
Japoński producent zgłosił do amerykańskiego urzędu patentowego koncepcję, która pozwalałaby akumulatorowi… poruszać się po samochodzie. Opisany w dokumencie system to aktywny stelaż z siłownikami, na którym montowany byłby cały magazyn energii samochodu. Zamiast sztywno przytwierdzać go do podwozia, inżynierowie chcieliby dać mu pewną swobodę przemieszczania się w poziomie, bo do przodu, do tyłu oraz na boki. Głównym założeniem tego pomysłu jest wykorzystanie ogromnej masy akumulatora jako aktywnego elementu poprawiającego prowadzenie i stabilność pojazdu.
Jak mógłby działać system z przesuwnym akumulatorem?
Sercem pomysłu jest komputer, który na bieżąco analizowałby dane z żyroskopów, akcelerometrów i szeregu innych czujników. Na podstawie tych informacji decydowałby, w którą stronę i o jaką odległość przesunąć pakiet akumulatorów. Podczas dynamicznego przyspieszania ciężar mógłby być przenoszony na tylną oś, zwiększając jej przyczepność. W ostrym zakręcie system mógłby przeciwdziałać podsterowności, przesuwając cały akumulator w odpowiednim kierunku, a podczas hamowania minimalizować ryzyko blokady przednich kół. Patent sugeruje nawet możliwość ręcznej regulacji przez kierowcę oraz wykorzystanie w pojazdach terenowych, gdzie przesunięcie masy do przodu pomogłoby w podjeździe pod stromą górę.
Czytaj też: Dokonali z reaktorem jądrowym coś, czego historia jeszcze nie widziała

Oprócz korzyści dla dynamiki jazdy, system mógłby odgrywać kluczową rolę w sytuacjach awaryjnych. W momencie wykrycia nieuchronnego uderzenia bocznego, czujniki mogłyby natychmiast odsunąć akumulator od miejsca kolizji. Ma to ogromne znaczenie, ponieważ uszkodzenie ogniw często prowadzi do trudnego do opanowania pożaru, a koszt wymiany całego pakietu bywa na tyle wysoki, że oznacza ekonomiczne zezłomowanie całego, nawet nieznacznie uszkodzonego auta. W przypadku dachowania, siłowniki mogłyby działać jak aktywny stabilizator, tłumiąc dalsze obroty nadwozia.
Jeśli spojrzeć na to chłodnym okiem, kluczowe nie jest nawet samo przesunięcie środka ciężkości, tylko to, jak szybko i w jakim zakresie da się to zrobić. W teorii komputer ma przewagę nad kierowcą, bo widzi mikroruchy nadwozia, wykrywa początek uślizgu, rozumie, kiedy auto jest w fazie przejściowej. W praktyce liczy się to, czy mechanika nadąży za tymi decyzjami i czy będzie wystarczająco powtarzalna, by dało się ją wpiąć w logikę ABS, kontroli trakcji i stabilizacji. W samym opisie pojawia się nawet wariant, w którym pakiet akumulatorów może poruszać się nie tylko w poziomie, ale też w pionie, aby zmienić prześwit w wybranych sytuacjach albo ominąć przeszkodę wykrytą przez czujniki.
Pomysł jest śmiały, ale droga do realizacji daleka
Trzeba jednak przyznać, że od genialnej koncepcji do seryjnego zastosowania droga jest bardzo daleka. Wdrożenie takiego rozwiązania wiązałoby się z ogromnymi wyzwaniami. Ruchomy pakiet akumulatorów wymusza inne podejście do przewodów wysokiego napięcia, chłodzenia cieczą, uszczelnień i ochrony przed wibracjami. Każdy dodatkowy stopień swobody to kolejny zestaw elementów, które muszą działać w deszczu, soli, mrozie, po uderzeniu w dziurę i po tysiącach cykli pracy.
Czytaj też: Świat ugania się za tymi panelami słonecznymi. Dzięki temu dodatkowi wreszcie nabrały sensu

Sam wzmocniony stelaż, precyzyjne siłowniki, dodatkowe czujniki i zaawansowane oprogramowanie znacząco podniosłyby cenę pojazdu. Dochodzi do tego jeszcze jeden problem, który w elektrykach jest świętością: sztywność konstrukcji. W wielu autach pakiet akumulatorów pracuje jak element usztywniający podłogę, część “kręgosłupa” platformy. Cały ten sprzęt zajmowałby więc cenną przestrzeń, którą można by przeznaczyć na większy akumulator lub więcej miejsca dla pasażerów. Najpoważniejszym problemem wydaje się jednak energia potrzebna do przesuwania kilkusetkilogramowego bloku. Każde takie działanie odbierałoby prąd z akumulatora, co bezpośrednio przekładałoby się na skrócenie zasięgu, a ten i tak jest główną bolączką kierowców elektryków.
Czy pływający akumulator ma szanse na sukces?
Warto pamiętać, że zgłoszenie patentowe to tylko zapis koncepcji, a nie zapowiedź rychłej premiery. Historia motoryzacji pełna jest świetnych pomysłów, które nigdy nie ujrzały światła dziennego. Być może Nissan bada różne opcje i ostatecznie uzna, że zyski nie rekompensują skomplikowania i kosztów. Niezależnie od tego, sam pomysł pokazuje jednak ciekawe, niestandardowe myślenie. Zamiast bezrefleksyjnie przenosić rozwiązania z aut spalinowych, inżynierowie zaczynają szukać nowych możliwości, które daje elektryczny napęd. Nissan ma w tej dziedzinie spore doświadczenie, czego przykładem może być zapowiadany Rogue Plug-In Hybrid 2026 z deklarowanym zasięgiem do 676 kilometrów.
Czytaj też: DARPA bierze się za alternatywne paliwo. Dlaczego Fleetwood jest tak ciekawy?
Ruchomy akumulator to wizja, która każe spojrzeć na elektryka nie jak na ciężki pojazd z akumulatorem, ale jak na platformę, gdzie masa może być sprzymierzeńcem, a nie wrogiem. Największym hamulcem tego typu pomysłu będzie ewidentnie homologacja, bo auto musi przejść wymagania zderzeniowe i testy bezpieczeństwa w konfiguracji, która jest przewidywalna i powtarzalna. Jeśli pakiet akumulatorów potrafi zmieniać położenie, producent musi bardzo precyzyjnie zdefiniować, w jakich warunkach i do jakich pozycji może dojść, oraz jak układ zachowuje się przy awarii.