Oto jeden z najlżejszych rowerów elektrycznych świata. Teraz zastanawia mnie jedno

Francuzi zeszli poniżej 10 kg w elektrycznym rowerze szosowym i od razu postawili bardzo niewygodne pytanie całej branży. Ba, wręcz postawili pod ścianą wszystkich chętnych, każąc płacić sobie krocie za e-bike zachwycającego wagą.
Oto jeden z najlżejszych rowerów elektrycznych świata. Teraz zastanawia mnie jedno

Rynek elektrycznych rowerów od lat próbuje rozwiązać dość osobliwy problem. Nie chodzi już wyłącznie o to, żeby jeździć dalej, szybciej i lżej pod górę. Dziś coraz częściej stawką staje się coś trudniejszego – stworzenie maszyny, która daje wsparcie silnika, ale nie niszczy wrażeń znanych z klasycznej szosy. Taki sprzęt ma nie przypominać ciężkiego e-bike, tylko zwyczajny rower, który w odpowiednim momencie dyskretnie oddaje kolarzowi kilka dodatkowych procent możliwości. Właśnie dlatego kategoria lekkich szos elektrycznych zrobiła się tak interesująca. Tutaj nie wygrywa ten, kto zapewni pojemniejszy akumulator i potężniejszy silnik. Tu walka toczy się o to, czy rower po wyłączeniu wspomagania nadal zachowuje się jak rower, a nie jak kompromis na dwóch kołach.

Origine Newton[e] robi wrażenie, ale nie samą liczbą żyje człowiek

Na tym tle nowy Origine Newton[e] rzeczywiście przyciąga uwagę. Oficjalna strona producenta mówi o 9,83 kg w najlżejszej konfiguracji, a osobna karta modelu M6 AXS schodzi nawet do 9789 gramów. Jest to już poziom, przy którym przestajemy rozmawiać o “lekkim e-bike’u”, a zaczynamy o sprzęcie, który wagowo wchodzi już w terytorium klasycznych szos. Do tego dochodzi rama z włókna węglowego o masie 980 gramów w rozmiarze M, która jest zaprojektowana od zera pod napęd elektryczny, a nie przerobiona z istniejącej konstrukcji.

Czytaj też: Przestań katować swój rower! Rowerzyści nawet nie wiedzą, że tego potrzebują

Brzmi to jak pokaz siły francuskiej marki, ale przy takich premierach warto od razu zdjąć z oczu filtr zachwytu. Po pierwsze, zejście poniżej 10 kg dotyczy topowej konfiguracji. Bazowy Newton[e] M1 kosztuje 4455 euro i waży 11519 gramów, a więc mówimy o rowerze zauważalnie cięższym od flagowca. Po drugie, cena modelu M6 AXS dobija do 9250 euro, czyli odpowiednio około 19000 i 39500 zł. To już nie jest rower, który ma konkurować z masowym segmentem e-bike, a sprzęt dla ludzi, którzy kupują każdy gram tak samo świadomie, jak grupę osprzętu czy profil obręczy.

Najciekawsza część roweru Origine Newton[e] nie siedzi w ramie, a w napędzie

Origine postawiło na system Mahle X20, czyli jeden z tych napędów, które mają być obecne raczej “w tle” niż na pierwszym planie. Producent Mahle podaje około 3 kg dla całego systemu, 1,39 kg dla samej jednostki i możliwość połączenia go z akumulatorami 236 lub 350 Wh oraz z dodatkowym range extenderem 171 Wh. Oficjalna komunikacja mówi też o 65 Nm i 275 watach, a sam charakter układu opiera się na tylnym silniku w piaście, czujnikach momentu, kadencji i prędkości oraz możliwie płynnym odcięciu wspomagania po przekroczeniu 25 km/h.

Czytaj też: Każdy rowerzysta pokocha ten gadżet. Montujesz w oponie i masz spokój

Origine mówi o zasięgu do 100 km i opcjonalnym extenderze, który pozwala dojść do 160 km. Sama idea jest spójna z filozofią lekkiej elektrycznej szosy – mniejszy akumulator, niższa masa, wspomaganie uruchamiane wtedy, gdy naprawdę ma sens, a nie przez cały dzień w trybie “skuterowym”. W praktyce taki rower ma pomagać na wietrze, na długim podjeździe albo wtedy, gdy ciało odmawia posłuszeństwa, a nie bezpośrednio zastępować kolarza.

Elektryczny rower Origine Newton[e] nie jest unikatem

Najłatwiej byłoby dziś napisać, że Newton[e] po prostu pozamiatał konkurencję, ale prawda jest inna. Firma Canyon już sprzedaje Endurace:ONfly SUB-10 o masie 9,86 kg, a więc różnica między tymi konstrukcjami jest liczona w dziesiątkach gramów, nie w kilogramach. Pokazuje to, że nie patrzymy na odjazd całej stawce, lecz raczej na moment, w którym lekki e-bike szosowy przestaje być technologiczną ciekawostką, a zaczyna być osobną, coraz bardziej dopracowaną półką rynku i właśnie to jest w tej premierze najciekawsze. Newton[e] nie tyle “wynalazł” lekkiego elektrycznego szosowca, ile doprowadził pewną ideę do ekstremum w seryjnej, konfigurowalnej formie. Podkreśla też możliwość pełnej personalizacji przez konfigurator, od kolorów po napęd i koła.

Czytaj też: Ten elektryczny rower górski ma wstrząsnąć rynkiem eMTB w Europie

W nowym modelu Origine najbardziej przekonuje mnie z kolei to, że ten model nie próbuje udawać wszystkiego naraz. To nie jest e-bike dla kogoś, kto chce wielkiego akumulatora, potężnego wspomagania i pełnego spokoju na bardzo długich trasach. To jest rower dla osoby, która nadal chce jeździć po kolarsku, ale chce mieć pod ręką subtelne wsparcie wtedy, gdy wiatr, profil trasy albo zwykłe zmęczenie zaczynają odbierać radość z jazdy. W tym sensie Newton[e] trafia w samo sedno kategorii.

Jednocześnie cena sprawia, że trudno traktować go jak sensowną propozycję dla szerszego grona rowerzystów. Około 39,5 tys. zł za wersję M6 AXS to poziom, przy którym kupuje się już nie tylko osiągi, ale też pewien światopogląd. Światopogląd mówiący, że elektryczne wsparcie ma być niemal niewidzialne, a walka o niską masę jest równie ważna jak sama obecność silnika. Dla jednych będzie to fascynujący kierunek rozwoju, a dla innych bardzo droga odpowiedź na pytanie, którego wcale sobie nie zadawali.

Źródła: Origine Newton[e], Canyon

Napisane przez

Mateusz Łysoń

RedaktorZwiązany z mediami od 2016 roku. Twórca gier, autor tekstów przeróżnej maści, które można liczyć w dziesiątkach tysięcy oraz książki Powrót do Korzeni.