Japonia jaką znamy się kończy. Kamikadze wracają

Przez dekady Japonia budowała swój wizerunek państwa, które uzbraja się ostrożnie, mówi tylko o obronie, a kwestie dalekiego zasięgu zostawia bardziej ofensywnie nastawionym sojusznikom. Dziś ten porządek zaczyna się jednak kruszyć i najnowsza forma uzbrojenia jest tego świetnym przykładem.
Zdjęcie poglądowe

Zdjęcie poglądowe

W Azji Wschodniej napięcie wokół Chin, Tajwanu i szlaków morskich nie maleje, a Japonia coraz wyraźniej dochodzi do wniosku, że sama tarcza już nie wystarcza. Właśnie dlatego temat tanich pocisków i dronów-kamikadze jest dziś jednym z najważniejszych pytań o przyszłość japońskiej strategii zbrojenia się. Najciekawsze jest przy tym nie samo słowo “kamikadze”, które przyciąga uwagę z powodów historycznych, ale logika stojąca za tym zwrotem. Współczesne pole walki coraz mniej bowiem premiuje pojedyncze, bardzo drogie efektory używane od święta, a coraz bardziej faworyzuje masę, rozproszenie i kosztową asymetrię.

Czytaj też: Bez huku, bez łusek i bez dymu. Chiny ścisnęły broń przyszłości do rozmiaru pistoletu

Zdjęcie poglądowe

Sytuacja na Ukrainie i trwająca tam wojna z Rosją już pokazała przed laty, że tanie, latające bezzałogowce potrafią wymusić kosztowną reakcję, a Bliski Wschód dobitnie przypomniał, jak trudno i jak drogo bronić się przed dużą liczbą relatywnie prostych środków napadu powietrznego. Japonia najwyraźniej nie chce patrzeć na te lekcje bez wyciągania sensownych wniosków.

Drony-kamikadze są ważne, bo mogą torować drogę potężniejszej broni

Japońskie Ministerstwo Obrony w materiałach budżetowych i informacyjnych otwarcie wskazuje zarówno na rozwój zdolności bezzałogowych, jak i na harmonogram związany z pociskami Tomahawk oraz rozbudową zdolności kontruderzeniowych. Same doniesienia o japońskich planach dotyczących amunicji krążącej o zasięgu ponad 1000 kilometrów oraz o budowie tańszego, licznego arsenału środków saturacyjnych są bardzo ciekawe. Trzeba jednak zaznaczyć, że część tej układanki funkcjonuje dziś przede wszystkim na poziomie doniesień medialnych, a nie jako jeden, publicznie opisany i w pełni potwierdzony program z rozpisaną listą parametrów. Jednocześnie kierunek jest jasny – Japonia chce więcej systemów bezzałogowych, większego zasięgu i większej elastyczności użycia.

Czytaj też: Brytyjskie niszczyciele dostaną broń przyszłości. Smoczy Ogień trafi na Typ 45

rój chińskich dronów

W ogólnym rozrachunku tanie drony-kamikadze nie zastępują klasycznych rakiet manewrujących, bo zwykle są wolniejsze, bardziej podatne na zakłócenia i niosą mniejszą głowicę. Ich siła leży gdzie indziej. Mogą polecieć jako pierwsza fala, wyczerpywać obronę, zmuszać do odpalania drogich przechwytujących pocisków, ujawniać pozycje radarów i tworzyć chaos tuż przed właściwym uderzeniem. Jeśli Japonia rzeczywiście chce łączyć takie środki z potężnymi pociskami Typ-12, Tomahawkami i szerszą siecią rozpoznania, to chodzi tutaj o budowanie własnej wersji wojny na wyniszczenie kosztów przeciwnika.

Źródła: Japońskie Ministerstwo Obrony, SCMP

Napisane przez

Mateusz Łysoń

RedaktorZwiązany z mediami od 2016 roku. Twórca gier, autor tekstów przeróżnej maści, które można liczyć w dziesiątkach tysięcy oraz książki Powrót do Korzeni.