Właśnie z myślą o takich sytuacjach powstał KeySmart SmartCard Pro. To lokalizator zamknięty w formie cienkiej karty, która mieści się w portfelu podobnie jak zwykła karta płatnicza. Producent przekonuje, że nowy model ma być szybszy, działać dłużej i wreszcie nie zmuszać użytkowników do wyboru między ekosystemem Apple’a a Androidem.
Jedna karta dla użytkowników iPhone’ów i Androida
Przez lata rynek lokalizatorów był dość wyraźnie podzielony. Użytkownicy Apple’a najczęściej sięgali po AirTagi, natomiast właściciele smartfonów z Androidem musieli szukać alternatywnych rozwiązań, których na rynku jest zresztą sporo. Tutaj wybierać nie trzeba, bo SmartCard Pro próbuje połączyć oba światy. Karta współpracuje zarówno z siecią Apple Find My, jak i Android Find Hub.
Trzeba jednak pamiętać o jednym ograniczeniu – podczas konfiguracji wybieramy jeden z systemów i dopiero z nim parujemy urządzenie. Nie można korzystać z obu jednocześnie. Mimo wszystko to wciąż ogromna wygoda. Jeśli zgubimy portfel, jego pozycja może zostać wykryta przez inne urządzenia uczestniczące w danej sieci lokalizacyjnej, co znacząco zwiększa szansę na odnalezienie zguby.

Największą zaletą tego urządzenia jest jednak jego forma. Tradycyjne lokalizatory świetnie sprawdzają się przy kluczach czy plecaku, ale w portfelu często okazują się po prostu zbyt grube. Z kolei SmartCard Pro ma wymiary klasycznej karty, dzięki czemu można wsunąć go do przegródki obok dokumentów lub kart płatniczych. Nie tworzy wyraźnego wybrzuszenia i nie zajmuje dodatkowego miejsca w kieszeni. W dodatku nie rzuca się tak w oczy i jeśli nasz portfel zostanie skradziony, jest mniejsza szansa, że złodziej zwróci na niego uwagę.
Design też nie jest taki typowy, ponieważ elektronika została zamknięta w przezroczystej obudowie otoczonej aluminiową ramką. Dzięki temu SmartCard Pro przypomina bardziej futurystyczny gadżet niż kolejny plastikowy tracker. Oczywiście wygląd nie pomoże odnaleźć zgubionego portfela, ale trudno odmówić urządzeniu charakteru.
A co kryje się w środku?
W porównaniu z wcześniejszą wersją producent zastosował nowy układ Atlas Gen 3. Dla nas liczy się jednak to, że przetwarzanie danych oraz czas reakcji po wysłaniu sygnału z aplikacji mają być o około 50% szybsze, a to po prostu oznacza sprawniejsze lokalizowanie zguby. I to nawet przez 24 miesiące na jednym ładowaniu, ponieważ w tej niepozornej konstrukcji znalazło się miejsce na akumulator o pojemności 350 mAh. To wynik, który wygląda naprawdę obiecujący, choć oczywiście wiele będzie zależało od intensywności użytkowania i częstotliwości korzystania z funkcji lokalizacyjnych.
Czytaj też: To się nazywa glow! Yema pokazała zegarek, który wygląda niepozornie, dopóki nie zgasisz światła
Co jednak istotniejsze, kiedy ta bateria w końcu padnie, wystarczy kartę naładować. To nie jest jednorazowy sprzęt, co niestety często się zdarza w tym segmencie. Dostajemy tu ładowanie bezprzewodowe Qi. Zamiast wymieniać jednorazową baterię lub kupować nowe urządzenie po kilku latach, wystarczy położyć kartę na standardowej ładowarce bezprzewodowej. To rozwiązanie wygodne, a przy okazji ograniczające ilość elektroodpadów i oczywiście zmniejszające koszty. W dodatku niepotrzebna jest tutaj specjalistyczna ładowarka, a bądźmy szczerzy, przy tak rzadkim jej używaniu łatwo jest takową zgubić.

KeySmart wycenił SmartCard Pro na 49,99 dolarów, czyli około 180 zł. To co prawda sporo, choć większość lokalizatorów premium nadal wyprzedza go cenowo. Jasne, bez tego gadżetu da się żyć, ale… skoro możemy uczynić to życie łatwiejszym, to czemu nie? Tu rację przyzna mi z pewnością każdy, kto chociaż raz gorączkowo poszukiwał portfela i z każdą kolejną minutą panikował bardziej, już myśląc o miejscach, w których mógł go zgubić poza domem. Zapewne dlatego takie urządzenia wciąż powstają i znajdują swoich zwolenników, bo czasem technologia nie musi zmieniać świata, wystarczy, że oszczędzi nam stresu.
Źródło: KeySmart
