USA wydadzą miliardy na stalowe giganty z przeszłości. To może być największa pomyłka w historii

Pancerniki od dawna wydawały się zamkniętą kartą w historii wojen morskich. Ostatni z nich, USS Missouri, spoczął na dobre w 1992 roku, a eksperci od dekad przekonywali, że era tych stalowych gigantów bezpowrotnie minęła, ustępując pola lotniskowcom i niewielkim, ale śmiercionośnym okrętom rakietowym. Administracja związana z Donaldem Trumpem uważa najwyraźniej, że porzucenie tych okrętów było błędem.
Betonowy pancernik Fort Drum
...

Pomysł wskrzeszenia pancerników pojawia się ponownie w kręgach decyzyjnych Stanów Zjednoczonych za sprawą typu Trump, który ma stanowić trzon nowego programu o nazwie Golden Fleet. W moich jednak oczach jest to nic innego, jak czcze gadanie pod publikę, mające wyłącznie wspierać ruch MAGA, bo przecież Amerykanie pracują już na odpowiednikiem typu Trump (czyt. potężnych okrętów z dużą ilością broni) w postaci niszczycieli nowej generacji DDG(X).

Hipersoniczne pociski i broń laserowa na pokładzie DDG(X), Amerykański okręt wojenny nowej generacji, DDG(X)
Amerykański niszczyciel DDG(X)

Czy powrót pancerników ma dziś sens?

Chociaż przed tymi stalowymi kolosami drżał cały świat, to technologiczny postęp pochłonął pancerniki raz i na dobre. Po II wojnie światowej strategiczna wartość pancerników zaczęła słabnąć. Nadejście technologii rakiet kierowanych zagwarantowało nową formę do prowadzenia ataków i to nie tylko z wysoką precyzją, ale też ze znacznych odległości przy braku potrzeby rozwijania okrętów do wielkich platform. W efekcie stocznie mogły rozpocząć budowę mniejszych, bardziej zwrotnych i tańszych okrętów. Tak oto rolę, którą kiedyś pełniły pancerniki, zajmują dziś krążowniki, niszczyciele i fregaty uzbrojone we wszechstronny arsenał broni.

Pancernik HMS Dreadnought

Dlatego też pomysł na powrót do klasy pancerników wywołuje jednak więcej pytań niż entuzjazmu. Z jednej strony mamy bowiem wizję przywrócenia Ameryce bezdyskusyjnej dominacji na oceanach, a z drugiej realistyczne wątpliwości co do kosztów, sensu i możliwości technicznych. Kontrowersje targają nie tylko środowiskiem analityków, ale i amerykańskim przemysłem stoczniowym, który od lat boryka się z problemami. Zwolennicy projektu przekonują, że zmieniająca się geopolityka i powrót do polityki siły wymagają nowych, potężnych narzędzi, a krytycy pytają, czy inwestowanie dziesiątek miliardów dolarów w koncepcję z czasów zimnej wojny to najlepsza odpowiedź na wyzwania XXI wieku.

Klasa Trump to nie pancernik jako taki, a polityczna zagrywka

Gdy przyjrzymy się szczegółom, okazuje się, że określenie “pancernik” jest tutaj nieco mylące. Nowe jednostki, oficjalnie klasyfikowane jako BBG, czyli Pancerniki Rakietowe, mają niewiele wspólnego z ciężko opancerzonymi kolosami sprzed lat. Ich wyporność ma wynieść około 35 tysięcy ton, a długość przekroczy 271 metrów, co czyni je najdłuższymi okrętami tego typu, choć pod względem masy nie przebiją legendarnej japońskiej Yamato. Kluczowa różnica leży w filozofii konstrukcji. Zamiast na gruby pancerz i monstrualne działa, stawia się na prędkość oraz zaawansowane uzbrojenie rakietowe i energetyczne. Napędzać je mają turbiny gazowe lub reaktory jądrowe, a załoga liczyć nawet 850 osób. Marynarka rozważa budowę od 20 do 24 takich okrętów.

Czytaj też: Przetrwa kule, 500 stopni i mróz. Nowy akumulator Epsilora to paliwo dla armii przyszłości

Przechodząc do kwestii uzbrojenia, mamy do czynienia z prawdziwym arsenałem przyszłości. Okręty mają zostać wyposażone w zintegrowane wyrzutnie rakiet hipersonicznych Conventional Prompt Strike, aż 12 nuklearnych pocisków manewrujących SLCM-N oraz do 128 rakiet w uniwersalnych pionowych wyrzutniach VLS. Plany są jednak jeszcze bardziej ambitne, bo w dalszej perspektywie na pokładach mają się znaleźć lasery wysokiej mocy oraz elektromagnetyczne działa szynowe (railguny), służące zarówno do niszczenia celów, jak i obrony punktowej. Tradycyjna artyleria również nie została pominięta. Każda jednostka otrzyma dwa działa kalibru 127 mm oraz eksperymentalne systemy artyleryjskie większego kalibru, wzorowane na 155-milimetrowych działach AGS. Obronę bezpośrednią zapewnią z kolei wielokomorowe wyrzutnie rakiet RAM i zdalnie sterowane stanowiska broni.

Marynarka Wojenna podkreśla, że nowe okręty będą miały osiemdziesięciokrotnie większy zasięg niż ich poprzednicy z czasów II wojny światowej. Ich główną rolą ma być projekcja siły i zdolność do samodzielnych, potężnych uderzeń, zarówno jako część grupy z lotniskowcem, jak i na czele własnych zespołów okrętów uderzeniowych.

Marzenia o nowych amerykańskich okrętach zostaną marzeniami?

Rzeczywistość może jednak boleśnie zweryfikować te ambitne założenia, bo amerykański przemysł stoczniowy przeżywa poważny kryzys, o czym dobitnie świadczą opóźnienia w realizacji innych programów. Na przykład dostaw okrętów podwodnych dla Australii w ramach porozumienia AUKUS, które przeciągnęły się do początku lat 30. Obecnych zdolności produkcyjnych po prostu nie wystarcza, co zmusza Waszyngton do współpracy z zagranicznymi stoczniami, a w tym między innymi z Korei Południowej, co rodzi pytania o realność harmonogramu i ostateczny koszt całego przedsięwzięcia. Historia amerykańskich kontraktów zbrojeniowych pełna jest przykładów gigantycznych przekroczeń budżetu, opóźnień i problemów z zarządzaniem.

Czytaj też: Myśliwce szóstej generacji, czyli kiedy samoloty stają się czymś więcej niż “maszynami zniszczenia”

Równie istotne są wątpliwości natury taktycznej. Współczesne pole walki jest zdominowane przez zupełnie inne zagrożenia niż te, przeciwko którym projektowano klasyczne pancerniki. Roje tanich dronów, salwy pocisków hipersonicznych czy zaawansowane torpedy mogą stanowić śmiertelne wyzwanie nawet dla nowoczesnego, ale dużego i potencjalnie wrażliwego celu, jakim jest okręt o wyporności 35 tysięcy ton. Nazewnictwo projektu, kojarzące się z osobistym upamiętnieniem, także budzi mieszane uczucia i jest wykorzystywane przez krytyków do podkreślania jego politycznego charakteru. Niektórzy komentatorzy złośliwie zauważają, że proponowana konstrukcja może być przestarzała już w momencie wodowania, co czyni ją idealnym pomnikiem pewnej epoki.

Czytaj też: Czym różnią się myśliwce 4, 4.5 i 5 generacji? Wyjaśniam najważniejsze samoloty wojska

Ostatecznie program Golden Fleet i wizja pancerników klasy Trump otwierają ważną, choć niezwykle kosztowną, debatę o przyszłości amerykańskiej floty. Czy będzie to triumfalny powrót do świetności i skuteczne narzędzie odstraszania, czy też gigantyczne marnotrawstwo środków na technologiczny relikt? Odpowiedź na to pytanie przyniesie dopiero czas, a wraz z nim – twarda weryfikacja przez budżet, możliwości przemysłowe i ewentualne konflikty. Na razie pozostaje nam obserwować, czy stalowe giganty naprawdę mają szansę na drugie życie, czy też ich powrót okaże się jedynie krótkotrwałą morską fantazją.