
Wystarczy spojrzeć na współczesne konflikty, żeby zobaczyć, że o powodzeniu natarcia albo utrzymaniu pozycji często nie decydują efektowne myśliwce ani czołgi, ale to, czy oddziałom będzie udawać się na czas wezwać ogień pośredni na odpowiednie współrzędne. Od dekad coraz częściej w tej kwestii pojawia się jeden, konkretny kaliber (155 mm), który stał się de facto standardem artylerii lufowej państw NATO i wielu armii świata. Nie wziął się on znikąd, ale z wieloletniego kompromisu między zasięgiem, siłą rażenia, masą pocisku i możliwościami logistyki, który został potwierdzony choćby w porozumieniu JBMOU, które unifikuje parametry amunicji 155 mm w NATO.
Jeszcze ważniejsze jest to, w jakiej formie ta artyleria jeździ po poligonach i frontach. Armatohaubice samobieżne kalibru 155 mm przeszły w ostatnich dekadach drogę od topornych, pół analogowych pojazdów z lat 60. do cyfrowych systemów, które potrafią przyjąć współrzędne przez sieć, oddać krótką, precyzyjną salwę i zmienić pozycję zanim przeciwnik zdąży w ogóle odpowiedzieć na taki atak. Nie wszystkie konstrukcje były równie udane, ale kilka modeli wyznaczyło standardy, do których reszta wciąż się odnosi. Zanim jednak wejdziemy w konkretne modele, odpowiedzmy na najważniejsze pytanie – jak to jest z tą standaryzacją?
Dlaczego w ogóle 155 mm stało się standardem NATO?
W czasie zimnej wojny armie NATO korzystały z różnych kalibrów artyleryjskich, ale stopniowo dominować zaczął właśnie kaliber 155 mm, który oznacza nic innego, jak średnicę przewodu lufy działa. Ten kaliber zapewniał wyraźnie większy zasięg i efekt od 105 mm, a jednocześnie pozwalał zachować mobilność i sensowną masę systemu, czego nie dawałyby cięższe kalibry w stylu 203 mm. Wspomniane porozumienie JBMOU (Joint Ballistics Memorandum of Understanding) ujednoliciło parametry luf i amunicji 155 mm w państwach NATO, co umożliwiło szeroką interoperacyjność, otwierając drogę do prostszej współpracy.

Tego typu szerokie ujednolicenie dało producentom silny impuls do rozwijania właśnie tego kalibru. Coraz dłuższe lufy w standardzie 52 kalibrów (L52), nowoczesne ładunki miotające, pociski z gazogeneratorem (base bleed) i rakietowym wspomaganiem lotu (RAP) pozwoliły przesunąć zasięg ognia z kilkunastu, góra 20 kilometrów aż do przedziału 40-50 km, a nawet więcej. Ostatnie dekady sprawiły, że dzisiejsze armatohaubice 155 mm są w dużej mierze wytworem wspólnej ewolucji całego ekosystemu, bo nie tylko podwozi, ale też amunicji i cyfrowych systemów dowodzenia.
M109 to stary król, od którego zaczyna się większość porównań
Jeśli któryś system 155 mm zasłużył na miano punktu odniesienia, to jest nim amerykański M109. Pierwsze wersje weszły do służby na początku lat 60., a w ciągu dekad powstało ponad 4000 egzemplarzy różnych wersji, które trafiły do kilkudziesięciu państw. W momencie debiutu M109 oferował to, czego oczekiwano od artylerii epoki zimnej wojny, bo sensowną mobilność gąsienicowego podwozia, 155 mm działo z zasięgiem około 14-18 km oraz możliwość prowadzenia ognia pośredniego z relatywnie dobrze opancerzonej platformy.

Kolejne modernizacje (od M109A3 po M109A6 Paladin i nowszego A7) systematycznie poprawiały zasięg i ergonomię. Przykładowo w wersji Paladin działo M284 o lufie L39 strzela standardową amunicją na około 22 km, a pociskami z rakietowym wspomaganiem lotu na około 30 km, zapewniając jednocześnie wysoką szybkostrzelność rzędu 4 pocisków na minutę. Dodano też zintegrowane systemy kierowania ogniem i łączności, dzięki czemu załoga może przyjmować dane o celu bezpośrednio przez sieć, a więc bez ręcznego wprowadzania współrzędnych z mapy.
Czytaj też: Myśliwce szóstej generacji, czyli kiedy samoloty stają się czymś więcej niż “maszynami zniszczenia”

Skuteczność bojowa M109 była w dużej mierze zdeterminowana tym, że po prostu był wszędzie. Od Wietnamu i wojen arabsko izraelskich, przez operację Pustynna Burza, misje na Bałkanach i w Iraku, po nowsze konflikty. M109 regularnie zapewniał wsparcie ogniowe siłom lądowym, a jego zaletą była solidna, odporna na trudne warunki platforma oraz to, że można ją było stopniowo modernizować zamiast projektować wszystkiego od zera. To właśnie dzięki temu wiele armii zamiast kupować zupełnie nowy sprzęt, decydowało się na głębokie modernizacje floty M109, dopasowując ją do nowych realiów.

Z dzisiejszej perspektywy widać jednak wyraźne ograniczenia tego klasyka. Lufa L39 ogranicza zasięg w porównaniu z nowymi systemami L52, a ręczne lub półautomatyczne systemy ładowania i starsza architektura elektroniki przekładają się na niższą szybkostrzelność i większe obciążenie załogi. Tam, gdzie na przykład PzH 2000 potrafi oddać serię trzech strzałów w kilka sekund i wykonać manewr “strzel i znikaj”, starsze M109 potrzebują więcej czasu na przygotowanie i odejście z pozycji. W realiach konfliktu o dużej intensywności, z silną artylerią kontrbateryjną, ma to coraz większe znaczenie.
PzH 2000 jako niemiecki wzorzec tego, jak powinna strzelać artyleria L52
Panzerhaubitze 2000, czyli PzH 2000, to niemiecka odpowiedź na pytanie, jak mogłaby wyglądać armatohaubica 155 mm, jeśli od początku zacznie projektować się ją pod wysoką szybkostrzelność, duży zasięg i maksymalną automatyzację. System został opracowany przez konsorcjum KMW i Rheinmetall w latach 80. i 90., a do służby w Bundeswehrze wszedł w końcu lat 90.

Sercem PzH 2000 jest armata 155 mm L52, a według danych producenta standardowa amunicja osiąga zasięg około 30 km, pociski z gazogeneratorem około 40 km, a specjalne pociski rakietowe nawet do 54-67 km, w zależności od konfiguracji. Do tego dochodzi bardzo wysoka szybkostrzelność, bo trzy pociski w około 9-10 sekund w trybie “burst” i do 10 strzałów na minutę w ogniu ciągłym. Innymi słowy, zaawansowania PzH 2000 nie brakuje i widać to w szczegółach tej armatohaubicy.

W pełni automatyczny system ładowania, magazyn mieszczący 60 pocisków, zautomatyzowane programowanie zapalników i cyfrowe systemy kierowania ogniem sprawiają, że PzH 2000 może wykonywać skomplikowane misje MRSI, czyli tak zaplanować wystrzelenie kilku pocisków, aby uderzyły w cel niemal jednocześnie. W praktyce oznacza to możliwość “wystawienia” celu na krótką, ale bardzo gęstą nawałę ogniową, po czym szybkie opuszczenie pozycji jeszcze zanim przeciwnik zdąży odpowiedzieć ogniem kontrbateryjnym.


Historycznie PzH 2000 przeszła chrzest bojowy w Afganistanie, gdzie wykorzystywały ją m.in. wojska holenderskie i niemieckie, a niedawno zalicza to samo w Ukrainie, gdzie stała się jednym z najbardziej cenionych (i najbardziej eksploatowanych) systemów artyleryjskich. Relacje z frontu wskazują, że intensywne użycie, często powyżej projektowanych limitów dziennych strzałów, doprowadziło do przyspieszonego zużycia luf i mechanizmów ładowania, co wymusiło szybkie organizowanie centrów serwisowych poza Ukrainą. Jest o dobry przykład, że nawet najbardziej zaawansowany system ma swoje granice, jeśli jest używany w sposób “ciągły” zamiast zgodnie z założeniami.

Z drugiej strony cena systemu jest bardzo wysoka, bo według danych z 2022 roku jednostkowy koszt PzH 2000 szacowano na około 17 mln euro, czyli w przybliżeniu ponad 70 mln zł za egzemplarz. Jest to więc sprzęt z najwyższej półki, ale niekoniecznie idealne rozwiązanie dla państw, które muszą rozbudować artylerię w większej skali i godzą się na pewne kompromisy.

K9 Thunder jako koreański “koń roboczy”, który podbił eksport
Jeżeli PzH 2000 jest high endowym punktem odniesienia, to K9 Thunder można uznać za złoty środek między możliwościami a ceną. Ten opracowany przez południowokoreańską firmę Hanwha system to samobieżna armatohaubica 155 mm L52, która weszła do służby pod koniec lat 90., a dziś jest używana przez Koreę Południową, Norwegię, Finlandię, Estonię, Indie, Australię i inne państwa, a w tym pośrednio Polskę w formie haubicy Krab, która wykorzystuje zmodyfikowane podwozie K9.
Czytaj też: Czym różnią się myśliwce 4, 4.5 i 5 generacji? Wyjaśniam najważniejsze samoloty wojska

Pod względem parametrów K9 plasuje się tam, gdzie oczekiwalibyśmy po nowoczesnym 155 mm L52. Hanwha podaje zasięg około 30 km dla standardowej amunicji, około 40 km dla pocisków z gazogeneratorem i ponad 50 km dla pocisków rakietowych.Szybkostrzelność w trybie maksymalnym to trzy strzały w 15 sekund i około 6-8 strzałów na minutę w ogniu ciągłym. W praktyce oznacza to zdolność do szybkiego oddania krótkiej serii i wykonania manewru “strzel i znikaj”, choć poziom automatyzacji nie jest aż tak rozbudowany jak w PzH 2000, bo K9 korzysta z półautomatycznego systemu ładowania i pięcioosobowej załogi.

Skuteczność bojowa K9 Thunder wynika w dużej mierze z dopasowania do realiów, w jakich powstawał. Zaprojektowano go do działania na trudnym, górzystym terenie Półwyspu Koreańskiego, w warunkach potencjalnej wojny o wysokiej intensywności. Stąd duży nacisk na mobilność, odpowiedni poziom opancerzenia i odporność na ogień kontrbateryjny. Norweska armia, która zastąpiła swoje M109 właśnie K9, wskazuje w materiałach przetargowych na znacznie lepszą niezawodność i większą szybkość reakcji na zadanie ogniowe niż w przypadku starych haubic.

Z drugiej strony K9 nie jest równie “futurystyczny” jak PzH 2000 czy w pełni zautomatyzowany Archer. Wymaga większej załogi, a poziom cyfryzacji pierwotnych wersji był bliższy klasycznym systemom trzeciej generacji niż pełnej architekturze sieciocentrycznej. Dopiero nowsze odmiany, a w tym K9A1 i dalsze modernizacje, wprowadzają rozbudowane systemy zarządzania ogniem i lepszą integrację z cyfrowymi BMS, co jest naturalnym krokiem w stronę standardów, jakie dziś uważa się za normę w artylerii NATO.
CAESAR, czyli lekka armatohaubica na ciężarówce, która pokazała sens “artylerii na kołach”
Francuski CAESAR (CAmion Équipé d’un Système d’ARtillerie) to zupełnie inne podejście do okiełznania potęgi kalibru 155 mm. Zamiast ciężkiego, gąsienicowego podwozia, Nexter postawił na zamontowanie haubicy 155 mm L52 na podwoziu ciężarówki 6×6 lub 8×8. Pierwsze egzemplarze weszły do służby w armii francuskiej w połowie lat 2000, a z czasem system został kupiony także przez m.in. Danię, Czechy, Tajlandię, Arabię Saudyjską i Ukrainę.

Pod względem parametrów ognia CAESAR nie odstaje od innych dział o długości L52: zasięg standardowej amunicji sięga około 30 km, a pocisków z gazogeneratorem i rakietowym wspomaganiem odpowiednio około 40 i nawet 50 km. Szybkostrzelność tej armatohaubicy wynosi około 6 strzałów na minutę, a załoga liczy zazwyczaj 4-5 żołnierzy. Kluczowy jest jednak fakt, że cały system waży w okolicach 17-18 ton (w wersji 6×6), może poruszać się z prędkościami autostradowymi i korzystać z typowych dróg oraz mostów, co drastycznie upraszcza logistykę.

Skuteczność CAESAR-a najlepiej widać w konfliktach o dużym znaczeniu mobilności. Armia francuska intensywnie używała tego systemu w Mali i innych operacjach w Afryce, gdzie trzeba było pokonywać duże dystanse po kiepskich drogach, a także szybko wejść na pozycję, oddać salwę i zniknąć. W Ukrainie system ten również bierze udział i jest chwalony za precyzję i możliwość szybkiej zmiany pozycji, co ma kluczowe znaczenie przy silnym nasyceniu pola walki radarami kontrbateryjnymi i dronami rozpoznawczymi.

Słabością CAESAR-a jest z natury mniejsza odporność na ogień wroga. Podwozie ciężarówki, choć wyposażone w opancerzoną kabinę, nie zapewnia takiej ochrony jak gąsienicowy pojazd o masie 40-50 ton. W sytuacji, gdy trzeba działać w bezpośredniej bliskości linii frontu, cięższe armatohaubice są po prostu trudniejsze do unieruchomienia zarówno przez odłamki, jak i broń strzelecką. CAESAR nadrabia tym, że w założeniu nie stoi pod ostrzałem, bo jego przetrwanie ma wynikać z mobilności i taktyki “hit and run”, a nie z grubości pancerza.
Archer to przykład gdy artyleria zaczyna przypominać automat do strzelania
Szwedzki Archer 155 mm jest często przywoływany jako przykład tego, jak daleko można doprowadzić automatyzację artylerii lufowej. System opracowany przez BAE Systems Bofors łączy haubicę 155 mm L52 z w pełni zautomatyzowanym systemem ładowania i obsługi na podwoziu ciężarówki Volvo A30 6×6. Jedną z jego najbardziej charakterystycznych cech jest bardzo mała załoga, która obejmuje standardowo trzy osoby, a te w normalnych warunkach nie muszą nawet opuszczać opancerzonej kabiny, aby prowadzić ogień.

Archer potrafi oddać trzy strzały w ciągu około 15 sekund i do 8-9 strzałów na minutę, a jego automat ładowania mieści 21 pocisków gotowych do natychmiastowego użycia. Zasięg ognia, podobnie jak w innych systemach L52, wynosi około 30 km dla standardowej amunicji i do około 40 km dla bardziej zaawansowanych pocisków, a na dodatek może wykorzystywać precyzyjne warianty kierowane, takie jak Excalibur.
Czytaj też: Sekrety czołgu Typ 99B. Chiny odkryły na nowo pancernego kolosa do wojowania

Archer był testowany i używany przez Szwecję i Norwegię, a w ostatnich latach część egzemplarzy trafiła także do Ukrainy. W praktyce system ten pokazuje, jak może wyglądać docelowa wizja “artylerii 4. generacji”, bo obejmuje bardzo wysoki poziom automatyzacji, minimalną ekspozycję załogi na ogień przeciwnika, krótkie czasy do podjęcia reakcji i możliwość pełnego zintegrowania z cyfrowymi systemami dowodzenia.

Ta automatyzacja ma jednak swoją cenę. Archer jest konstrukcją skomplikowaną technicznie, a to przekłada się na wyższe wymagania serwisowe i koszty zakupu. Do tego opiera się na wysoce wyspecjalizowanym podwoziu, co ogranicza możliwości “lokalizacji” produkcji w krajach kupujących sprzęt. W porównaniu ze stosunkowo prostym K9 czy CAESAR-em jego elastyczność pod kątem konfiguracji jest mniejsza, co może być problemem dla armii, które chcą korzystać z istniejących flot ciężarówek taktycznych czy podwozi gąsienicowych własnej produkcji.
Co tak naprawdę łączy te armatohaubice 155 mm?
Chociaż M109, PzH 2000, K9, CAESAR i Archer różnią się niemal wszystkim, bo masą, mobilnością, poziomem automatyzacji i ceną, to widać w nich wspólną oś ewolucji. Wszystkie korzystają z kalibru 155 mm, który daje dobrą równowagę między efektem a logistyką. Wszystkie przeszły drogę od prostych systemów celowniczych do mniej lub bardziej zaawansowanej integracji z cyfrowym systemem kierowania ogniem i siecią dowodzenia. Wszystkie muszą też funkcjonować z tym samym problemem – im szybciej i dalej strzelają, tym częściej stają się celem dla radarów kontrbateryjnych, dronów i precyzyjnych pocisków przeciwnika.
Samo pytanie o “najlepszą” armatohaubicę 155 mm jest dziś mniej sensowne niż kiedyś. M109 nadal ma sens, jeśli jest dobrze zmodernizowany i pracuje w armii, która dywersyfikuje wyposażenie oddziałów artyleryjskich lub po prostu nie potrzebuje topowych parametrów. PzH 2000 pokazuje, co da się wycisnąć z ciężkiej, w pełni zintegrowanej platformy, ale wymaga budżetu i zaplecza utrzymania na wysokim poziomie. K9 oferuje z kolei rozsądny kompromis między osiągami a kosztem, podczas gdy CAESAR i Archer przenoszą zaś artylerię na koła i w stronę coraz większej automatyzacji. Wspólny mianownik jest jeden: to już nie tylko “działo na gąsienicach”, ale element większej sieci, w której liczy się nie tylko kaliber i zasięg, ale także czas reakcji, odporność na kontrbateryjny ogień i to, jak dobrze armia potrafi zintegrować artylerię z rozpoznaniem i dowodzeniem.