Dlaczego to takie istotne? Bo jeśli największe platformy świata budują swój zasięg i zaangażowanie użytkowników na pracy dziennikarzy, to Australia uważa, że muszą za to wystawić rachunek. Albo zapłacą dobrowolnie, zawierając umowy z redakcjami, albo państwo ściągnie od nich „podatek” w wysokości nawet 2,25% ich lokalnych przychodów.
2% albo ugoda – Australia stawia sprawę jasno
Minister komunikacji Anika Wells postawiła sprawę jasno: platformy zarabiają na treściach, których same nie tworzą. Jeśli Google i Meta nie dogadają się z mediami do 1 lipca, rząd sam rozdzieli fundusze uzyskane z kar, kierując je do redakcji na podstawie liczby zatrudnionych dziennikarzy.
Dla użytkowników oznacza to przede wszystkim walkę o jakość. Z jednej strony, dofinansowane redakcje to szansa na rzetelniejsze informacje i przetrwanie lokalnych mediów. Z drugiej strony, historia uczy nas, że Big Tech nie poddaje się bez walki. Pamiętamy rok 2021, kiedy Meta z dnia na dzień zablokowała możliwość udostępniania newsów w Australii. Istnieje ryzyko, że zamiast płacić, giganci po prostu „wyłączą” wiadomości na tym kontynencie. Zamiast rzetelnego artykułu o polityce czy klimacie, Australijczycy częściej będą widzieć memy i posty influencerek, bo za nie platforma nie musi nikomu płacić. Co gorsza, TikTok – po raz pierwszy włączony do tej rozgrywki – może stać się kolejnym polem cenzury treści informacyjnych.
Warto zauważyć, że ta ustawa to swego rodzaju bat na firmy, które osiągają w Australii przychód powyżej 250 milionów dolarów australijskich. Rząd chce premiować umowy z mniejszymi redakcjami, dając korporacjom większe odpisy od kar, jeśli dogadają się z lokalnymi, niezależnymi graczami. Może to uratować małe gazety przed bankructwem, ale jednocześnie czyni je zależnymi od pieniędzy płynących z wielkich korporacji.
Czy u nas będzie podobnie?
Polska, podobnie jak inne kraje Unii Europejskiej, od dłuższego czasu zmaga się z implementacją dyrektywy o prawie autorskim, która zakłada tzw. prawa pokrewne dla wydawców. Nasze rodzime media również alarmują, że dominacja Google i Mety na rynku reklamy cyfrowej sprawia, że tworzenie wysokiej jakości dziennikarstwa staje się ekonomicznie niemożliwe.
Czytaj też: Od luźnego szkicu do gotowego kodu. Claude staje się projektantem
Australijski model „incentive” (zachęty finansowej wymuszanej karami) jest jednak znacznie bardziej agresywny niż europejskie negocjacje, bo to już stawianie firm pod ścianą. U nas jest trochę inaczej. Polska nie ma silnego głosu jako jednostka w tego typu starciach, dlatego polegamy na Unii Europejskiej, która mówi za wszystkie państwa członkowskie, co trudniej jest zignorować. A UE w sprawie Big Techów się nie cacka, więc niewykluczone, że jeśli eksperyment się powiedzie i zmusi platformy do uległości bez całkowitego blokowania treści, może stać się gotowym szablonem dla europejskich regulatorów. Z drugiej strony, ryzyko odwetu ze strony USA (Donald Trump już grozi cłami za „podatki cyfrowe”) sprawia, że cała ta walka trochę przypomina stąpanie po lodzie.
Mimo wszystko, Australia po raz kolejny pokazuje, że nie boi się iść na czołowe zderzenie z Doliną Krzemową. Ich podejście jest pragmatyczne do bólu: skoro platformy czerpią zyski z linkowania do newsów, muszą partycypować w kosztach ich powstawania. Meta broni się argumentem, że to wydawcy czerpią korzyść z darmowego ruchu, a ich treści są wrzucane dobrowolnie. Jest w tym ziarno prawdy, ale prawda rynkowa jest brutalna: bez Google i Facebooka media tradycyjne tracą zasięg, a z nimi – tracą pieniądze.
Czytaj też: Bruksela bierze na celownik AI od Google. Android musi stać się bardziej gościnny
Moim zdaniem to bardzo niebezpieczna, choć być może konieczna gra. Próba uczynienia mediów zależnymi od „dotacji” od Big Techu (bo tak de facto wyglądają te umowy) to tylko łatanie dziury w tonącym statku. Prawdziwym wyzwaniem jest stworzenie modelu, w którym dziennikarstwo jest niezależne zarówno od rządu, jak i od algorytmów. Australia próbuje zjeść ciastko i mieć ciastko, ryzykując wojnę handlową z USA i informacyjny blackout. To ryzykowny gambit, któremu warto się przyglądać, bo wynik tego starcia może ustalić zasady gry w Internecie na kolejne lata.
Źródło: Reuters
