Jednym z ciekawszych przykładów jest LightInk, eksperymentalny zegarek open source stworzony przez inżyniera Daniela Ansorreguiego. Projekt nie próbuje konkurować z Apple Watchem czy Galaxy Watchem liczbą aplikacji. Zamiast tego skupia się na czymś znacznie mniej spektakularnym marketingowo, ale dla wielu osób dużo bardziej kuszącym — ekstremalnie długim czasie pracy na baterii.
Patrzysz i nie wiesz, co to tak do końca jest
Serio, kiedy pierwszy raz zobaczyłam LightInk, miałam dokładnie taką reakcję, bo to w ogóle nie przypomina żadnego znanego mi smartwatcha. Prostokątny, z dużymi ramkami, ekranem E-Ink, a do tego jeszcze z elementem, który nieodparcie kojarzy mi się z kalkulatorami. To skojarzenie zresztą nie jest przypadkowe, bo tak samo, jak w tych maszynkach do liczenia, tak i tutaj mamy panel słoneczny.
Sercem konstrukcji jest 1,54-calowy ekran E-Ink o rozdzielczości 200 × 200 pikseli. To właśnie on odpowiada za większość oszczędności energetycznych. W przeciwieństwie do klasycznych wyświetlaczy LCD czy OLED ekran elektroforetyczny pobiera energię praktycznie tylko podczas zmiany wyświetlanej treści. Po odświeżeniu obraz pozostaje widoczny nawet po odcięciu zasilania, jest czytelny w pełnym słońcu, a wieczorami może korzystać z podświetlenia, więc i o to nie trzeba się martwić. Oczywiście, to urządzenie jest tak dalekie od efektownych, kolorowych interfejsów znanych z nowoczesnych smartwatchy, jak to tylko możliwe. O to jednak chodzi.
Wracając jeszcze do panelu słonecznego. To nie jest nowe rozwiązanie w zegarkach, ale do tej pory ogniwa fotowoltaiczne były raczej zintegrowane z ekranem, tymczasem autor projektu postawił na osobny, wyraźnie widoczny element. Może dla odróżnienia się, może po to, by faktycznie kojarzyło się to z akumulatorem. Nie wiem, choć na pewno to działa, bo kiedy patrzymy na taki zegarek, jego wygląd od razu zapada w pamięć.
Z racji, że mówimy tutaj o dziesięciomiesięcznym czasie pracy na baterii, to warto pochylić się nad tym, jak udało się to osiągnąć. Sam ekran E-Ink to za mało i kluczową rolę odgrywa tutaj sposób zarządzania energią, za który odpowiedzialny jest mikrokontroler ESP32-PICO-D4. Twórca zegarka zauważył, że standardowe uruchamianie procesora trwa około 28 ms i przy każdym wybudzeniu generuje niepotrzebne straty energii. Zamiast korzystać z klasycznej procedury startowej, przygotował specjalny mechanizm wake-up stub, który pozwala uruchamiać wyłącznie niezbędne elementy systemu, przesłać dane do wyświetlacza i niemal natychmiast wrócić do trybu głębokiego uśpienia.
Czytaj też: Ile razy szukałeś portfela przed wyjściem z domu? Ten gadżet ma pomóc uniknąć porannej paniki
Efekt robi ogromne wrażenie. Podczas podstawowego działania zegarek pobiera tak mało prądu, że niewielki akumulator 100 mAh ma wystarczać nawet na 6–10 miesięcy pracy. Przy zastosowaniu większego ogniwa autor projektu mówi już nawet o około 400 dniach działania. W zasadzie właśnie tutaj najlepiej widać filozofię całego projektu. LightInk nie próbuje robić wszystkiego naraz. Wręcz przeciwnie, świadomie rezygnuje z części funkcji, by maksymalnie ograniczyć zużycie energii.

Mimo minimalistycznego podejścia LightInk nie jest całkowicie odcięty od nowoczesnej komunikacji. Oprócz Wi-Fi i Bluetooth projekt wykorzystuje również moduł LoRa oparty na układzie Wio-SX1262. To energooszczędna technologia komunikacji dalekiego zasięgu używana głównie w urządzeniach IoT. Dzięki temu zegarek może przesyłać dane do domowego odbiornika bez konieczności korzystania z internetu czy sieci komórkowej.
W nowszych wersjach prototypu pojawił się nawet moduł GPS, choć sam autor projektu przyznaje, że była to dość kontrowersyjna decyzja. Odbiornik satelitarny bardzo szybko rozładowuje niewielką baterię i stoi w sprzeczności z główną ideą urządzenia, a Daniel Ansorregui wprost określił dodanie GPS-u jako „zły pomysł”. Mimo wszystko na tym właśnie polegają podobne eksperymenty, na metodach prób i błędów, by osiągnąć najlepszy rezultat.
LightInk nie kupisz w sklepie
Dokładnie w tym tkwi haczyk tego zegarka. LightInk nie jest gotowym produktem konsumenckim. To projekt open source wywodzący się ze społeczności DIY i rozwijający pomysły znane z platformy Watchy. Jeśli ktoś chce wejść w jego posiadanie, musi przygotować się na samodzielne składanie urządzenia. Autor udostępnił dokumentację, pliki PCB i kod źródłowy, ale cały proces obejmuje zamówienie płytki drukowanej, lutowanie komponentów oraz wydrukowanie obudowy na drukarce 3D, więc to już trochę wyższa szkoła jazdy i coś, na co pokusić mogą się pasjonaci takich gadżetów.
Czytaj też: Navitel stawia na aktualizacje. Twój wideorejestrator stanie się jeszcze lepszy
Ja sama raczej bym się do tego nie nadawała, jednak nie przeczę, ten zegarek naprawdę wzbudził moje zainteresowanie. Jest ciekawy, ale nie z powodu najlepszej specyfikacji czy super drogich materiałów. Wręcz przeciwnie, trochę wygląda jak krok wstecz, bo przecież teraz smartwatch musi mieć AI, milion sensorów i wiedzieć o nas więcej, niż my sami. Tutaj tego nie znajdziemy. Żadnych aplikacji, żadnego monitorowania zdrowia, nie wspominając już o kolorowym wyświetlaczu. Dlaczego więc to takie ciekawe? Z jednej strony to pokaz czyjejś pasji i pomysłowości, a z drugiej… Może za dużo sobie dopowiadam, ale ciężko nie odnieść wrażenia, że to trochę taki manifest kogoś, kto zwyczajnie jest już zmęczony kolejnym ekranem wymagającym uwagi i chce mieć coś, co oferuje konkretne funkcje i spełnia swoje zadanie.
Źródło: Hackaday.io
