę. Niestety opcja ta jest dodatkowo płatna, a poza tym dostępna wyłącznie w wersji GT-Line, jak nietrudno się domyślić, tej najdroższej.

Hybryda oraz hybryda typu plug-in zostały wyposażone w 6-biegową automatyczną skrzynię biegów, która działa bardzo poprawnie. Przełożenia są zauważalne, ale delikatne, a w trybie Sport potrafi bardzo mądrze zrzucać bieg, aby wycisnąć z silnika jak najwięcej. To „wyciskanie” odczujecie oczywiście w portfelu, bo jeśli zaczniecie przekraczać prędkość na ekspresówce, przekroczycie również poziom spalania 10 l/100 km. Przejechaliśmy spory kawałek autostrady z prędkością 130-140 km/h i średnie spalanie za ten odcinek wyniosło 10.3 l/100km. W mieście wygląda to znacznie lepiej – wtedy układ hybrydowy ma więcej pola do popisu i przy jego wsparciu bez większych problemów osiągniecie spalanie rzędu 7 l/100km. Jeśli ktoś jeździ naprawdę spokojnie, zejdzie nawet poniżej tego poziomu.

Czytaj też: Test KIA Xceed. Kiedy jesteś tak pewny swego, że nie musisz nikogo udawać

KIA Sportage ma nieskończenie wiele wariantów wyposażenia

Wyposażenie Kii Sportage to trochę skomplikowana sprawa. Niby mamy 4 pakiety wyposażenia, ale do tego dochodzi cała armia fantów, za które i tak trzeba dopłacać, nawet jeśli zdecydujecie się na wersję GT-Line. Mało tego – niektóre elementy możecie dokupić wyłącznie przy tej, czy innej wersji wyposażenia, lub np. skrzyni biegów. Szczerze mówiąc, współczuję i klientom, i handlowcom, bo to jest pomieszanie z poplątaniem. Pomijając zakres cenowy różnych wersji wyposażenia z różnymi silnikami, układami hybrydowymi, skrzyniami i napędami, gdzie mamy do czynienia z 29 (tak, DWUDZIESTOMA DZIEWIĘCIOMA) różnymi cenami za jeden model, dochodzi do tego kolejnych 12 opcji dodatkowych. I nie mam tutaj na myśli tylko takich pierdół jak lakier, ale też całe pakiety, które z kolei skrywają kolejne dodatkowe funkcje. A właśnie, niektóre z tych dodatkowych pakietów wymagają kupienia innych dodatkowych pakietów. Ktoś powinien dostać bardzo, bardzo solidne cięgi za takie skonstruowanie oferty. Połapanie się w tym wszystkim wydaje mi się równie ekscytujące co obejrzenie weekendowego maratonu Dynastii, więc spasuję. Skupię się na wyposażeniu, z jakim faktycznie mieliśmy do czynienia, a właściwie na jego wybranych elementach. Do swojej dyspozycji mieliśmy wersję wyposażenia GT-Line ze wszystkimi dodatkowymi bajerami.

Pozwólcie, że podejmę się karkołomnego zadania wyceny tego auta. Silnik benzynowy Hybrid w wersji AWD, GT-Line kosztuje 186 900zł. Do tego pakiet Drive Wise Plus (AE+) za 6 500zł, System nagłośnienia Harman Kardon za 2 500zł, Pakiet Premium za 5 500zł, Dach panoramiczny za 4 000zł, Elektrycznie sterowane zawieszenie za 4 000zł i dwukolorowe nadwozie za 3 000zł. Razem daje nam to radosną kwotę 212 400zł. Jeśli zechcecie taki sam, ale w wersji hybrydowej plug-in, zapłacicie za to 220 400zł. Jeśli chcecie mieć immobilizer, jeszcze 1 457zł poproszę.

Kiedy pierwszy raz podliczyłam cenę auta, byłam w szoku. Nie mieściło mi się w głowie, że za Kię Sportage można zapłacić ponad 200 tysięcy. Wrażenie to jednak minęło, kiedy zaczęłam liczyć również wszystkie funkcje, w jakie auto zostało wyposażone. Poza tym ceny zaczynają się od 109 900zł, więc spokojnie znajdziecie Kię Sportage w znacznie niższym przedziale cenowym. Po dojściu do tych wniosków przypomniałam sobie też, że za Opla Mokkę-e można zapłacić ponad 160 000, a jeszcze później przypomniałam sobie, że ostatnio ziemniaki w Lidlu były po 5,70 zł za kilogram i wiecie co? Zupełnie przestałam się dziwić.

Wróćmy jednak do naszego egzemplarza. Mamy tutaj bardzo dobry system kamer 360 stopni, monitorowanie martwego pola z wyświetlaniem obrazu na wyświetlaczu centralnym (do tej pory widziałam to tylko w Hyundaiu Tucson), ruchu poprzecznego podczas cofania z funkcją automatycznego zatrzymania, zdalne parkowanie przy użyciu pilota (znowu przypomina się Tucson), aktywny tempomat, asystent jazdy po autostradzie, ogrzewane i wentylowane siedzenia, 3-strefową klimatyzację, skóry, elektrycznie regulowane przednie fotele, bardzo ładne 18-calowe felgi, poduszki, panoramiczny dach… Można wymieniać i wymieniać i nie widać końca. Poza wyświetlaczem head-up jest tu wszystko, czego macie prawo spodziewać się po aucie za ponad 200 tysięcy, a nawet rzeczy, których część z Was by się nie spodziewała. Wszystko to jest zrobione porządnie, naprawdę odciąża kierowcę i tutaj należy się Kii solidny ukłon, ale to komplikowanie oferty to przesada. Tym bardziej że przy takiej mnogości kombinacji może być ciężko z dostaniem tego, co nas interesuje w przyzwoitym czasie. Jeśli mamy bardzo specyficzne wymagania co do wyposażenia, nie zdziwiłabym się, gdybyśmy musieli zamawiać wyprodukowanie i rezerwację egzemplarza specjalnie dla nas, a przy obecnej sytuacji z łańcuchami dostaw, wolę nie wiedzieć, jaki byłby czas oczekiwania.

Czytaj też: Test Mercedes GLE 350 de. Ogromny diesel na prąd, czyli bardzo nietypowa hybryda

Nic dziwnego, że KIA Sportage to jeden z częściej spotykanych SUV-ów na polskich drogach

Pomimo frustracji związanej z rozbuchanym cennikiem, Kia Sportage jest moim zdaniem kolejnym udanym miejskim SUV-em, który okazjonalnie zabierze Was w terenowe wycieczki. Interesująca stylistyka, wygoda, łatwość prowadzenia i 7-letnia gwarancja jakości sprawiają, że jest to auto solidne i na pewno spotka się z dużym zainteresowaniem, tak samo jak poprzednia generacja. Osobiście będę bardzo miło wspominać czas, który z nią spędziłam. Trochę mniej – dojście do ładu z cennikiem.