Publiczna prezentacja JL-1 podczas wrześniowej parady z okazji Dnia Zwycięstwa nie była przypadkowa. Chińczycy tradycyjnie wykorzystują ważne rocznice narodowe do pokazywania swoich najnowszych systemów uzbrojenia, a JL-1 zdecydowanie zasługiwał na takie wyróżnienie. Jest to bowiem pierwszy na świecie hipersoniczny pocisk balistyczny, który przenosi głowice nuklearne, a swój lot zaczyna nie z poziomu ziemi, a już bezpośrednio w powietrzu, bo z pokładu lecącego bombowca. Dla Waszyngtonu i Moskwy, a tak naprawdę dla całego świata, to wyraźny sygnał, że ich dotychczasowe systemy broni nuklearnej przenoszonej drogą powietrzną mogą wymagać pilnej modernizacji.
Dlaczego JL-1 to pocisk zmieniający reguły gry w strategicznym arsenale?
JL-1 to pocisk balistyczny wystrzeliwany z powietrza, który operuje z pokładów zmodernizowanych bombowców H-6N na dużych wysokościach. Jego zasięg operacyjny wynosi 8000 kilometrów, co w połączeniu z możliwościami samolotu-nosiciela daje Chinom potencjał uderzenia na cele znajdujące się praktycznie w dowolnym miejscu na świecie. Warto wiedzieć, że sama konstrukcja JL-1 wywodzi się z naziemnego systemu DF-21 średniego zasięgu, ale adaptacja do wystrzeliwania z powietrza radykalnie poszerzyła możliwości taktyczne tego pocisku.
Czytaj też: Pocisk kieszonkowy dla piechoty, bo po co komu wyrzutnia za miliony?
Zachodnie służby wywiadowcze śledziły rozwój tej broni od lat, nadając jej kryptonim NATO CH-AS-X-13. Wiemy, że jej wczesne testy zostały przeprowadzone w bazie lotniczej Neixiang, a prace integracyjne koncentrowały się na zmodyfikowanych bombowcach H-6N. Do 2020 roku wyciekłe zdjęcia sugerowały, że system zbliża się do gotowości operacyjnej, a teraz Pekin potwierdził oficjalnie nieuniknione, a więc to, że JL-1 wszedł do służby.
Kluczową przewagą tej broni jest jej nieprzewidywalność. Bombowce mogą startować z różnych lokalizacji, poruszać się zmiennymi trasami i wypuszczać pocisk z dowolnego punktu w przestrzeni powietrznej. To znacząco utrudnia wykrycie i przechwycenie w porównaniu z pociskami odpalanych z naziemnych silosów czy okrętów podwodnych. System może potencjalnie omijać regionalne systemy obrony antyrakietowej, a w tym Aegis Ashore, THAAD czy instalacje rozmieszczone na Guamie.
Amerykańskie i rosyjskie bronie wykazują znaczące opóźnienia względem chińskich
Stany Zjednoczone obecnie opierają się na pocisku AGM-86B, czyli poddźwiękowym systemie manewrującym o zasięgu 2400 kilometrów, wyposażonym w przestarzały system naprowadzania. Ten liczący sobie dekady system ma zostać zastąpiony przez AGM-181A dopiero około 2030 roku, ale nawet ta nowa konstrukcja pozostanie poddźwiękowa. Pierwsza próba wprowadzenia hipersonicznej opcji nuklearnej AGM-183A zakończyła się niepowodzeniem, kiedy to program wstrzymano po serii nieudanych testów, choć teraz jego przyszłość jest już po prostu niepewna.
Czytaj też: Enigma XXI wieku już istnieje. Chiny i Europa wdrażają technologię przyszłości

Rosja prezentuje się niewiele lepiej. Jej podstawowe pociski przenoszące głowice nuklearne, czyli Ch-102 i nowsze Ch-BD to dalekosiężne systemy manewrujące, choć nadal ograniczone poddźwiękową prędkością. Jedyna hipersoniczna broń przenoszona drogą powietrzną, Kindżał, ma znacznie krótszy zasięg niż chiński JL-1. Dlatego też nie bez powodu wszystkie analizy wskazały, że żaden z amerykańskich czy rosyjskich systemów nie dorównuje chińskiej konstrukcji pod względem połączenia prędkości i zasięgu.

Broń na pewno nieidealna. JL-1 ma swoje wyraźne ograniczenia
Największą słabością nowej broni pozostaje zależność od bombowca H-6N, czyli poddźwiękowej platformy pozbawionej technologii stealth. Pocisk mierzy 15 metrów długości, co uniemożliwia jego przenoszenie wewnątrz kadłuba jakiegokolwiek istniejącego samolotu o obniżonej wykrywalności, a w tym przyszłego chińskiego bombowca H-20. Konieczność montażu na zewnątrz ogranicza ładowność bombowca i ułatwia jego wykrycie przez systemy radarowe, a tak się składa, że bombowiec H-6N, mimo modernizacji i zwiększonego zasięgu, pozostaje daleko w tyle za nowoczesnymi platformami amerykańskimi takimi jak B-2 czy najnowszy B-21. Jego poddźwiękowe osiągi i brak technologii zmniejszającej widoczność radarową oznaczają, że w konfrontacji z zaawansowaną obroną przeciwlotniczą może mieć trudności z dotarciem do optymalnego punktu odpalenia pocisku.

Chiński bombowiec następnej generacji H-20 wciąż pozostaje w fazie rozwoju, ale bez publicznie potwierdzonych celów i harmonogramu prac. Opóźnienia w programie mogą przedłużyć okres, w którym Chiny będą zmuszone polegać na przestarzałej platformie H-6N, choć samo wdrożenie JL-1 zapewnia tymczasowe pokrycie strategiczne podczas dojrzewania projektu H-20 do statusu zaawansowanej rodziny samolotów stealth o znacznym zasięgu.

Dla Pekinu pocisk JL-1 stanowi przede wszystkim osiągnięcie o charakterze symbolicznym, bo umieszcza Chiny w ekskluzywnej grupie państw dysponujących pociskami balistycznymi startującymi z powietrza i przenoszącymi głowice nuklearne. Od czasów zimnej wojny, a więc gdy Stany Zjednoczone i Związek Radziecki były pionierami tej technologii, niewielu udało się dołączyć do tego elitarnego grona. Oto jednak chińskie lotnictwo formalnie stało się kluczowym elementem triady nuklearnej, ewoluując z konwencjonalnego ramienia uderzeniowego w strategiczny komponent odstraszania nuklearnego.