
Wbrew pozorom guma trzyma w ryzach świat na kołach: od opon w cywilu po sprzęt, który musi działać w błocie, piachu i na skraju przeciążeń. Właśnie dlatego w tle napięć geopolitycznych oraz nowych ograniczeń handlu ta “banalna” substancja zaczęła stawać się surowcem strategicznym. Najciekawsze jest to, że odpowiedzi na ten problem nie szuka się dziś wyłącznie na giełdach, w portach i w fabrykach chemicznych. Część gry przeniosła się na tereny, które z uprawą kojarzą się ostatnie – suche, wietrzne, surowe. Tam, gdzie logika rolnictwa zwykle przegrywa z klimatem, Chiny próbują dopisać nowy rozdział do opowieści o niezależności surowcowej w sposób, który wygląda jak eksperyment z gatunku “to nie powinno się udać” i nie chodzi tu tylko o uprawę, ale też ekstrakcję cennego surowca.

Dlaczego Chiny w ogóle ruszają temat gumy z pustyni?
Naturalna guma nadal ma cechy, które trudno w pełni podrobić syntetykami w najbardziej wymagających zastosowaniach, a to zwłaszcza tam, gdzie liczy się odporność zmęczeniowa, praca w szerokim zakresie temperatur i przewidywalne starzenie materiału. Problem w tym, że jej globalna produkcja jest skoncentrowana geograficznie, a więc jest wrażliwa na pogodę, choroby roślin i politykę.
Czytaj też: Ten mały kawałek metalu pokazuje, jak szybko wojna wymusza modyfikacje nawet kultowych konstrukcji
W latach 2024-2025 rynek dostał kilka ostrzeżeń naraz. Ekstremalne warunki pogodowe w Azji ograniczały podaż i podbijały ceny, a branżowe prognozy mówiły o utrzymującym się deficycie podaży względem popytu. Reuters, powołując się na Association of Natural Rubber Producing Countries, opisywał scenariusz, w którym światowa produkcja gumy tylko w 2025 roku nie nadąża za konsumpcją już piąty rok z rzędu. W tym układzie rośnie znaczenie największego klienta na świecie. Według South China Morning Post Chiny są największym konsumentem i importerem naturalnej gumy, a popyt w 2025 roku miał przekroczyć 7 mln ton, przy czym ponad 85% pochodziło z importu. Stanowi to jednoznaczny opis podatności, którą da się wykorzystać w kryzysie.
Duzhong jako drzewo, które ma być alternatywą
W chińskiej narracji ratunkiem ma być Duzhong, czyli eukomia wiązowata, a więc roślina znana w tradycyjnej medycynie, ale interesująca z zupełnie innego powodu: zawiera gumę o innym “ustawieniu” chemicznym niż klasyczna guma z kauczukowca brazylijskiego. Tam dominuje cis-1,4-poliizopren, a w Duzhong trans-1,4-poliizopren i choć jest to niby niuans, ale w świecie polimerów te właśnie niuanse decydują o sprężystości, krystaliczności i zachowaniu materiału w temperaturze.

Najbardziej nietypowy element tej historii to miejsce uprawy rośliny, bo zamiast tropików, Chiny stawiają na obszary pustynne, których akurat państwu nie brakuje. Chińscy naukowcy mają aktualnie testować uprawę Duzhong w rejonach pustynnych, a jednym z opisanych projektów był start w 2016 roku na dzierżawionym fragmencie nieużytków o powierzchni 14 hektarów w Xinjiangu.
Czytaj też: Potwierdzona 100-procentowa skuteczność tego latającego robota-zabójcy wręcz przeraża
Jeśli wierzyć deklaracjom, skala ma urosnąć z demonstratora do całego sektora, bo około 300000 hektarów upraw, a dalsze plany zakładają dojście do 3,3 mln hektarów do 2030 roku. To już nie brzmi jak eksperyment uczelniany, ale jak próba przestawienia dźwigni w łańcuchu dostaw. Tyle tylko, że pustynia nie daje nic za darmo. Jeżeli taki projekt ma zadziałać, to musi wygrać nie tylko z genetyką roślin, ale też wodą, glebą, logistyką i kosztami utrzymania plantacji w warunkach, które naturalnie nie sprzyjają intensywnemu rolnictwu.


Dodatek rzędu 3-5% gumy z Duzhong do mieszanek gumowych ma istotnie poprawiać trwałość i odporność na zużycie w oponach o wysokich wymaganiach, a w tym odpornych na przebicia. Ten materiał ma też finalnie zacząć trafiać do kompozytów stosowanych w ekranowaniu elektromagnetycznym.
Kluczowy problem to nie samo drzewo, a wydobycie gumy
Nawet jeśli roślina rośnie, to nie znaczy jeszcze, że da się ją wykorzystać przemysłowo. W przypadku Eucommii guma nie jest pozyskiwana tak samo jak lateks z klasycznych plantacji kauczukowca. Jest to bowiem materiał “ukryty” w tkankach, więc liczy się technologia separacji: szybkość, czystość, koszty energii i rozpuszczalników, a także to, co da się zrobić z resztą biomasy. Istotne ilości gumy znajdują się bowiem bezpośrednio w kilku częściach rośliny: w owocni (15-18%), korze (8-10%) i liściach (2-3%).
Czytaj też: Myślałeś, że F-35 jest futurystyczny? SM-39 Razor robi wejście smoka w świat myśliwców 6. generacji
Równolegle literatura naukowa pokazuje, dlaczego temat technologii ekstrakcji wraca jak bumerang. Prace przeglądowe i badania nad metodami enzymatycznymi oraz układami rozpuszczalników wprost wskazują, że proces bywa skomplikowany i kosztowny, a uproszczenie ekstrakcji jest warunkiem masowego zastosowania. W tym kontekście medialne doniesienia o “przełomie” w metodzie ekstrakcji, opisywanej jako bardziej energooszczędna i “zielona”, są wręcz koniecznością, bo bez takiej zmiany Duzhong zostaje ciekawostką, a nie filarem zaopatrzenia.
Co historia o chińskiej gumie z pustyni mówi o świecie?
Najciekawsze w całym pomyśle nie jest samo drzewo, tylko kierunek myślenia. W świecie, w którym pogoda potrafi wybić produkcję w kluczowych regionach, a łańcuch dostaw jest coraz częściej traktowany jak element strategii państwa, nawet rolnictwo w pustynnym wydaniu może stać się narzędziem przemysłowej polityki. Jednak czy Duzhong rzeczywiście “odczaruje” zależność Chin od importu? Tego jeszcze nie da się uczciwie przesądzić. Wiemy, że problem jest realny i duży, wiemy też, że rośnie presja na dywersyfikację źródeł naturalnej gumy. Projekt z pustyni wygląda więc jak próba kupienia sobie czasu i opcji: nawet jeśli nie zastąpi klasycznych dostaw, to może stworzyć bufor dla najbardziej wrażliwych zastosowań. W czasach, gdy surowce coraz częściej mają geopolityczną cenę, sama możliwość manewru bywa równie ważna jak pełna samowystarczalność.