
Skoro środowisko bywa ciasne, kruche i pełne zakłóceń, to pojawia się pokusa, by zamiast budować jeszcze mniejsze maszyny, wykorzystać coś, co już umie się poruszać w takich warunkach. Właśnie w tym miejscu zaczyna się historia rozwiązania, które brzmi jak prowokacja, ale najwyraźniej przestało być eksperymentem. Chodzi o zrobienie z owadów szpiegów, a to poprzez mechaniczne “wzbogacanie” ich specjalistycznym sprzętem szpiegowskim.
Co ogłoszono i dlaczego ta wiadomość rozchodzi się tak szybko?
Niemiecki startup SWARM Biotactics twierdzi, że jego bioelektroniczne “roje” oparte o żywe owady systemów zostały już sprawdzone w warunkach polowych i nawet trafiły do płacących klientów powiązanych z NATO, a w tym do Bundeswehry. W tym sprzęcie chodzi dokładnie o połączenie biologii (żyjących istot) z elektroniką, bo owad ma otrzymywać interfejs nerwowy, zestaw czujników, lokalne przetwarzanie danych (edge AI) oraz bezpieczną komunikację. Wszystko to ma działać w logice roju, czyli nie jako pojedynczy gadżet, tylko jako grupa, która potrafi realizować zadanie rozpoznawcze. W tym samym przekazie pojawia się jeszcze jeden ważny szczegół, a mianowicie to, że samo skalowanie ma wynikać z hodowli, a nie z klasycznej produkcji w fabrykach.
Czytaj też: Zdradzili coś, co miało zostać tajemnicą? USA chronią myśliwiec F-47 jak tajemnicę państwową

Oczywiście same “cyborgi-owady” nie są koncepcją z 2026 roku. Wojsko i uczelnie bawiły się tym dużo wcześniej, tylko w formule programów badawczych, demonstratorów i eksperymentów z kontrolą ruchu. Klasyczny przykład to program DARPA HI-MEMS, który zakładał wszczepianie mikroelementów w owady na etapie rozwoju i późniejsze sterowanie bodźcami elektrycznymi z myślą o misjach rozpoznawczych. Jeśli więc wierzyć SWARM Biotactics, nowością nie jest więc sam pomysł, tylko próba spięcia go w użyteczny z perspektywy wojska produkt: od interfejsu nerwowego, przez oprogramowanie autonomii roju, po modułowe ładunki i stację kontroli misji. Mowa więc o sprzęcie, który aktualnie nie istnieje na całym świecie.
Dlaczego wojsko w ogóle miałoby chcieć owadów zamiast kolejnych mikrodronów?
W teorii przewaga żyjących istot “z elektronicznym wspomaganiem” nad sprzętami technologicznymi jest prosta. Małe drony są już małe, ale nadal muszą mieć napęd, stabilizację i energię, a to oznacza hałas, ograniczenia w ciasnych przestrzeniach i typowy profil wykrywalności. Owad porusza się z kolei “naturalnie”, co w środowisku miejskim może być atutem, bo nie krzyczy na lewo i prawo, że oto jest “sprzętem wojskowym”. Do tego dochodzi manewrowość w szczelinach i możliwość wejścia tam, gdzie kamera na wysięgniku albo robot kołowy nie ma jak dotrzeć.

Równocześnie ten argument ma swoją drugą stronę. Biologia jest kapryśna, bo przecież reaguje na temperaturę, wilgotność, stres i bodźce, które dla elektroniki są obojętne. Jeżeli więc mówimy o systemie rozpoznania, to najważniejsze pytanie brzmi nie “czy to działa”, tylko “z jaką powtarzalnością działa” i jaki procent “jednostek” będzie zachowywać się zgodnie z planem w realnym środowisku. Właśnie dlatego w doniesieniach o takich projektach zawsze brakuje najważniejszego elementu: danych o niezawodności w terenie, a tych publicznie na razie nie widać. Inna sprawa, to przeciwdziałanie takim robakom-szpiegom, bo w ich stronę można skierować konkretne środki, które nie działają na elektronikę (byle środki owadobójcze).
Robaki wykorzystywane na wojnie to już rzeczywistość?
Spółka SWARM Biotactics komunikowała zebranie łącznie 13 mln euro kapitału i wskazywała inwestorów po obu stronach Atlantyku. Finansowanie ewidentnie więc ma, ale znacznie trudniej jest zweryfikować to, co wzbudza największe emocje, czyli kwestię “wdrożenia u płacących klientów NATO” i udział niemieckiej armii. W praktyce pozostaje więc nam zaufanie do oświadczeń ze strony firmy o tym, że szpiegowskie karaluchy już nie tylko zostały przetestowane w praktyce, ale też znalazły na siebie konkretnych klientów.
Czytaj też: Venom zaskoczył. Zbudowali bezzałogowy samolot uderzeniowy w 71 dni

Musimy jednak pamiętać, że samo hasło “skalowanie przez hodowlę” jest nieco naciągane, bo choć samo rozmnażanie robactwa jest stosunkowo proste i szybkie, to natura nie zrobi z nich szpiegów. Prosta hodowla nie rozwiązuje automatycznie logistyki integracji elektroniki, kontroli jakości, kalibracji czujników, bezpieczeństwa łączności ani kwestii operacyjnych typu transport, przechowywanie i obsługa w warunkach polowych. Nawet jeśli “platforma” się rozmnaża, to moduły ładunków, stacje kontroli i procedury bezpieczeństwa nadal są światem klasycznej inżynierii z kosztami i ograniczeniami typowymi dla sprzętu wojskowego.
Najbardziej niewygodne pytania: etyka, prawo i ryzyko nadużyć
Jeżeli SWARM Biotactics faktycznie ma za sobą udane testy i pierwsze wdrożenia, to nie jest to “następny dron wojskowy”, tylko osobna kategoria rozpoznania do bardzo konkretnych środowisk. W momencie, w którym wchodzimy w biohybrydową robotykę, rozmowa przestaje być wyłącznie techniczna. Pojawiają się kwestie dobrostanu zwierząt, granic eksperymentów, odpowiedzialności za skutki uboczne i to, jak taka technologia będzie kontrolowana w świecie, w którym “podwójne zastosowanie” jest normą.
Czytaj też: Okręty rodem z legend to już teraźniejszość. Niszczycielskie floty widmo nadchodzą
W literaturze naukowej temat jest już na poważnie omawiany, włącznie z potrzebą ram zarządzania i odpowiedzialności w biohybrydowej robotyce. To ważne także z perspektywy czysto militarnej, bo każda nowa metoda obserwacji rodzi kontrmetody: wykrywanie łączności, zakłócanie, pułapki środowiskowe, a nawet manipulowanie warunkami, w których biologia przestaje działać przewidywalnie. Na wszelkie wątpliwości odpowie tylko czas.
Źródła: Defence Blog, EE Times, SWARM Biotactics, PMC
