Czekaliśmy kilkanaście lat. Kolejna wielka inwestycja w Polsce

Projekt, który utknął na lata, znów rusza. Węgierski deweloper Futureal wchodzi z wielką obietnicą ponownie w polski wiatr, a planowana przez niego farma wiatrowa w Jarszewie to nie tylko ot kolejna energetyczna inwestycja, ale też test rynku.
Zdjęcie poglądowe

Zdjęcie poglądowe

Są inwestycje, które wchodzą na rynek z hukiem, bo niosą ze sobą wielkie liczby, efektowne wizualizacje i opowieść o nowym otwarciu. Są też takie, które wracają po cichu, jakby chciały sprawdzić, czy otoczenie wreszcie dojrzało do decyzji odkładanej przez lata. Farma wiatrowa w Jarszewie należy właśnie do tej drugiej kategorii. Nie dlatego, że jest mała albo mało ważna, ale dlatego, że jej historia mówi znacznie więcej o kondycji polskiej energetyki niż o samym inwestorze. W takich projektach najciekawsze jest to, dlaczego coś, co było planowane jeszcze w poprzedniej dekadzie, dopiero dziś zaczyna wyglądać jak realna inwestycja. Powrót Jarszewa pokazuje bowiem, że polski wiatr lądowy nadal działa w rytmie wyznaczanym nie tylko przez technologię i kapitał, ale też przez regulacje, lokalne procedury i cierpliwość inwestorów, której przez lata zwyczajnie brakowało.

Jarszewo wraca, ale nie w tej samej formie

Projekt farmy wiatrowej Jarszewo w województwie zachodniopomorskim dojrzewa od około 2009 roku. Pierwotnie w grę miała wchodzić inwestycja obejmująca do 20 turbin i moc rzędu 60 MW, ale tamta wersja nie wyszła poza etap planów. Dziś wraca w zmienionej formie, bo z 15 turbinami, odświeżonym procesem administracyjnym i nowym montażem finansowym. Jest to zresztą typowy dla branży znak czasu, co przekłada się na mniej jednostek, większą efektywność pojedynczej turbiny i próbę dopasowania starego projektu do nowych realiów rynkowych oraz środowiskowych

Czytaj też: Darmowy prąd i ciepło na życzenie. Czy to fotowoltaika, o której marzył świat?

Skala inwestycji też nie jest symboliczna. Szacunki mówią o około 111 GWh energii rocznie. W materiałach pojawia się też przelicznik tej wartości na blisko 58 tys. gospodarstw domowych, ale warto go traktować z ostrożnością. Prosta matematyka pokazuje bowiem, że za tym porównaniem stoi założenie zużycia na poziomie około 1,9 MWh rocznie na gospodarstwo, a takie uproszczenia zawsze lepiej czytać jako skrót informacyjny niż twardy opis tego, kto i kiedy faktycznie dostanie prąd z konkretnej farmy. Produkcja z wiatru jest przecież zmienna, a sieć nie działa jak prywatny kabel od jednej instalacji do jednego osiedla.

To jednak nie zmienia podstawowego faktu, a mianowicie tego, że Jarszewo trafia w region, który już dziś jest sercem polskiej energetyki wiatrowej na lądzie. Według raportu PSEW województwo zachodniopomorskie miało na koniec 2024 roku największą moc zainstalowaną w lądowych farmach wiatrowych w kraju, bo blisko 2,6 GW. Tego typu projekt nie pojawia się więc na pustyni infrastrukturalnej, ale w miejscu, które od lat pokazuje, że wiatr na północnym zachodzie Polski ma nie tylko sens techniczny, ale i systemowy.

360 mln zł zamyka jeden problem, ale nie wszystkie

Najważniejszym momentem dla projektu okazało się domknięcie finansowania. Futureal Group dostał łącznie 360 mln zł od BGK i PKO Banku Polskiego na budowę oraz eksploatację farmy. Pakiet obejmuje nie tylko zwykły kredyt inwestycyjny, ale również kredyt VAT, finansowanie rezerwy obsługi zadłużenia i gwarancje związane z umową sprzedaży energii oraz zobowiązaniami aukcyjnymi wobec URE. Nie mówimy tu więc o luźnej deklaracji wejścia na rynek, ale o projekcie, który został rozpisany pod konkretny model przychodowy i konkretne ryzyka.

Czytaj też: Atomowa gospodarka w obiegu zamkniętym. Rosja chwali się czymś wielkim

Nie warto jednak udawać, że zamknięcie finansowe rozwiązuje wszystko. W energetyce wiatrowej pieniądze są warunkiem koniecznym, ale nie jedynym. Nadal liczy się tempo procedur, lokalny plan, wykonawstwo, dostępność komponentów, warunki przyłączenia i to, czy harmonogram nie rozjedzie się o kolejne miesiące. Innymi słowy, 360 mln zł robi ogromną różnicę, bo wyciąga projekt z kategorii “może kiedyś” do kategorii “da się to realnie zbudować”, ale nie jest jeszcze gwarancją, że Futureal z marszu stanie się jednym z głównych graczy polskiego wiatru. To raczej przejście z fazy deklaracji do fazy testu.

Futureal nie wchodzi w energetykę z ulicy, ale w Polsce dopiero się sprawdza

Najciekawsze w całej historii jest to, kto w ogóle za nią stoi. Futureal Group kojarzy się dotąd przede wszystkim z nieruchomościami – biurami, handlem, logistyką i szerzej rozumianymi inwestycjami deweloperskimi w Europie Środkowo-Wschodniej. Równolegle grupa od pewnego czasu buduje jednak zaplecze energetyczne przez Futureal Energy Partners, czyli własną platformę rozwijaną pod projekty wiatrowe, fotowoltaiczne i magazynowe. W połowie 2025 roku firma formalnie ruszyła z ekspansją tej platformy na rynki międzynarodowe, zapowiadając szerszą obecność w europejskich inwestycjach OZE.

Nowa farma wiatrowa w Polsce już działa. Wprowadzili pierwszą energię do sieci

Futureal ma już za sobą konkretne ruchy w obszarze energetycznym. Sama grupa podaje, że jej dział energetyczny instaluje na Węgrzech magazyny energii o łącznej mocy 4 MW i pojemności 8 MWh w Maglód i Fót. Z punktu widzenia strategii firmy Jarszewo wygląda więc jak logiczne rozszerzenie kompetencji, a nie oderwany eksperyment. Jednocześnie na dziś pozostaje to jedyny publicznie znany projekt wiatrowy Futureala w Polsce. Właśnie tutaj ta historia staje się ciekawsza. Jarszewo wraca bowiem w momencie, w którym Polska bardzo potrzebuje nowych źródeł wytwórczych, ale nadal porusza się w systemie, który nie rozpędza lądowej energetyki wiatrowej tak szybko, jak mógłby. Według obowiązujących zasad lokalizacja elektrowni wiatrowej nadal opiera się na regule 10H, chyba że miejscowy plan przewidzi inną odległość, lecz nie mniejszą niż 700 metrów. Ten mechanizm pozostaje jednym z kluczowych filtrów dla nowych inwestycji, a dokumenty administracyjne jeszcze z lutego 2026 roku wprost odwołują się do takiego właśnie stanu prawnego.

Czytaj też: Akumulator lubiący mróz? Nowy elektrolit ma zmienić zasięg samochodów elektrycznych

Branża przez lata przekonywała, że lądowy wiatr w Polsce nie cierpi na brak technologii ani kapitału, tylko na zbyt wąski korytarz regulacyjny. Dlatego każda reaktywacja starego projektu ma dziś podwójne znaczenie. Z jednej strony zwiększa szanse na nową generację zielonej energii, a z drugiej pokazuje, że część inwestycji wraca nie dlatego, że rynek nagle stał się prosty, ale dlatego, że firmy nauczyły się funkcjonować w trudnym otoczeniu i przeciskać przez nie projekty, które kilka lat temu utknęłyby na dobre.

Źródła: Gramwzielone.pl, PSEW, Futureal

Napisane przez

Mateusz Łysoń

RedaktorZwiązany z mediami od 2016 roku. Twórca gier, autor tekstów przeróżnej maści, które można liczyć w dziesiątkach tysięcy oraz książki Powrót do Korzeni.