
Proponowane przez Rosjan rozwiązanie może być symptomatyczne dla szerszego trendu. Gdy tanie drony potrafią unicestwić sprzęt wart miliony, tradycyjne armie muszą szukać oszczędnych i szybkich sposobów na adaptację do tego nowego zagrożenia. Rosyjski koncern zbrojeniowy Rostec twierdzi z kolei, że właśnie takim pomysłem jest amunicja Mnogotochie, której seryjna produkcja ma się wkrótce rozpocząć.
Trzy pociski w jednym strzale. Jak działa amunicja Mnogotochie?
Amunicję Mnogotochie opracował holding Wysokiej Precyzji i występuje ona w dwóch wersjach kalibrowych: 5,45×39 mm oraz 7,62×54 mm. Jej kluczowa innowacja polega na tym, że jej standardowy pocisk został zastąpiony konstrukcją rozpadającą się, co oznacza tyle, że tuż po opuszczeniu lufy rozdziela się ona na trzy osobne segmenty, tworząc w powietrzu rodzaj niewielkiej chmury odłamków. W efekcie żołnierz nie strzela pojedynczym pociskiem, ale czymś na kształt śrutu, co znacząco zwiększa prawdopodobieństwo trafienia w mały i zwrotny cel powietrzny. Rozrzut ma być ograniczony, bo nie chodzi tutaj o generowanie szerokiej chmury śrutu, a o wąski stożek zwiększający szansę trafienia małego celu. W teorii pozwala to zachować część zasięgu i energii pocisku karabinowego, a jednocześnie uzyskać efekt podobny do strzału z broni gładkolufowej.
Czytaj też: Potwierdzona 100-procentowa skuteczność tego latającego robota-zabójcy wręcz przeraża

Najważniejszą praktyczną zaletą tego rozwiązania jest jego kompatybilność. Amunicja Mnogotochie ma działać ze standardowymi karabinami Kałasznikow, a w tym z najnowszym modelem AK-12 i to bez konieczności jakiejkolwiek modyfikacji broni. Dla jednostki na froncie oznacza to, że nie musi ona dźwigać dodatkowej strzelby śrutowej. Wystarczy, że żołnierz ma przy sobie zapasowy magazynek z nowymi nabojami, który można błyskawicznie wymienić po wykryciu zagrożenia.
W praktyce jednak ogromne znaczenie może mieć nie tylko sama amunicja, ale też sposób jej użycia i wyposażenie towarzyszące. Nawet pocisk, który rozpada się w locie, nie zlikwiduje drona, jeśli żołnierz nie będzie w stanie go szybko wykryć i naprowadzić na niego lufy. To oznacza konieczność doposażenia oddziałów w celowniki z powiększeniem, lepsze systemy wczesnego ostrzegania oraz dodatkowe szkolenie z prowadzenia ognia do małych, nieregularnie manewrujących celów. Warto też pamiętać, że choć konstrukcja Mnogotochie ma ograniczać rozrzut odłamków, to wciąż jest to amunicja o charakterze odłamkowym, która przy ostrzale w terenie zurbanizowanym może stwarzać ryzyko dla własnych żołnierzy i ludności cywilnej.
Jak sprawdziła się amunicja Mnogotochie na polu bitwy?
Producent nie poprzestał na testach poligonowych. Nowa amunicja miała przejść już próbną eksploatację w warunkach bojowych, gdzie “wykazała wysoką skuteczność przeciwko małym i wysoce manewrującym celom powietrznym”. Rostec twierdzi, że nowa amunicja ma być nawet 2,5 razy skuteczniejsza od standardowej w zwalczaniu manewrujących dronów. Podaje też, że efektywny zasięg strzału sięga 300 metrów, co jest wartością znacznie większą niż w przypadku typowej strzelby śrutowej. Takie informacje warto jednak traktować z rezerwą, dopóki nie zostaną zweryfikowane przez niezależne strony, bo propaganda wojskowa nie jest przecież niczym nowym na naszym świecie.
Czytaj też: Myślałeś, że F-35 jest futurystyczny? SM-39 Razor robi wejście smoka w świat myśliwców 6. generacji

Rosyjska amunicja wpisuje się przy tym w szerszy katalog rozwiązań antydronowych rozwijanych równolegle. Obok Mnogotochie pojawiają się choćby granatniki z amunicją programowalną, specjalne strzelby i wyrzutnie siatek oraz systemy walki elektronicznej zakłócające łączność dronów. Rosja testuje także nowe miotacze sieci, takie jak Pauk-30B, które są przeznaczone do fizycznego przechwytywania dronów na krótkim dystansie.
Drony raz na zawsze zmieniły oblicze wojny
Amunicja Mnogotochie dobrze oddaje logikę wojny, w której liczy się czas reakcji i cena uzbrojenia. Jest to jednocześnie bardzo kuszące rozwiązanie, bo nie wymaga przebudowy armii, nie wymusza wprowadzenia nowego typu broni ani systemów logistycznych, a jednocześnie pozwala włączyć zwykłego strzelca w system obrony przeciw dronom. Problem w tym, że każde takie rozwiązanie ma swoje granice. Żaden “specjalny magazynek” na wyposażeniu żołnierza nie zastąpi sieci rozpoznania, czujników czy wyspecjalizowanej obrony przeciwlotniczej, a skuteczność nowej amunicji zawsze będzie zależeć od wyszkolenia, warunków pola walki i zaawansowania “tej drugiej strony”.
Czytaj też: Wojna bez tej broni nie istnieje. Najciekawsze artylerie kalibru 155 mm
Nawet jeśli parametry deklarowane przez Rostec znajdą potwierdzenie, to Mnogotochie będzie raczej kolejną warstwą łat nakładanych na istniejące systemy, niż technologiczną rewolucją, która zamknie rozdział z dronami FPV. Dużo ciekawsze jest to, co stoi za samą ideą, bo jest to poniekąd przyznanie, że każdy żołnierz musi być potencjalnym “strzelcem przeciwlotniczym”, a karabin piechoty powinien być przygotowany nie tylko do walki na ziemi, ale też do obrony przed zagrożeniem z powietrza na bardzo małej wysokości. To trend, który prędzej czy później będzie musiała uwzględnić każda armia, niezależnie od tego, czy przyjmie rosyjskie rozwiązania, czy zaprojektuje własne, oparte na odmiennych technologiach.