GPS przestaje być niepodwazalną świętością. Ten lot pokazuje, że można obyć się bez niego

W świecie, w którym zagłuszanie i fałszowanie sygnału satelitarnego przestało być dodatkiem do walki elektronicznej, a stało się jej stałym elementem, dostęp do GPS przestał być pewny. Dlatego właśnie firma Thesus postanowiła stworzyć system, który nie potrzebuje stabilnej nawigacji satelitarnej, aby określić, gdzie się znajduje.
Zdjęcie poglądowe

Zdjęcie poglądowe

Działania wojskowe z dronami w roli głównej od dawna nie sprowadzają się już wyłącznie do zasięgu, ceny i wielkości głowicy. Coraz częściej o powodzeniu misji decyduje coś znacznie mniej widowiskowego, ale znacznie ważniejszego, bo to, czy maszyna w ogóle potrafi określić swoje położenie, kiedy przeciwnik zaczyna mieszać w eterze. Armie, producenci i programy zakupowe coraz wyraźniej szukają dziś wojskowych systemów, które pozwolą dronom działać w środowisku, gdzie sygnał satelitarny jest zakłócany, oszukiwany albo znika całkowicie. Nie jest to już byle boczny eksperyment, ale kierunek, który wprost widać w amerykańskim programie Artemis, nastawionym na platformy zdolne do działania w warunkach walki elektronicznej i bez stabilnej nawigacji satelitarnej.

GPS przestał być pewnym zasobem, a to problem

Theseus poinformował, że w marcu 2026 roku jego Micro Visual Positioning System przeleciał nad środkową Florydą 564,4 km podczas misji trwającej 5 godzin i 22 minuty. Maszyna operowała na wysokości około 152-274 metrów na ziemią, a median błędu poziomego miała wynosić 51,95 metra. Równie ważny jest drugi parametr, a więc całkowite zero restartów systemu w locie. Innymi słowy, pakiet nawigacyjny miał utrzymać pracę przez całą misję bez konieczności ponownej inicjalizacji. Z kolei udostępniony ślad lotu nie pokazuje prostego przelotu z punktu A do B, ale serię pętli i korekt nad centralną Florydą, co sugeruje próbę sprawdzenia systemu przy zmianach kursu i profilu lotu.

Czytaj też: Bez huku, bez łusek i bez dymu. Chiny ścisnęły broń przyszłości do rozmiaru pistoletu

Nie mówimy więc o byle locie laboratoryjnym w sterylnych warunkach. Firma podkreśla, że był to pierwszy lot tego systemu na tej platformie, a dłuższe loty związane z Ukrainą pozostają niejawne, więc test florydzki stał się pierwszym pełniejszym zbiorem danych, który można pokazać klientom. Theseus nie zdradził jednak publicznie maksymalnego błędu, błędu pionowego, zachowania w trudnej pogodzie, nocą albo nad bardziej monotonnym terenem.

Nie ma też niezależnej walidacji wyników ani informacji o tym, jak system zachowuje się w końcowej fazie ataku, gdzie margines błędu przestaje być ciekawostką statystyczną, a zaczyna decydować o tym, czy trafienie nastąpi w budynek, obok budynku, czy wcale. Stanowi to nadal bardzo ważny test, ale jeszcze nie pełną odpowiedź na wszystkie pytania.

Jak właściwie działa system Theseus?

Sedno technologii nie jest nowe w sensie idei, ale liczy się sposób wdrożenia. Theseus opisuje swój system jako połączenie dopasowywania obrazu terenu do map, wizualno-inercyjnej odometrii i przetwarzania pokładowego, które ma emulować dodatkową antenę GPS dla kontrolera lotu. W uproszczeniu oznacza to, że dron patrzy na teren pod sobą, porównuje to, co widzi, z wcześniej przygotowaną mapą, a ruch śledzi również dzięki czujnikom inercyjnym. Co ciekawe, rozwiązanie to ma działać jako moduł plug and play, który może zostać dołożony do istniejących platform i podawać dane pozycyjne w standardzie NMEA.

Czytaj też: Jak działa klasyczny okręt podwodny, gdy nie widać go na powierzchni?

Ciekawe jest też to, jak mały ma być próg wejścia, bo cały pakiet potrafi ponoć działać na Raspberry Pi 5 i da się go zainstalować jedną komendą. Uderza to tym samym w jeden z największych problemów wojny dronowej, bo dziś nie wystarczy mieć technologię odporną na zakłócenia, trzeba jeszcze dać się ją wdrażać szybko, tanio i masowo. W przeciwnym razie zostaje pokazem możliwości dla kilku elitarnych platform, a nie narzędziem, które zmienia praktykę na froncie, gdzie powszechne stają się drony tanie, ale skuteczne w ciągłym nękaniu wroga i utrzymywaniu go w niepewności.

Czyżby więc Theseus był czarnym koniem wyścigu o skuteczniejsze systemy dronowe? Wygląda na to, że tak i co ciekawe, nie wziął się znikąd. Firma wyrosła z bardzo prostego pomysłu zaprezentowanego jeszcze w 2024 roku na hackathonie, gdzie zespół zbudował tani, GPS-niezależny dron wykorzystujący kamerę i mapy. Rok później startup miał już finansowanie na poziomie 4,3 mln dolarów i wczesne testy rozwojowe z amerykańskimi siłami specjalnymi. Nie oznacza to jednak, że z dnia na dzień rozwiązania od Theseus podbiją systemy dronowe, bo nadal nie znamy wielu szczegółów na temat ich skuteczności.

Czytaj też: Brytyjskie niszczyciele dostaną broń przyszłości. Smoczy Ogień trafi na Typ 45

W ogólnym rozrachunku test systemu pozycjonowania od Theseusa nie jest odosobnioną ciekawostką, ale częścią większego ruchu. W tym samym nurcie mieszczą się projekty dronów logistycznych mających pracować w środowisku zakłóconym, jak polski KURIER, systemy pokroju Skynode S łączące odporność na utratę GPS z widzeniem komputerowym, a nawet zaawansowane pociski. To wszystko pokazuje, że odporność na utratę sygnału satelitarnego przestaje być luksusowym dodatkiem. Staje się minimalnym warunkiem sensowności nowego sprzętu.

Źródła: Defence Blog, DIU, Theseus

Napisane przez

Mateusz Łysoń

RedaktorZwiązany z mediami od 2016 roku. Twórca gier, autor tekstów przeróżnej maści, które można liczyć w dziesiątkach tysięcy oraz książki Powrót do Korzeni.