Elektryczne enduro, które chce zastąpić spalinowe klasyki. Talaria Komodo rzuca rękawicę czterotaktom

Segment elektrycznych motocykli terenowych przestaje być ciekawostką dla nielicznych. Tym razem chińska firma Talaria, znana dotąd z bardziej przystępnych cenowo modeli, postanowiła rzucić swoim modelem o nazwie Komodo wyzwanie maszynom z silnikiem o pojemności 0,45 litra.
...

Talaria Komodo nie udaje zabawki ani prototypu dla garstki entuzjastów nowych technologii. Jest to motocykl, który wprost celuje w segment poważnych, terenowych 450-tek i robi to w sposób bezkompromisowy, oferując porównywalną moc, gigantyczny moment obrotowy i masę poniżej 100 kilogramów, a przy tym wyraźnie niższą cenę niż renomowana konkurencja. Komodo ma tym samym udowodnić, że elektryczny napęd ma sens nawet w najtrudniejszym terenie i to wszystko w cenie zmuszającej do zastanowienia.

Porównywalna moc i miażdżący moment obrotowy motocykla Talaria

Talaria Komodo wpisuje się w szerszy trend, który coraz mocniej wdziera się do świata terenowej motoryzacji. Elektryczne napędy przestają być już domeną hulajnóg, rowerów i miejskich skuterów, a coraz częściej pojawiają się tam, gdzie przez dekady rządziły wysilone jednostki benzynowe. Producenci doskonale wiedzą, że off-road to idealne środowisko do pokazania zalet takiego rozwiązania, bo w jego przypadku nie trzeba się martwić normami hałasu, nie liczy się długość autostradowego przelotu, a za to kluczowa jest możliwość precyzyjnego, natychmiastowego dawkowania mocy w trudnych warunkach.

Czytaj też: Realna żywotność akumulatorów w samochodach elektrycznych. Nowe liczby zaskoczą kierowców

Kluczowym argumentem stojącym za elektrycznym Komodo są właśnie jego osiągi. Szczytowa moc obecnej w tym motocyklu jednostki napędowego wynosi 32 kW, co przekłada się na około 43 koni mechanicznych. W zestawieniu z Hondą CRF450X i jej 41,1 końmi mechanicznymi różnica jest praktycznie niezauważalna. Prawdziwa przepaść pojawia się przy momencie obrotowym. Talaria deklaruje aż 754 Nm na tylnym kole, podczas gdy japońska spalinówka generuje 41 Nm. Taka kolosalna przewaga teoretycznie daje elektrykowi ogromną zaletę w terenie, gdzie natychmiastowa siła ciągu ma kluczowe znaczenie.

Natychmiastowa reakcja na gaz i brak biegów. Czy to przepis na lepszą jazdę w terenie?

Elektryczny napęd oferuje charakterystyczne zalety, które w przypadku jazdy terenowej mogą okazać się decydujące. Przede wszystkim chodzi o natychmiastową reakcję na skręt przepustnicy. Podczas gdy spalinowy silnik potrzebuje czasu, by wykręcić obroty, to moc w Komodo dostępna jest od pierwszego ułamka sekundy. Dzięki silnikowi Hairpin o napięciu 96 V i sprawności sięgającej 95 procent motocykl przyspiesza od 0 do 97 km/h w 4,5 sekundy, a jego prędkość maksymalna to 105 km/h. Brak skrzyni biegów i konieczności ich zmiany również może być odbierany jako ułatwienie, pozwalając skupić się w pełni na trasie.

Czytaj też: Wyśmiali generatory spalinowe w samochodach i oddali całą kontrolę w ręce AI

Sercem układu napędowego jest akumulator litowo-jonowy z ogniwami Samsunga lub LG o napięciu 97,2 V i pojemności 45 Ah, co daje około 4,3 kWh energii. Deklarowany zasięg to z kolei do 115 kilometrów przy stałej jeździe z prędkością 45 km/h. W wymagającym terenie dystans ten oczywiście znacząco spadnie, a z racji tego, że jego ładowanie od 10 do 80 procent zajmuje około godziny, to weekendowa zabawa w terenie może być przepleciona regularnymi i długimi przerwami.

Od przepustnicy z podwójnym czujnikiem po cztery tryby jazdy. Jakie rozwiązania zastosowano w Komodo

Producent podkreśla, że motocykl powstał w oparciu o bezpośrednie feedbacki użytkowników. Jedną z ciekawszych technologii ma być przepustnica wyposażona w podwójny czujnik Halla. Rozwiązanie to ma zapewniać zarówno redundancję, bo w przypadku awarii jednego czujnika, drugi przejmuje kontrolę, jak i większą odporność na zakłócenia, a do tego nawet szybszy czas reakcji. Kierowca ma do dyspozycji cztery tryby jazdy: Eco, Sport, Hyper oraz Reverse, a także czterostopniowo regulowany system hamowania rekuperacyjnego, który pozwala na odzysk energii i wspomaga kontrolę trakcji.

Rama została wykonana ze stopu aluminium 6061, kutego pod wysokim ciśnieniem, a zawieszenie stanowi zaś regulowany widelec przedni o skoku 250 milimetrów oraz tylny amortyzator z 90 milimetrami skoku. Za zatrzymanie odpowiadają hydrauliczne hamulce tarczowe. Z kolei bardziej przyziemne elementy, bo wymiary kół rzędu 21 cali z przodu i 18 z tyłu oraz prześwit na poziomie 315 milimetrów są standardem w tej klasie, zapewniając dostęp do szerokiej gamy opon terenowych.

Elektryk kontra sprawdzona konstrukcja. Co przemawia za nowym, a co za tradycyjnym rozwiązaniem?

W Stanach Zjednoczonych Talaria Komodo kosztuje około 5699 dolarów, co po przeliczeniu bezpośrednim przekłada się na około 20500 zł i w przypadku tego właśnie rynku stanowi połowę ceny Hondy CRF450X. Dane techniczne, masa i cena tworzą z kolei zestaw, obok którego trudno przejść obojętnie, a to zwłaszcza jeśli ktoś szuka sprzętu stricte do jazdy w terenie, a nie do wielokilometrowych dojazdów po asfalcie. Brak biegów, natychmiastowy moment obrotowy i minimalna liczba elementów wymagających regularnej obsługi mogą być dokładnie tym, czego potrzebują użytkownicy ceniący prostotę i powtarzalność reakcji maszyny.

Równocześnie Komodo bardzo wyraźnie przypomina, że w świecie motocykli sama specyfikacja to dopiero połowa historii. Druga połowa to wszystko to, czego nie widać “tu i teraz”, a więc dostępność części po pięciu latach, reakcja producenta na pierwsze poważne awarie, realny zasięg w błocie i piachu przy agresywnej jeździe, a także to, jak motocykl będzie znosił kolejne sezony upadków i przeciążeń. Honda CRF450X pozostaje tu punktem odniesienia nie tylko ze względu na osiągi, ale przede wszystkim przez ugruntowaną reputację i serwisową infrastrukturę, jaką Talaria musi wyrobić.

Czytaj też: Samochód hybrydowy na sterydach. Czy Chiny przekroczyły granicę szaleństwa?

Na dziś Komodo wydaje się propozycją idealną dla tych, którzy lubią być pierwsi: dla pionierów gotowych zaakceptować pewną dozę niewiadomych w zamian za nową jakość jazdy i niższy koszt wejścia. Jeśli Talaria udźwignie temat trwałości, wsparcia technicznego i rozsądnej polityki części zamiennych, to może okazać się, że ten niepozorny elektryk przyspieszy zmiany w całym segmencie off-roadu bardziej niż niejedna głośna premiera spalinowego motocykla. Jeśli nie, to Komodo pozostanie ważnym sygnałem, że następna generacja elektrycznych terenówek jest już bardzo blisko i nie zamierza odpuścić.