Test Huawei MateBook E – od zachwytu, przez rozczarowanie, po…

Arkadiusz Dziermański Z-ca Redaktora Naczelnego

Huawei MateBook E to sprzęt, na który bardzo czekałem. Ucieszyłem się, kiedy trafił na nasz rynek, ale entuzjazm szybko minął po pierwszych godzinach użytkowania. Dalej było już lepiej, ale czy na tyle, aby zatrzeć pierwsze złe wrażenie?

Bardzo czekałem na MateBooka E w Polsce

Lubię urządzenie nietypowe. Do takich można zaliczyć tablety z mocą laptopa. Bardzo podoba mi się koncepcja Surface Pro, ale też bardzo nie lubię przesadnie drogiego Surface’a Pro. Do pary z jego niektórymi wadami. Dlatego też z nadzieją patrzę na podobne konstrukcje innych producentów.

Ostatnio bardzo spodobał mi się Asus ROG Flow Z13, ale to nieco inna półka sprzętowa. MateBook E jest od niego znacznie tańszy, podobnie jak od mocniejszych wariantów Surface’a Pro. Kosztuje 4 999 zł i ma naprawdę solidną specyfikację. W końcu mamy tu procesor Intel Core i5-1130G7, 16 GB pamięci RAM (LPDDR4x, dual-channel), dysk SSD 512 GB (NVMe PCIe) i ekran OLED o rozdzielczości 2560 x 1600 pikseli. Wygląda to naprawdę dobrze! Więc jak tylko pojawiła się możliwość przetestowania go, brałem w ciemno.

W momencie uruchomienia MateBook E mnie nadal zachwycał. Później było już z górki

Uruchamiając MateBooka E nie poczujecie, że uruchamiacie sprzęt z Windowsem. Huawei zmodyfikował konfigurator Windows 11, przez co wygląda on niemal identycznie jak w tabletach i smartfonach firmy. Sprytny zabieg, ale też dzięki temu cała konfiguracja jest prostsza dla mniej zaawansowanych użytkowników.

Wtedy jeszcze entuzjazm trzymał mnie mocno. Po uruchomieniu od razu zabrałem się za instalowanie niezbędnych programów, bo już teraz, zaraz chciałem zacząć pracować. Tylko… jak tu pracować? W domu zawsze korzystam z monitora podłączonego do laptopa. Nawet jeśli jest to sprzęt testowy, to zwyczajnie potrzebuję dodatkowej przestrzeni, choć głównie staram się patrzeć na ekran komputera. W końcu muszę wyrobić sobie opinię na temat jego temat. Tutaj z podłączeniem był problem, bo MateBook E ma wyłącznie jeden port USB-C (z Thunderbolt 4). Więc mogę podłączyć monitor, ale tylko do czasu rozładowania akumulatora.

Przypomniałem sobie, że mam hub GreenCella z portem USB-C i gniazdem HDMI. Wygrzebałem hub-a, dodatkowy kabel HDMI (na co dzień monitor mam podłączony do laptopa przez USB-C i komputera stacjonarnego przez Display Port), podpiąłem wszystko na raz – działa! W końcu kabli nigdy dość, prawda? W dodatku działa przesyłanie obrazu i ładowanie jednocześnie. Jakiś tam sukces jest, ale Huawei mógłby, podobnie jak kiedyś w laptopach, dodawać w zestawie swój hub, który rozwiązywałby problem. Jest jeszcze jedna opcja i jest nią zakup monitora Huawei MateView, do którego obraz można sprawnie przesyłać bezprzewodowo. Super, wydałeś 4 999 zł na laptopa, to teraz jeszcze 2 999 zł na monitor.

Tak mnie ten pojedynczy port USB-C zdenerwował, że do MateBooka E wróciłem dopiero wieczorem. W zestawie nie ma hub-a, ale jest przynajmniej klawiatura, za którą nie musimy płacić osobno. Tylko dlaczego nie jest podświetlana?! I tak oto zostawiłem laptop w spokoju, wróciłem do niego dopiero kolejnego dnia.

Czytaj też: Recenzja Sony A7c – dla kogo jest ten aparat?

Jak wygląda Huawei MateBook E? No tak, zapomniałem go obejrzeć…

Poważnie, w tym wszystkim zapomniałem kompletnie obejrzeć obudową MateBooka E. Brawo ja!

Od klasycznego tabletu MateBooka E wyróżnia szczelina na górnej krawędzi (przy założeniu, że używamy go poziomie i przyjmijmy, że jest to jego główna orientacja). W niej mamy dwa wyloty powietrza. Poza tym bez włączenia kompletnie nikt nie powie, że to tablet z Windowsem. Skojarzenia nie są bezpodstawne, bo tak naprawdę MateBook E to MatePad Pro, ale z dodatkowym układem chłodzenia.

MateBook E ma matowy tylny panel, więc wolniej zbiera zabrudzenia. Ale jak już złapie odciski palców… Nie jest łatwo go doczyścić

Ekran ma 12,6 cala, więc obudowa nie jest duża. Ma 286,5mm długości, 184mm szerokości i 7,99mm grubości. Przy masie 709 gramów. Poza tym mamy tu typowo tabletowe elementy. Port USB-C na prawym boku, włącznik z wbudowanym czytnikiem linii papilarnych oraz gniazdo Jack 3,5mm na lewym oraz przyciski regulacji głośności na górnej krawędzi. Do tego aparat w rogu tylnego panelu, o rozdzielczości 13 Mpix i aparat do selfie nad ekranem, o rozdzielczości 8 Mpix. Odnotujmy od razu, że aparatem zrobimy wyraźne i ostre zdjęcia dokumentów, ale poza tym lepiej zostać przy fotografowaniu smartfonem.

Obudowa jest metalowa i perfekcyjnie wykonana. Dobrze leży w dłoni, jeśli korzystamy z MateBooka E jak tabletu i jest bardzo kompaktowa.

Czytaj też: Test Xiaomi 12 Pro. To w końcu warty jest swojej ceny, czy nie do końca?

Ekran. TEN EKRAN!

Ekranem to akurat MateBook E potrafi czarować. Panel OLED ma przekątną 12,6 cala i proporcje obrazu 16:10. Jego deklarowana jasność to 400 nitów, do 600 nitów w trybie wysokiej jasności. Tym, co go dodatkowo wyróżnia i nie kojarzę drugiego takiego rozwiązania w laptopach, są zaokrąglone rogi. Wygląda to nietypowo, ale nie przeszkadza w codziennym użytkowaniu i jest ciekawym wyróżnikiem.

Tylko Windows nie nadążą za okrągłymi rogami…

Na oko ekran jest świetny. Jest jasny i można go używać bez problemu np. w podróży. Do tego mamy bardzo dobrze nasycone kolory oraz perfekcyjną czerń. Minusem jest 60 Hz odświeżanie obrazu. Laptopowy standard, ale powoli chciałoby się więcej. A jak wypada w pomiarach?

Muszę przyznać, że dziwnie. Pomimo powtarzania pomiaru, punkt bieli (bez kalibracji) wynosił bardzo wysokie 8300K przy 100% jasności. Obraz powinien być przy tym wręcz żółty, a taki nie jest. Ekran ma ogółem dosyć ciepłą kolorystykę, ale nie do tego stopnia i nie do końca wiem, skąd ten wynik. Oczywiście jeśli planujecie obrabiać na MateBooku E zdjęcia, do czego nadaje się świetnie, warto zmienić ustawienia balansu bieli.

Poza tym uzyskane wyniki są bardzo dobre. Ekran oferuje 100% pokrycie palety sRGB i AdobeRGB oraz 98% dla P3. Krzywa gamma dosłownie o włos wystaje poza wzorzec Gamma 2.2, a maksymalna jasność ekranu pokrywa się z deklaracjami i wynosi 407 nitów. Mamy za to dosyć spore odchylenie równomierności podświetlenia ekranu, sięgające 15% przy górnej krawędzi. Ale nie widać tego w codziennym użytkowaniu. Stawkę zamyka bardzo dobre odwzorowanie kolorów, ze wskaźnikiem średniej wartości Delta E na poziomie 1,65 dla nieskalibrowanego ekranu.

Czytaj też: Test Samsung The Freestyle – telewizor, projektor, a może urządzenie zupełnie nowej kategorii?

Huawei MateBook E z wygodną, ale nierówną klawiaturą

Podobnie jak wszystkie inne podobne konstrukcje, korzystanie z MateBooka E w podróży jest utrudnione. Bardzo karkołomne jest trzymanie go na kolanach i wygodne pisanie. Jak widać, z pozoru prosta czynność cały czas sprawia producentom sporo problemów.

Poza tym klawiatura jest wygodna. Nieco podobna do tej z laptopów MateBook X. Ma tak samo niski skok klawiszy, które przyjemnie sprężynują, ale wciskają się one nieco bardziej miękko, wydając cieplejszy dźwięk. To zasługa gumowej obudowy.

Klawiatura ma dwie wady. Pierwsza i największa to brak podświetlenia, o czym już wiemy. Druga i być może to wina testowanego egzemplarza, to okazyjne zawieszanie się. Kilka razy klawiatura przestawała reagować na wpisywany tekst i konieczne było odpięcie jej od urządzenia i ponowne podłączenie. Trwa to mniej niż sekundę, ale potrafi zirytować.

Touchpad jest malutki, ale nadrabia czułością i odpowiednio śliską powierzchnią. Ale przy tych wymiarach i umieszczeniu dosyć nisko, wiele osób może szybko zacząć doceniać zalety ekranu dotykowego. I przeklinać nieprzystosowanie Windowsa do obsługi dotykiem.

Huawei MateBook E ma odpowiedni zapas wydajności…

Huawei MateBook E bardzo dobre sprawdza się w codziennej pracy. Używałem go do pracy typowo biurowej, choć może niekoniecznie typowej, bo z podpiętym monitorem 4K i otwartymi 2-3 oknami przeglądarki internetowej, po nawet kilkanaście kart w każdej. Do tego otwarty Outlook i kilka dokumentów Worda, Excela i PDF. Ani razu nie miałem problemów z płynnością działania.

Do tego dochodziła obróbka zdjęć w Adobe Lightroom i tutaj MateBook E nie odstaje od większości ultrabooków ani na plus, ani na minus. Przy eksporcie większej paczki zdjęć komputer wyraźnie zwalnia, do czasu zakończenia procesu. To zupełnie normalna reakcja. Ten program tak już ma.

Dobrą wydajność potwierdzają wyniki benchmarków, choć wyniki wyraźnie odstają od klasycznych laptopów. Za to mamy bardzo szybki dysk.

O grach, co jest chyba oczywiste, możemy zapomnieć. Chyba że będą to starsze produkcje, albo mało wymagające gry sieciowe. Na upartego na niskich lub lekko-średnich detalach można uruchomić GTA V, albo Wiedźmina 3 i cieszyć się w miarę płynną rozgrywką.

Czytaj też: Test BMW i4 – radość z jazdy!

…tylko jakim kosztem? Czyli porozmawiajmy o dźwiękach i temperaturze

Kompaktowe wymiary obudowy mają swoje konsekwencje. Podczas wymienionych wyżej czynności MateBook E nie pracuje bezgłośnie. System chłodzenia agresywnie wyrzuca ciepłe powietrze przez otwory na krawędzi obudowy i w chłodne dni możemy tym skutecznie ogrzać ręce. Ale nie hałasuje przy tym przesadnie. Mówimy o dźwiękach na poziomie ok 30 dB przy najwyższym obciążeniu. Szum słychać, ale nie jest on uciążliwy.

Można powiedzieć, że coś za coś, bo w efekcie obudowa pozostaje naprawdę chłodna. Przy maksymalnym obciążeniu jej górna część potrafi nagrzać się do ok 40 stopni Celsjusza. To bardzo dobry wynik.

Za to w kwestii udźwiękowienia MateBook E wypada bardzo pozytywnie. W tabletowej obudowie zamontowane zostały cztery głośniki i potrafią one skutecznie zawstydzić nagłośnienie większości ultrabooków obecnych na rynku. Dźwięk potrafi być bardzo głośny, oczywiście przy wyraźnej utracie jakości pod koniec skali. Przy niższym poziomie głośności mamy czysty i bardzo dobry dźwięk, który w zupełności wystarczy do prowadzenia wideokonferencji, oglądania filmów na YouTubie, czy okazjonalnego słuchania muzyki.

Huawei MateBook E nie popracuje zbyt długo bez prądu

Kompaktowe wymiary i poręczność aż proszą się o mobilną pracę na MateBooku E, ale jego akumulator potrafi skutecznie do tego zniechęcać. Ogniwo o pojemności 42 Wh nie rozpieszcza.

Przy ustawieniu maksymalnej jasności ekranu możemy liczyć na ok 4 godzin ciągłej pracy biurowej. Przy mocnym obciążeniu czas ten potrafi spaść poniżej 3 godzin, a lekkie przygaszenie ekranu do ok 70% wydłuża czas pracy do nieco ponad 6 godzin. Przez taki sam czas możemy też oglądać filmy.

Sytuację nieco ratuje sprawne ładowanie, bo akumulator naładujemy do pełna (w zestawie ładowarka 65W) w ciągu ok 2 godzin oraz do 50% w niecałe 40 minut.

Miał być hit, ale MateBook E to ostatecznie ciekawe urządzenie nie dla każdego

Jeśli ktoś miał nadzieję na to, że Huawei MateBook E okaże się SurfacePro killerem, game changerem i zrobi zamieszanie na rynku, too… nie. Nic z tego.

MateBook E to ciekawe urządzenie, bo to chyba najmniejszy tablet z Windowsem, który można z powodzeniem używać jak laptopa, a przy tym nie jest to produkt firmy krzak z zerową wydajnością. Mamy tu typowo laptopową wydajność, połączoną z bardzo wysoką kulturą pracy i świetnym, dotykowym ekranem. Warto też pochwalić obecność portu Thunderbolt 4, Wi-Fi 6 i bardzo dobre głośniki.

Są też minusy i to dosyć spore. Na czele z brakiem dodatkowych portów, niepodświetlaną klawiaturą i krótkim czasem pracy. Huawei mógłby to bardzo łatwo naprawić, dodając do zestawu hub z dodatkowymi portami oraz wymieniając klawiaturę na podświetlaną. Komfort użytkowania od razu poszedłby w górę. Kompletnie nie przekonuje mnie opcja łączenia bezprzewodowego z monitorem MateView, bo zwyczajnie jest to ogromny wydatek.

Huawei nie powinien składać broni i w mojej ocenie firma powinna mocniej wejść w rynek laptopów. Dodatnie własnej nakładki do konfiguratora Windows 11, czy możliwość łatwego podłączenia i zintegrowania smartfona z laptopem pokazują, jak dobrze firma radzi sobie z tworzeniem mobilnych komputerów. Może być w tym wzorem dla konkurencji.

Wracając do MateBooka E, jest to ciekawy sprzęt, który pomimo swoich bolączek będzie bardzo dobrym urządzeniem dla osób szukających ultra-kompaktowego laptopa z dotykowym, bardzo dobrym ekranem. Sam w codziennej pracy zwyczajnie bym z nim nie wytrzymał.