Rynek rowerów elektrycznych coraz wyraźniej odchodzi od prostego myślenia w stylu “większy moment obrotowy, większy akumulator, lepsza amortyzacja”. Coraz częściej równie ważne stają się oprogramowanie, integracja z aplikacją, cyfrowe zabezpieczenia i funkcje, które jeszcze kilka lat temu kojarzyły się bardziej z elektroniką użytkową niż z rowerem miejskim. Bosch ma już własne rozwiązania pokroju eShift i trybów fitness, Shimano rozwija AUTO SHIFT, a producenci próbują przekonać klientów, że rower może myśleć za nich w większym zakresie niż tylko dobór siły wspomagania.
Na tym tle Lemmo One Collab.Ride nie wygląda jak kolejna kosmetyczna aktualizacja, ale też nie jest takim przełomem, jak sugeruje producent. To wciąż ten sam pomysł na “dwa rowery w jednym”, czyli konstrukcję, którą można traktować zarówno jako klasyczny e-bike, jak i zwykły rower po mechanicznym odłączeniu napędu w piaście. Różnica polega na tym, że teraz Lemmo próbuje dołożyć do tego warstwę sztucznej inteligencji, która ma nie tylko analizować jazdę, ale też wpływać na zmianę przełożeń, tryby treningowe i ogólne zachowanie układu napędowego.
FEAVA brzmi dumnie, ale w praktyce chodzi o mocno zintegrowany system
Firma Lemmo nazywa swoją architekturę FEAVA, czyli “Fully Electrified AI-Centric Vehicle Architecture”. Za tym długim skrótem kryje się po prostu centralnie spięty ekosystem, w którym komputer w wyświetlaczu łączy blokadę, oświetlenie, GPS, Apple Find My, zarządzanie silnikiem, system czujników, elektroniczną zmianę biegów i aktualizacje OTA. Sam producent tłumaczy też, że sztuczna inteligencja ma budować profil użytkownika na podstawie momentu nacisku na pedały, kadencji, prędkości, nachylenia i preferencji rowerzysty. Innymi słowy, mniej chodzi tu o “sztuczną inteligencję” w sensie spektakularnym, a bardziej o adaptacyjne oprogramowanie sterujące całym rowerem.
Czytaj też: Ten elektryczny rower górski ma wstrząsnąć rynkiem eMTB w Europie

Najważniejsze nowości sprzętowe są trzy. Po pierwsze, elektroniczna przerzutka Wheeltop. Po drugie, miernik mocy zintegrowany z układem napędowym. Po trzecie, przeprojektowana piasta Dual Mode Hub zasilana 540-Wh akumulatorem, która w bazowych wersjach oferuje 52 Nm momentu obrotowego, a w Dynamic Edition i Limited Edition dochodzi do 63 Nm. Jednocześnie specyfikacja pozostaje zgodna z europejską klasą e-bike, bo mówimy o silniku o mocy 250 watów i wspomaganiu odcinanym przy 25 km/h.

Najciekawsze nie jest to, że Lemmo daje automat. Najciekawsze jest to, jak go opakowuje
Trzeba jednak uczciwie powiedzieć jedno: samo automatyczne dobieranie przełożeń i wątki “fitnessowe” nie są czymś, czego rynek wcześniej nie widział. Bosch od dawna rozwija eShift we współpracy z partnerami i wprost informuje, że system może przejmować automatyczną zmianę biegów, a Shimano ma własne AUTO SHIFT dla e-bike. Podobnie z warstwą treningową, bo przecież Bosch oferuje tryb fitness z podglądem mocy, spalonych kalorii, kadencji i opcjonalnie tętna po sparowaniu monitora. Lemmo nie wymyśla więc nowej kategorii roweru, a raczej próbuje złożyć znane już klocki w lżejszej, bardziej miejskiej i bardziej “gadżeciarskiej” formie.
Czytaj też: Każdy rowerzysta pokocha ten gadżet. Montujesz w oponie i masz spokój

Właśnie tutaj robi się interesująco, ale też nieco podejrzanie. W oficjalnych materiałach Lemmo można przeczytać, że “Intelligent Auto Shifting” działa w trybie E i M, czyli zarówno podczas jazdy ze wspomaganiem, jak i po mechanicznym odłączeniu napędu. Z kolei w relacji z jazdy testowej pada informacja, że elektroniczna zmiana biegów działa w obu trybach, ale automatyka jest dostępna wyłącznie w trybie e-bike. Coś czuję, że dla części klientów właśnie pełna automatyka również w trybie “analogowym” byłaby jedną z najmocniejszych cech tego modelu.

Ten rower chce być lekki, miejski i sprytny. W tym akurat ma sporo sensu
Pod względem czysto użytkowym Lemmo One Collab.Ride wygląda jednak bardzo sensownie. Producent nadal stawia na aluminiową ramę z łączeniami, które mają przypominać ramę samonośną z włókna węglowego bez widocznych spawów, a do tego dorzuca pełny karbonowy widelec, czterotłoczkowe hamulce hydrauliczne i wyświetlacz zintegrowany z górną rurą. Smartpac pełni nie tylko rolę akumulatora, ale też powerbanku z wyjściem USB A/C o mocy do 65 watów, a warstwa zabezpieczeń obejmuje elektroniczną blokadę tylnej piasty, GPS w Smartpacu, Apple Find My w ramie i alarm o głośności 100 dB.
Czytaj też: Przestań katować swój rower! Rowerzyści nawet nie wiedzą, że tego potrzebują

Do wyboru są trzy rozmiary. Wersja ST z mocno obniżoną górną rurą bazuje na kołach wielkości 27,5 cala i jest przewidziana dla osób o wzroście 160-185 cm. Rozmiar L korzysta z tych samych kół i celuje w zakres 170-185 cm, a XL stawia na 29-calowe koła jako sprzęt dedykowany dla osób od 185 do 200 cm. Sam bazowy rower waży 15 kg, a Smartpac 3 kg, więc podstawowe odmiany zamykają się w 18 kg całkowitej masy, podczas gdy mocniejsze wersje z napędem 63 Nm dochodzą do około 20 kg. Cena za taką przyjemność wynosi od 2790 do 3590 euro, zależnie od wersji, czyli w grę wchodzi przedział około 12000-15500 zł.
Czy sztuczna inteligencja w rowerze rzeczywiście zmienia wszystko?
Pierwsze jazdy pokazują, że sam pomysł działa. Jeden serwis chwali płynność automatycznej zmiany przełożeń i fakt, że na krótkiej trasie można było po prostu skupić się na sterowaniu oraz hamowaniu. Jednocześnie w tej samej relacji padają dwa istotne zastrzeżenia, a mianowicie to, że system momentami reagował zbyt wolno, a podczas startu z miejsca nie dało się wcześniej wybrać biegu. To są właśnie te małe rzeczy, które decydują o tym, czy po tygodniu użytkownik uzna automat za wybawienie, czy za coś, z czym nadal trzeba się dogadywać.
Tutaj dochodzimy do sedna. Lemmo One Collab.Ride nie jest rowerem, który zmienia zasady gry dla całego rynku. Jest za to bardzo ciekawą próbą połączenia lekkiego miejskiego e-bike, zwykłego roweru, powerbanku, lokalizatora i zaawansowanego oprogramowania w jednym produkcie. Dla kogoś, kto szuka maksymalnie zintegrowanego sprzętu do miasta i jest gotów zapłacić za wygodę, bezpieczeństwo oraz eksperyment z automatyzacją jazdy, ten model może być naprawdę kuszący. Dla wszystkich pozostałych pozostaje pytanie, czy “SI wrowerze” jest dziś warte ponad 12 tysięcy złotych, skoro sporą część tych funkcji da się znaleźć także w mniej efektownie opowiedzianych, ale dojrzalszych systemach konkurencji.

