Prąd kosztował mniej niż 0 złotych, a ludzie zarabiali. Wyjaśniam fenomen

Jeszcze kilka lat temu pisałem o OZE głównie z perspektywy coraz to większych wiatraków oraz wydajniejszych paneli słonecznych. Jednak od pewnego czasu kwestia pozyskiwania prądu ze źródeł odnawialnych krąży nie tylko wokół samego uzysku, ale też odpowiedniego zarządzania energią, czego świetnym dowodem jest niedawna majówkowa sytuacja w Polsce.
Prąd kosztował mniej niż 0 złotych, a ludzie zarabiali. Wyjaśniam fenomen

OZE zrobiło się na tyle powszechne w naszym kraju, że w szczególnie słoneczne dni coraz częściej trzeba pytać nie tylko o cenę prądu, ale też o to, co zrobić z energią, której w danej chwili jest zwyczajnie za dużo.

Kiedy prądu jest zbyt dużo w sieci, dzieją się “dziwne rzeczy”

Aktualnie kwestia zarządzania energią to już nie temat wyłącznie dla ekspertów od rynku hurtowego, operatorów sieci i właścicieli farm fotowoltaicznych. Ta sprawa zaczyna dotykać także osób z panelami na dachu, pompą ciepła, samochodem elektrycznym, magazynem energii albo umową z ceną dynamiczną. Majówka 2026 roku pokazała ten mechanizm w wyjątkowy sposób, kiedy to w całym kraju spadło zapotrzebowanie. Mieliśmy przecież dni wolne od pracy, więc tym samym przemysł działał słabiej, a prażące słońce zrobiło swoje i nie tylko wyciągało nas z czterech ścian, ale też wyciągało maksymalną wydajność z fotowoltaiki.

Czytaj też: Panele słoneczne mogą być lepsze. Pokazali sposób na ulepszenie fotowoltaiki

Panele fotowoltaiczne produkowały ogromne ilości energii dokładnie wtedy, gdy system nie był w stanie łatwo jej wchłonąć. Efekt? Prąd na rynku miał cenę ujemną, a część odbiorców mogła korzystać z poboru energii w taki sposób, że ich rozliczenie za samą energię schodziło poniżej zera. W tym samym czasie wielu prosumentów oddających nadwyżki do sieci nie zarabiało jednak nic.

Cena spadła poniżej zera, bo prądu było więcej niż chętnych na jego zużycie

W piątek 1 maja 2026 roku cena energii na rynku spotowym spadła po godzinie 13 do około -1457 zł/MWh, a więc około -1,46 zł/kWh. Taki wynik nie bierze się z żadnej sztuczki czy błędu, bo rynek dnia następnego na TGE jest rynkiem spotowym, na którym sprzedaje się energię z dostawą na kolejne godziny, a obrót obejmuje między innymi kontrakty godzinowe i 15-minutowe. Gdy ofert sprzedaży jest bardzo dużo, popyt jest niski, a system ma ograniczone możliwości odstawienia części źródeł, magazynowania energii lub wypchnięcia jej za granicę, to cena może spaść poniżej zera.

W majówkę złożyło się na to kilka elementów naraz, ale przede wszystkim wysokie nasłonecznienie, przez które panele słoneczne w godzinach 9-16 miały największy udział w produkcji energii w Polsce. W sobotę w południe słońce i wiatr pokrywały 78 procent krajowego zapotrzebowania, przy eksporcie sięgającym 3,5 GW, a w niedzielę udział OZE w południe dochodził do prawie 76 procent przy eksporcie ponad 3,2 GW. Co to oznacza w praktyce? Oczywiście nie to, że nagle dystrybutorzy “płacili ludziom za zużywanie prądu” działa świetnie, bo prawda jest zupełnie inna.

Ujemna cena na rynku hurtowym oznacza, że w danym momencie energia jako towar miała wartość poniżej zera. Ten stan rzeczy nie oznacza jednak automatycznie, że każdy odbiorca w Polsce dostawał przelew za włączenie zmywarki, ładowarki samochodowej czy pompy ciepła. Typowy odbiorca w taryfie G11 nie widzi takich zmian bezpośrednio, bo płaci według taryfy lub stałej ceny z umowy. Do tego rachunek za prąd nie składa się wyłącznie z energii. Dochodzą opłaty dystrybucyjne, podatki, akcyza, opłaty stałe i inne elementy, których ujemna cena giełdowa nie kasuje jednym ruchem. Całkowity koszt na rachunku obejmuje nie tylko cenę samej energii, ale również opłaty dystrybucyjne zależne od operatora systemu dystrybucyjnego.

Zyskać mogli przede wszystkim ci, którzy mieli umowę z ceną dynamiczną i warunki pozwalające korzystać z bardzo niskich lub ujemnych stawek. URE opisuje takie oferty jako rozwiązanie dla odbiorców świadomych zasad rynku, potrafiących przesuwać zużycie na najtańsze godziny i ograniczać pobór wtedy, gdy energia jest droga. W praktyce oznacza to, że trzeba mieć nie tylko odpowiednią umowę, ale też konkretny harmonogram działania, czyli ładować samochód, grzać wodę, uruchamiać energochłonne urządzenia albo ładować magazyn wtedy, gdy cena jest najniższa.

Prosumenci bez magazynu trafili w najgorszy moment dnia

Najciekawsze w całej historii jest to, że ten sam dzień mógł być świetny dla jednego odbiorcy i fatalny dla innego. Osoba z ceną dynamiczną mogła próbować zużywać energię wtedy, gdy rynek za to premiował. Z kolei prosument w net-billingu, który nie miał jak zatrzymać własnej produkcji, więc oddawał nadwyżki do sieci dokładnie wtedy, gdy ich wartość spadała do zera. W net-billingu energia oddana do sieci jest rozliczana według ceny RCE albo RCEm, zależnie od sytuacji danego prosumenta, choć najważniejsze jest to, że gdy cena spada poniżej zera, to prosument nie dopłaca za energię wprowadzoną do sieci, ale jego wynagrodzenie za eksport wynosi okrągłe 0 zł. W majówkę oznaczało to więc bardzo nieprzyjemny paradoks. Instalacja mogła pracować pełną mocą, energia fizycznie trafiała do sieci, ale finansowo właściciel paneli bez autokonsumpcji nie miał z tego żadnych korzyści.

Czytaj też: Węgiel dostał drugie życie. Chiny podważają klasyczne spalanie czarnego złota

Dlatego sama fotowoltaika coraz częściej przestaje być urządzeniem od “produkowania taniego prądu”, a zaczyna być elementem większego systemu. Bez magazynu energii, magazynu ciepła, ładowarki samochodu elektrycznego albo sterowania zużyciem, domowa instalacja produkuje najwięcej w godzinach, w których coraz częściej energia jest najmniej warta. Właściciel magazynu energii był tym samym w znacznie lepszej sytuacji. Mógł zużyć własną produkcję później, zamiast oddawać ją do sieci po zerowej stawce. Mógł też ładować magazyn w godzinach bardzo niskich cen, a następnie ograniczyć pobór wieczorem, gdy energia drożała. Nie trzeba było na to czekać długo, bo ceny RCE majówkowymi wieczorami rosły do około 0,6-0,7 zł/kWh.

Właśnie dlatego wątek magazynów energii wraca tak często przy tekstach o opłacalności fotowoltaiki i magazynów oraz przy szerszym problemie ujemnych cen dla prosumentów. Chodzi po prostu o przesunięcie energii z godzin nadpodaży do godzin niedoboru. Bez tego właściciel paneli coraz częściej będzie zależny od kaprysów rynku, którego najgorsze godziny pokrywają się z jego najlepszą produkcją. Niestety jednak magazyn kosztuje dużo, ma ograniczoną pojemność, starzeje się i nie każdemu zwróci się w rozsądnym czasie.

Prąd poniżej 0 złotych to lekcja z energetycznej elastyczności

Majówka nie pokazała, że fotowoltaika szkodzi systemowi. Pokazała raczej, że sama produkcja taniej energii już nie wystarcza. Panele w słoneczny dzień zrobiły swoje, ale sieć nie miała jak łatwo wchłonąć całej nadwyżki, więc ceny spadły poniżej zera, a część źródeł OZE trzeba było czasowo ograniczyć. Dla zwykłego odbiorcy w klasycznej taryfie jest to głównie ciekawostka, bo rachunek nie spada automatycznie razem z ceną giełdową. Dla prosumenta bez magazynu energii oznaczało to znacznie więcej, bo nadwyżki oddawane w południe mogły być rozliczane po 0 zł. Z kolei osoby z ceną dynamiczną i możliwością przesuwania zużycia mogły realnie skorzystać, ale tylko wtedy, gdy potrafiły ładować auto, grzać wodę albo uruchamiać większe odbiorniki w najtańszych godzinach.

Czytaj też: Perowskity znów zaskakują. Teraz robią coś, czego połączenie wydawaje się niemożliwe

Wniosek jest więc prosty: w nowej energetyce coraz mniej liczy się samo posiadanie paneli, a coraz bardziej to, kiedy i jak zużywamy energię. Bez magazynów, sterowania popytem i elastycznych taryf takich sytuacji będzie więcej – tani albo ujemny prąd będzie dostępny w południe, a droższy wieczorem, gdy słońce znika i system musi uzupełnić brakującą moc.

Źródła: Polsat News, TGE

Napisane przez

Mateusz Łysoń

RedaktorZwiązany z mediami od 2016 roku. Twórca gier, autor tekstów przeróżnej maści, które można liczyć w dziesiątkach tysięcy oraz książki Powrót do Korzeni.