Jeśli ta broń trafi w ręce Armii USA, to wojna na zawsze zmieni swoje oblicze

Wojna bez sygnału, bez ostrzeżenia i bez klasycznego sterowania. USA stawiają na nowy typ broni w postaci Red Dragon, który nie potrzebuje operatora, a nawet… sygnału GPS.
Jeśli ta broń trafi w ręce Armii USA, to wojna na zawsze zmieni swoje oblicze

Nie każda nowa broń naprawdę zmienia sposób prowadzenia wojny. Czasem za wielkimi zapowiedziami kryje się po prostu kolejny sprzęt, który dobrze wygląda, ale w praktyce dokłada tylko kilka procent do już istniejącego arsenału. Są jednak i takie momenty, kiedy z pozornie niewielkiej zmiany sprzętowej zaczyna wyłaniać się coś znacznie poważniejszego – nowy sposób myślenia o tym, kto może razić cel, z jak daleka i przy jak małym udziale człowieka w całym łańcuchu decyzyjnym. Właśnie dlatego warto przyjrzeć się latającemu bezzałogowcowi Red Dragon nie jak kolejnemu “kamikadze-dronowi”, ale jak sygnałowi większej zmiany.

Jeśli podobne systemy rzeczywiście zaczną trafiać do mniejszych jednostek lądowych w większej skali, to nie będziemy już mówić wyłącznie o nowym bezzałogowcu. Będziemy mówić o przesunięciu dalekiego rażenia bliżej zwykłej piechoty, bo do poziomu, który jeszcze niedawno kojarzył się raczej z artylerią, lotnictwem albo znacznie droższymi efektorami.

Red Dragon ma wyglądać jak tani środek bojowy, ale jego znaczenie jest znacznie większe

Armia USA otrzyma Red Dragona w ramach kontraktu o wartości 17,58 mln dolarów, czyli około 65,6 mln zł. Umowa obejmuje nie tylko same systemy, ale też ładowarki, naziemne stacje kontroli, wyrzutnie, zestawy części, materiały szkoleniowe i wsparcie serwisowe. Na papierze Red Dragon wygląda jak broń wpisana idealnie w dzisiejszą logikę pola walki.

Czytaj też: Ten mały silnik robi coś, czego najpotężniejsze pociski taktyczne zwykle nie potrafią

AeroVironment podaje zasięg ponad 400 km, ładowność do 10 kg, czas przygotowania poniżej 10 minut i tempo odpalania do pięciu egzemplarzy na minutę. Sam aparat ma masę około 20,4 kg, rozpiętość skrzydeł około 3,6 metra i typową prędkość przelotową około 25 m/s, czyli blisko 90 km/h. W fazie końcowego ataku może rozpędzać się do ponad 45 m/s, co przekłada się na około 162 km/h. To nie jest więc byle tania amunicja krążąca do krótkiego skoku nad najbliższy okop, ale system pomyślany do głębszego wejścia w ugrupowanie przeciwnika.

Najbardziej interesujące nie jest jednak to, że Red Dragon lata daleko. Najciekawsze jest to, że ma robić to w środowisku, w którym klasyczny dron zaczyna mieć kłopoty. Producent od początku reklamuje go jako system zdolny do działania w warunkach zakłócania GPS, degradacji łączności i silnej walki elektronicznej. Innymi słowy, Red Dragon ma trafiać tam, gdzie tradycyjny operator z padem i stabilnym linkiem radiowym przestaje mieć przewagę.

Największa potęga i wątpliwość Red Dragon tkwi w jego łączności

W wojnie dronowej ostatnich lat wszystko coraz mocniej rozbija się o prosty problem, a jest nim… sygnał. Kiedy przeciwnik skutecznie zagłusza łączność albo oszukuje nawigację satelitarną, to cały tani cud techniki nagle staje się bezużyteczny. Red Dragon ma odpowiadać właśnie na ten problem dzięki połączeniu autonomii, nawigacji niezależnej od satelitów i systemów wizyjnych, które pozwalają mu orientować się w przestrzeni bez ciągłego prowadzenia przez człowieka.

Czytaj też: Drony z atomową niespodzianką. Trudno uwierzyć, że Chiny wzmocnią tak wojsko

Podczas lotu człowiek nie musi prowadzić drona przez cały lot jak klasycznej zdalnie sterowanej maszyny. System ten ma dolecieć w rejon celu, rozpoznać obiekt przy użyciu własnego systemu percepcji SPOTR-Edge, a następnie przekazać operatorowi informację do akceptacji albo odwołania ataku. Brzmi to jak kompromis między pełną autonomią a zachowaniem ludzkiego nadzoru, ale właśnie tutaj pojawia się też największy polityczny i etyczny znak zapytania. O ile zapewniania mówią o człowieku w całym tym procesie, o tyle w praktyce granica między “człowiekiem w pętli” a “człowiekiem nadzorującym pętlę” robi się coraz cieńsza.

Jeśli system sam dolatuje, sam selekcjonuje cele i sam zawęża wybór do kilku sekund na decyzję, to człowiek przestaje być klasycznym operatorem, a zaczyna pełnić rolę kogoś, kto zatwierdza propozycję algorytmu. Dla jednych to naturalna ewolucja wojskowej automatyzacji, a dla innych początek bardzo niebezpiecznego przesunięcia odpowiedzialności z człowieka na oprogramowanie.

Piechota może dostać własną “miniaturową artylerię dalekiego zasięgu”

Jeśli Red Dragon rzeczywiście zadziała zgodnie z obietnicami, to jego siła nie będzie sprowadzać się tylko do zasięgu. Znacznie ważniejsze okaże się to, kto będzie mógł z niego korzystać. Tego typu system daje małym, rozproszonym zespołom możliwość uderzania w stanowiska dowodzenia, radary, cele logistyczne czy lżejsze pojazdy bez konieczności proszenia o wsparcie z wyższego szczebla. To byłaby naprawdę poważna zmiana, bo oznaczałaby, że zdolność do zadawania precyzyjnych uderzeń na dużą odległość schodzi coraz niżej w strukturze wojska.

Sama głowica również nie wygląda na przypadkową. Według informacji ujawnionych przy prezentacji systemu standardowy ładunek ma mieć postać pięciofuntowej głowicy EFP, czyli około 2,27 kg. Tego nie należy mylić z prostym ładunkiem odłamkowym. EFP jest projektowany tak, by formować penetrator zdolny do rażenia celów opancerzonych. Nie zrobi to z Red Dragona niszczyciela ciężkich czołgów w każdej sytuacji, ale już przy lekkim opancerzeniu, pojazdach wsparcia, stacjach radarowych czy elementach infrastruktury taki środek bojowy staje się znacznie poważniejszy niż zwykły mały dron uderzeniowy.

Czytaj też: Raz na zawsze zmienią wojsko lądowe. Zrobią artylerię z każdego pojazdu

W tym sensie Red Dragon jest interesujący nie dlatego, że zastąpi lotnictwo czy artylerię, ale dlatego, że może rozpychać się w luce pomiędzy nimi. Daje efektor dalekiego zasięgu, relatywnie lekki logistycznie, elektryczny, trudniejszy do wykrycia akustycznie i zaprojektowany z myślą o masowej produkcji.

Źródła: Departament Wojny USA, DefenseScoop

Napisane przez

Mateusz Łysoń

RedaktorZwiązany z mediami od 2016 roku. Twórca gier, autor tekstów przeróżnej maści, które można liczyć w dziesiątkach tysięcy oraz książki Powrót do Korzeni.