W Azji Wschodniej od dawna nie chodzi już wyłącznie o to, kto ma więcej okrętów, myśliwców czy radarów. Coraz większe znaczenie ma dystans. Zarówno ten, z którego można zauważyć zagrożenie, jak i ten, z którego można odpowiedzieć, zanim przeciwnik zbliży się do własnego wybrzeża. W takim świecie sama obrona punktowa przestaje wystarczać, bo nowoczesny konflikt zaczyna się dużo wcześniej niż przy pierwszym fizycznym kontakcie sił zbrojnych. Japonia przez lata próbowała funkcjonować właśnie w tej szarej strefie pomiędzy formalną powściągliwością a coraz brutalniejszą rzeczywistością strategiczną. Dlatego najnowsza decyzja Tokio nie jest ciekawostką o kolejnym typie uzbrojenia, ale polityczno-wojskowym sygnałem.
Japonia wdraża swoje pierwsze pociski dalekiego zasięgu
Japonia nadal podkreśla, że nie porzuca swojej “wyłącznie obronnej” orientacji i że uderzenie wyprzedzające pozostaje niedopuszczalne. Jednocześnie oficjalne dokumenty oraz ruchy krajowego przemysłu wojskowego od kilku lat coraz wyraźniej pokazują, że obrona ma dziś obejmować nie tylko odpowiadanie na bezpośrednie zagrożenia. Ma objąć również zdolność do skutecznego kontruderzenia na dużym dystansie, jeśli kraj został już zaatakowany i nie ma innego sposobu powstrzymania kolejnych uderzeń. Innymi słowy, nie jest to żadne zerwanie z dawnym językiem, ale jego bardzo dalekie rozszerzenie.
Czytaj też: Polacy z Rzeszowa rozłożyli konkurencję na łopatki. Tej technologii potrzebuje dziś każde wojsko
31 marca japońskie siły lądowe potwierdziły zakończenie prac rozwojowych nad dwoma systemami i ich pierwsze rozmieszczenie w aktywnych jednostkach. Ulepszona, lądowa wersja pocisku Typ-12 do niszczenia okrętów weszła do służby jako Typ-25 i trafiła do obozu Kengun w prefekturze Kumamoto. Równocześnie do Camp Fuji w Shizuoce został skierowany Typ-25 HVGP, czyli szybujący pocisk bardzo dużej prędkości przeznaczony do obrony wysp. Japońskie ministerstwo obrony określiło to jako pierwsze rozmieszczenie rodzimych pocisków stand-off w czynnych jednostkach.
Najgłośniej wybrzmiewa oczywiście pocisk Typ-25 w wersji wywodzącej się z ulepszonego Typ-12. Associated Press podawała jego zasięg na około 1000 kilometrów, a dla porównania poprzednia wersja miała około 200 kilometrów zasięgu. Skok jest więc nie kosmetyczny, ale fundamentalny, bo nagle mówimy o systemie, który przestaje być narzędziem obrony przybrzeżnej w starym znaczeniu tego słowa i zaczyna służyć do rażenia celów daleko poza bezpośrednią linią zagrożenia.

Drugi system uzbrojenia, Typ-25 HVGP, ma inne zadanie. Chodzi w nim bowiem o środek rażenia szybujący z bardzo dużą prędkością, która sama w sobie utrudnia przechwycenie. Ma to być element szerszej warstwy odstraszania, w której jedne pociski mają zwiększać zasięg odpowiedzi, a inne komplikować życie systemom obrony przeciwrakietowej przeciwnika. Innymi słowy, Japonia nie buduje jednej “superrakiety”, ale cały pakiet zdolności o różnym charakterze, który ciągle ma służyć wyłącznie do obrony. Oczywiście.
Tokio nadal mówi “obrona”, ale robi to już innym językiem
Oficjalna narracja Japonii pozostaje ostrożna: kontruderzenie ma być zgodne z konstytucją, ma stanowić minimalny środek samoobrony i nie oznacza zgody na klasyczne uderzenie wyprzedzające. Jednocześnie w dokumentach strategicznych i opracowaniach resortu obrony widać już bardzo wyraźnie, że Japonia traktuje zdolności stand-off jako klucz do odstraszania przeciwnika jeszcze przed tym, jak ten uzna atak za łatwy i opłacalny. W praktyce jest to przesunięcie z logiki “wytrzymaj i przechwyć” do logiki “wytrzymaj, przechwyć i zagroź zapleczu przeciwnika”.
Czytaj też: Polski KURIER zyskał uwagę świata. Dostarczy wszystko nawet w czasach wojny
Właśnie tutaj zaczyna się polityczny spór. Zwolennicy tej zmiany powiedzą, że Japonia po prostu dostosowuje się do regionu, w którym Chiny zwiększają presję wokół Morza Wschodniochińskiego i Tajwanu, a Korea Północna rozwija środki napadu rakietowego. Krytycy odpowiedzą z kolei, że niezależnie od prawnych zastrzeżeń kraj wchodzi na drogę, na której “minimalna samoobrona” zaczyna obejmować środki zdolne razić cele setki kilometrów od japońskich wysp.
Z perspektywy wojska sens całej operacji jest prosty. Japonia od lat wzmacnia południowo-zachodni łuk wysp, czyli obszar najbardziej wrażliwy z punktu widzenia napięć z Chinami i potencjalnego kryzysu wokół Tajwanu. Rozmieszczenie pocisków Typ-25 w Kumamoto nie oznacza, że Tokio nagle zyskuje cudowną przewagę, ale daje nowy promień działania. Jest to jednocześnie dopiero początek, bo do marca 2028 roku planowane są kolejne rozmieszczenia tych systemów, a w tym na Hokkaido i w Miyazaki. To pokazuje, że nie chodzi o jednorazowy pokaz, tylko o budowę docelowej siatki ognia. Zwłaszcza że równolegle Japonia dokłada do układanki amerykańskie Tomahawki.

Czytaj też: Korea Północna pokazała nowy czołg. Chonma-20 wygląda jak broń na współczesne piekło
Nie tak dawno niszczyciel JS Chokai przeszedł modyfikacje umożliwiające użycie tych pocisków, a sama broń w najnowszej wersji ma zasięg ponad 1600 kilometrów. To nie zastępuje krajowych konstrukcji, ale tworzy warstwowy model odstraszania, który obejmuje aktualnie rodzime pociski lądowe, szybujący HVGP i właśnie zdolność do odpalenia Tomahawków z okrętów Aegis, a więc poziomu morza. Innymi słowy, Japonia przestała wierzyć, że da się bez końca kupować bezpieczeństwo samą pasywnością. Tylko karty historii w następnych dekadach, a może i wiekach precyzyjnie ocenią ten moment.
Źródła: Ministerstwo Obrony Japonii, AP News, USNI

