Jeśli Chiny nie przesadzają, to obrona przed tą masową bronią stanie się ogromnym wyzwaniem

Małe drony miały od lat ten sam problem, ale oto mogą stać się cichsze i wydajniejsze, a do tego trudniejsze do wykrycia. Wszystko przez Chiny, które właśnie testują bardzo niewygodny pomysł dla obrony przeciwlotniczej.
Chiny – czołg Typ 99B

Chiny – czołg Typ 99B

Wojna dronów weszła w etap, w którym sam fakt poderwania nawet całego roju maszyn w powietrze przestał robić wrażenie. Dziś liczy się to, jak długo taki sprzęt utrzyma się nad rejonem działań, jak blisko podejdzie do celu, jak łatwo zdradzi go hałas i ile czasu operator dostanie na wykonanie zadania, zanim akumulator się wyczerpie. Właśnie dlatego rozwój dronów nie kręci się już tylko wokół kamer, łączności i autonomii, ale coraz częściej wraca do czegoś znacznie bardziej przyziemnego, czyli samego napędu. We współczesnych konfliktach widać to zresztą bardzo wyraźnie, bo bezzałogowce stały się jednym z podstawowych narzędzi rozpoznania, naprowadzania ognia i precyzyjnych uderzeń.

Skutki ataków dronów Shahed-136
Skutki ataków dronów Shahed-136

Na tym tle chiński test nowego układu hybrydowego jest ważną próbą obejścia starego problemu, który od lat ogranicza małe drony pola walki. Jedne są względnie ciche i trudniejsze do wykrycia w podczerwieni, ale szybko kończą lot. Drugie potrafią lecieć dalej, lecz płacą za to hałasem i wyraźniejszą sygnaturą cieplną. Nowy chiński system o mocy 60 kW (około 82 KM), ma właśnie połączyć oba światy, pozwalając na lot w trybie wydłużonego zasięgu oraz przechodzenie na cichszy tryb elektryczny wtedy, gdy sytuacja tego wymaga. Nie jest to jednocześnie dopiero teoria, bo taki właśnie silnik przeszedł testy w grudniu.

Chiny nie stworzyły po prostu “lepszego silnika” dla drona

Chińczycy nie chwalą się ot ulepszonym klasycznym napędem, który bezpośrednio kręci śmigłem albo wentylatorem. Tym razem mowa o układzie hybrydowym, w którym źródło spalinowe wytwarza energię elektryczną, a właściwy ciąg zapewnia już sam napęd elektryczny. To rozwiązanie zostało opracowane przez wspieraną przez państwo firmę Sichuan Tianfu Light Power Technology i sprowadza się do tego, że turbina gazowa napędza generator ładujący akumulatory pokładowe, a sam ciąg wytwarza już elektryczny wentylator kanałowy.

Czytaj też: Japonia przekroczyła właśnie granicę. Do tej pory wydawało się to niemożliwe

Warto pamiętać, że na współczesnym polu walki mały dron nie musi już tylko wznieść się, spojrzeć i wrócić. Coraz częściej ma wisieć nad rejonem działań, śledzić ruch przeciwnika, korygować ogień artylerii, a czasem jeszcze dokończyć misję jako nośnik ładunku bojowego. Hybryda zapewnia tu prostą obietnicę, bo gdy liczy się zasięg, system może korzystać z energii wytwarzanej z paliwa podczas lotu, ale gdy liczy się podejście bliżej celu z mniejszym hałasem i skromniejszą sygnaturą cieplną, może przejść na tryb elektryczny.

Czytaj też: Polacy z Rzeszowa rozłożyli konkurencję na łopatki. Tej technologii potrzebuje dziś każde wojsko

Jako że w mediach ten silnik występuje często w towarzystwie słowa “stealth”, to warto od razu wyjaśnić, że nie ma w tej technologii nic z zakresu walki z falami radarowymi. W grę wchodzi wyłącznie dążenie do ograniczenia hałasu oraz sygnatury cieplnej w wybranych fazach lotu, a to samo w sobie ma swój koszt. Taki układ dokłada własne straty energii związane z pracą silnika elektrycznego, przesyłem energii i dodatkowymi elementami mechanicznymi oraz elektrycznymi. Innymi słowy, to nie jest darmowy zysk. Dron z takim napędem wprawdzie otrzymuje większą elastyczność, ale płaci za nią masą, złożonością sterowania, większą liczbą podzespołów i nowymi punktami potencjalnej awarii.

Hybrydowy napęd dla drona daje coś arcyważnego

Paradoksalnie największą siłą takiego rozwiązania może nie być sama “cisza”, ale swoboda zarządzania energią, bo to ona pozwala lepiej dopasować drona do konkretnej misji. Część lotu może odbywać się w trybie nastawionym na ekonomię, część w trybie bardziej agresywnym, a końcówka w trybie mniej zdradzającym obecność maszyny. Do tego seria hybrydowa daje konstruktorom możliwość innego rozmieszczania podzespołów, bo źródło energii nie musi siedzieć dokładnie tam, gdzie układ napędowy wytwarzający ciąg. W świecie małych bezzałogowców, gdzie każdy centymetr i każdy kilogram mają znaczenie, to potrafi być równie istotne jak sama moc.

Czytaj też: Polski KURIER zyskał uwagę świata. Dostarczy wszystko nawet w czasach wojny

Jeśli Chińczycy faktycznie zdołają utrzymać taki system w rozsądnej masie, temperaturze pracy i kosztach produkcji, to nie stworzą “cudownego silnika”, ale bardzo niewygodny dla przeciwnika kompromis. Taki dron nie będzie ani tak ograniczony jak konstrukcja czysto akumulatorowa, ani tak łatwy do usłyszenia i wychwycenia jak mała platforma spalinowa pracująca bez przerwy w jednym trybie. Na współczesnym polu walki już tylko to może wystarczyć, żeby zrobić wielką różnicę w operacjach.

Źródła: CSIS, South China Morning Post, Interesting Engineering

Napisane przez

Mateusz Łysoń

RedaktorZwiązany z mediami od 2016 roku. Twórca gier, autor tekstów przeróżnej maści, które można liczyć w dziesiątkach tysięcy oraz książki Powrót do Korzeni.