Tegoroczny konkurs był poświęcony technologiom AgriTech, czyli rozwiązaniom wspierającym transformację rolnictwa i sektora rolno-spożywczego. Do programu zgłosiła się rekordowa liczba startupów, a uczestnicy rywalizowali o nagrody finansowe o łącznej wartości 300 tysięcy złotych.
Huawei Startup Challenge V pokazał, dokąd zmierza polski AgriTech
Finał Huawei Startup Challenge V pokazał przy tym coś ważniejszego niż samą listę zwycięzców. Polski AgriTech przestaje być niszą opartą wyłącznie na interesujących pomysłach i coraz częściej zaczyna mówić językiem konkretnych wdrożeń, realnych problemów oraz technologii, które można zastosować w gospodarstwie, firmie odpadowej, łańcuchu produkcji żywności albo laboratorium. Konkurs składał się z kilku etapów — od analizy zgłoszeń i wyboru najbardziej obiecujących projektów, przez pracę nad zadaniami konkursowymi, aż po finałową dziesiątkę startupów, które zaprezentowały swoje rozwiązania przed kapitułą złożoną z ekspertów reprezentujących biznes, naukę i sektor publiczny.


Pierwsze miejsce oraz nagrodę w wysokości 150 tysięcy złotych zdobył Nirby, startup rozwijający system do precyzyjnego zarządzania gospodarstwem z wykorzystaniem danych satelitarnych, autonomicznych dronów oraz algorytmów AI. Drugie miejsce i 100 tysięcy złotych trafiło do Biostry, która przetwarza bioodpady w certyfikowane nawozy organiczno-mineralne. Trzecie miejsce oraz 50 tysięcy złotych zdobył PeptechLab, tworzący rozwiązania biotechnologiczne wykorzystujące peptydy i ochronne nanokapsułki w odpowiedzi na problem antybiotyków oraz pestycydów w łańcuchu produkcji żywności.
Warto zwrócić uwagę, że to trzy zupełnie różne spojrzenia na przyszłość rolnictwa. Nirby pokazuje, jak dane, drony i AI mogą wspierać decyzje w gospodarstwie. Biostra pokazuje, że bioodpady nie muszą być końcem procesu, lecz początkiem nowego obiegu wartości. PeptechLab z kolei przenosi rozmowę w stronę biologii, bezpieczeństwa żywności i alternatyw dla klasycznych substancji czynnych. Razem tworzą obraz sektora, w którym innowacja nie oznacza jednej wielkiej technologii, ale cały zestaw narzędzi odpowiadających na różne wyzwania tej samej branży.



Na nasze pytania odpowiedzieli CEO nagrodzonych startupów. Opowiadają o tym, co dokładnie robią ich firmy, jakie problemy próbują rozwiązać i co dał im udział w Huawei Startup Challenge V.
Czytaj też: Huawei wybrało najlepsze startupy AgriTech w Polsce. AI i drony wchodzą do rolnictwa
Nirby. Dane mają sens dopiero wtedy, gdy prowadzą do decyzji
Nirby zwyciężyło w Huawei Startup Challenge V, ale zdobyło również Nagrodę Publiczności. To ważne, bo projekt oparty na danych satelitarnych, autonomicznych dronach i algorytmach AI nie jest rozwiązaniem łatwym do opowiedzenia w jednym zdaniu. Jego sens zaczyna być jednak bardzo czytelny, gdy sprowadzimy go do codzienności gospodarstwa — rolnik ma coraz więcej danych, ale potrzebuje systemu, który połączy je w praktyczną rekomendację. O tym, jak działa takie podejście, opowiada Piotr Lazarek, Founder & CEO Nirby.

Jaki konkretny problem w rolnictwie próbujecie rozwiązać swoim projektem?
W Nirby rozwiązujemy problem podejmowania decyzji w gospodarstwie na podstawie niepełnych lub rozproszonych danych. Rolnicy często mają dostęp do wielu informacji — o glebie, uprawach, pogodzie, maszynach czy zabiegach — ale brakuje im jednego systemu, który potrafi te dane połączyć i przełożyć na konkretne działania.
Naszym celem jest stworzenie cyfrowego centrum zarządzania gospodarstwem, które pomaga rolnikom lepiej planować nawożenie, monitorować stan upraw, tworzyć mapy aplikacyjne i zarządzać codzienną pracą gospodarstwa w oparciu o dane, a nie wyłącznie intuicję.
Co było dla Was punktem wyjścia: technologia, obserwacja konkretnego problemu na rynku, rozmowy z rolnikami czy jeszcze coś innego?
Punktem wyjścia była obserwacja konkretnego problemu na rynku. Rolnicy coraz częściej korzystają z nowoczesnych maszyn, badań gleby czy zdjęć satelitarnych, ale same dane nie wystarczają, jeśli nie prowadzą do prostej i praktycznej decyzji.
Dlatego od początku rozwijaliśmy Nirby nie jako pojedynczą technologię, ale jako system, który łączy dane satelitarne, sztuczną inteligencję i autonomiczne drony do badań gleby w jedno narzędzie wspierające zarządzanie gospodarstwem.
Nirby łączy dane satelitarne, autonomiczne drony i algorytmy AI. Gdzie w tym systemie powstaje największa wartość dla rolnika — w samym zbieraniu danych, ich interpretacji czy w końcowej rekomendacji?
Największa wartość powstaje w połączeniu interpretacji danych z końcową rekomendacją. Samo zebranie danych nie rozwiązuje jeszcze problemu rolnika. Kluczowe jest pokazanie, co te dane oznaczają i jaką decyzję należy na ich podstawie podjąć.
W naszym systemie dane satelitarne pomagają wskazać, gdzie na polu pojawia się problem, drony do badań gleby pomagają zrozumieć, dlaczego ten problem występuje, a platforma wspierana przez AI pomaga przekształcić te informacje w konkretne rekomendacje, na przykład mapy zmiennego dawkowania nawozów.
Rolnictwo jest bardzo praktycznym sektorem. Jak najprościej tłumaczycie potencjalnym użytkownikom, co realnie mogą zyskać dzięki Waszej technologii?
Najprościej tłumaczymy, że Nirby pomaga rolnikowi podejmować optymalne decyzje produkcyjne i efektywniej zarządzać gospodarstwem. W praktyce oznacza to bardziej precyzyjne nawożenie, lepsze wykorzystanie potencjału pola, ograniczenie niepotrzebnych kosztów i większą kontrolę nad zabiegami agrotechnicznymi.
Dla rolnika najważniejsze jest to, że technologia nie jest dodatkowym obowiązkiem, tylko narzędziem, które pomaga mu szybciej i trafniej podejmować decyzje.
Rolnictwo precyzyjne często kojarzy się z dużymi gospodarstwami. Czy Nirby ma sens również dla mniejszych producentów?
Największy sens ekonomiczny Nirby ma obecnie w dużych gospodarstwach, ponieważ tam skala produkcji pozwala najszybciej zobaczyć efekty wdrożenia. Duże gospodarstwa często mają też własnych agronomów, specjalistów od produkcji i nowoczesny park maszynowy, co ułatwia wykorzystanie danych w praktyce.
Jednocześnie wierzymy, że w dłuższej perspektywie precyzyjne rolnictwo będzie coraz bardziej dostępne także dla mniejszych producentów. Kluczowe jest dopasowanie zakresu usługi i modelu kosztowego do skali gospodarstwa.
Jak wygląda proces wdrożenia Nirby w gospodarstwie — od pierwszego kontaktu z rolnikiem do momentu, w którym zaczyna on korzystać z rekomendacji systemu?
Wdrożenie zaczynamy od zrozumienia gospodarstwa: jego struktury pól, upraw, organizacji pracy, maszyn i celów produkcyjnych. Następnie konfigurujemy platformę, wprowadzamy dane gospodarstwa i analizujemy dostępne informacje, między innymi dane satelitarne, pogodowe, historyczne oraz wyniki badań gleby.
Na tej podstawie przygotowujemy pierwsze analizy i rekomendacje, na przykład mapy aplikacyjne lub wskazania obszarów wymagających uwagi. Chodzi o to, aby system jak najszybciej zaczął wspierać realne decyzje, a nie był jedynie kolejnym miejscem do gromadzenia danych.

Zdobyliście pierwsze miejsce oraz Nagrodę Publiczności w Huawei Startup Challenge V. Czy takie podwójne wyróżnienie jest dla Was bardziej potwierdzeniem potencjału technologii, czy sygnałem, że rynek zaczyna lepiej rozumieć potrzebę rolnictwa precyzyjnego?
Dla nas to połączenie obu tych rzeczy. Pierwsze miejsce traktujemy jako potwierdzenie potencjału technologii, natomiast Nagroda Publiczności pokazuje, że temat rolnictwa precyzyjnego zaczyna być coraz lepiej rozumiany także poza samą branżą rolniczą.
Myślę, że doceniono przede wszystkim to, że Nirby nie jest pojedynczym narzędziem, ale kompletnym systemem łączącym diagnostykę, analizę i podejmowanie decyzji w gospodarstwie.
Sam udział w Huawei Startup Challenge zwiększył naszą rozpoznawalność i wiarygodność w rozmowach z partnerami, klientami oraz instytucjami. Dla startupu technologicznego takie wyróżnienie jest ważnym sygnałem, że rozwijany kierunek ma realny potencjał rynkowy.
Biostra. Odpad przestaje być problemem, gdy staje się surowcem
Drugie miejsce w Huawei Startup Challenge V zajęła Biostra. To startup, który patrzy na rolnictwo z innej strony niż Nirby. Nie zaczyna od danych, map aplikacyjnych i AI, lecz od bioodpadów, gleby oraz pytania, które w praktyce dotyczy całej gospodarki obiegu zamkniętego: co zrobić z materiałem organicznym, który zwykle traktujemy jako problem? Odpowiada Marcin Motyka, CEO Biostra.
Co ważne, projekt nie ogranicza się do produkcji nawozu. Chodzi także o zagospodarowanie bioodpadów, odbudowę materii organicznej w glebie, retencję wody i stworzenie technologii, która może mieć znaczenie zarówno dla rolników, jak i samorządów czy firm odpadowych.

Jaki konkretny problem w rolnictwie, produkcji żywności lub gospodarce bioodpadami próbujecie rozwiązać swoim projektem?
Rozwiązujemy dwa problemy jednocześnie – i to jest właśnie sedno naszego podejścia. Z jednej strony Europa ma rosnący problem z bioodpadami: strumień, który trzeba zagospodarować, a tradycyjne metody są wolne, drogie i społecznie uciążliwe. Z drugiej strony nasze gleby systematycznie tracą materię organiczną i zdolność do retencji wody – to coraz poważniejsze zagrożenie dla bezpieczeństwa żywnościowego, zwłaszcza w kontekście postępującej suszy.
Większość rozwiązań rynkowych adresuje tylko jedną stronę tego równania: albo utylizuje odpad, albo produkuje nawóz. My zamknęliśmy oba w jednym procesie. Bierzemy odpad organiczny – bioodpady, osady ściekowe, poferment, odpady poprzemysłowe – i w mniej niż 7 minut zamieniamy go w certyfikowany nawóz organiczno-mineralny, który realnie odbudowuje glebę. Bez chemii, bez podgrzewania, bez tygodni czekania. Odpad przestaje być problemem, a staje się surowcem do produkcji czegoś, czego Europa pilnie potrzebuje.
Co było dla Was punktem wyjścia: technologia, obserwacja konkretnego problemu na rynku, rozmowy z rolnikami i samorządami czy jeszcze coś innego?
Punktem wyjścia byli ludzie. Pomysł pojawił się u nas zupełnie przypadkiem – przy okazji innych projektów miałem styczność z branżą odpadową, ale to dopiero spotkanie z profesorem Jeanem Diattą ustawiło wszystko na właściwe tory. Profesor zaprezentował autorskie podejście do bioodpadów, które było zupełnie inne od wszystkiego, co znałem z rynku – i to nas natychmiast wciągnęło.
Profesor Diatta to naukowiec specjalizujący się w chemii rolnej i biogeochemii środowiska, z ponad 35-letnim doświadczeniem badawczym – kieruje odpowiednią katedrą na Uniwersytecie Przyrodniczym w Poznaniu. To jego perspektywa naukowa była dla nas kluczowa. On nie patrzył na bioodpady jak na problem do utylizacji, tylko jak na materiał, który gleba dostawała przez tysiące lat i z którego współczesne rolnictwo intensywne ją wycięło. Z naszej strony dołożyliśmy myślenie inżynierskie i biznesowe – jak ten naukowy fundament zamienić w powtarzalny, przemysłowy proces, który da się skalować. Bez tego spotkania Biostry by nie było.
Biostra przetwarza bioodpady w certyfikowane nawozy organiczno-mineralne. Co jest dziś największą barierą w przekonaniu rynku, że odpad może stać się pełnowartościowym produktem?
Największą barierą jest mentalność, a nie technologia. W głowach wielu odbiorców – i niestety także części regulatorów – ciągle funkcjonuje stary podział: odpad to coś, czego trzeba się pozbyć, a nawóz to coś, co kupujesz od producenta nawozów. Te dwa światy długo nie miały punktu wspólnego. Tymczasem w gospodarce obiegu zamkniętego ten podział przestaje mieć sens – i to jest zmiana, która dopiero u nas dojrzewa.
Drugą barierą, bardzo konkretną, jest zaufanie do jakości. Rolnik podejmuje decyzję o nawożeniu raz w sezonie i nie ma marginesu błędu – jeśli produkt zawiedzie, traci plon i pieniądze. Dlatego wszystko, co przychodzi „z odpadu”, spotyka się początkowo z naturalną ostrożnością. I tu właśnie kluczową rolę odgrywa certyfikacja. Nasz produkt przeszedł badania i otrzymał oficjalne certyfikaty – to nie jest deklaracja producenta, tylko niezależne potwierdzenie, że spełnia wszystkie normy wymagane od pełnoprawnego nawozu. To zmienia rozmowę.
Trzecia rzecz, którą obserwujemy, to wpływ pierwszych wdrożeń. Rynek nawozów to rynek, w którym dowód społeczny waży bardzo dużo – sąsiad widzi efekt na polu sąsiada i zaczyna pytać. Dlatego pierwsza referencyjna instalacja przemysłowa, którą uruchamiamy, ma dla nas znaczenie nie tylko biznesowe, ale i edukacyjne – zmienia abstrakcyjny argument w coś, co można dotknąć i zmierzyć.
Rolnictwo jest bardzo praktycznym sektorem. Jak najprościej tłumaczycie potencjalnym odbiorcom, co realnie mogą zyskać dzięki Waszej technologii?
Rolnikom mówimy w ich języku – czyli o plonie, kosztach i odporności gleby na suszę. To są trzy rzeczy, które realnie decydują o ich biznesie.
Po pierwsze, nasz nawóz przywraca glebie materię organiczną, której współczesne rolnictwo intensywne ją pozbawia. To nie jest abstrakcyjna ekologia – to są realne parametry gleby: lepsza struktura, więcej życia mikrobiologicznego, lepsza dostępność składników. Po drugie, nasz produkt absorbuje do 230 procent swojej masy w wodzie. W praktyce oznacza to, że gleba potrzymana takim nawozem dłużej trzyma wodę po deszczu i lepiej radzi sobie w okresach suszy – a susza staje się dla polskiego rolnictwa coraz poważniejszym problemem. Po trzecie, składniki odżywcze uwalniają się stopniowo, dokładnie wtedy, gdy roślina ich potrzebuje, a nie wypłukują się przy pierwszym ulewnym deszczu – co przy klasycznych nawozach mineralnych jest realnym problemem ekonomicznym i środowiskowym.
Dla samorządów i firm odpadowych argument jest inny – operacyjny. Klasyczne instalacje odpadowe są wolne, drogie i często konfliktowe ze społecznościami lokalnymi z powodu zapachów. My oferujemy proces, który zamyka się w cyklu godzinnym, całkowicie eliminuje uciążliwe zapachy i daje na wyjściu certyfikowany produkt o realnej wartości rynkowej. Czyli zamiast kosztu utylizacji – mają strumień przychodu i rozwiązany problem społeczny.
Wasza technologia dotyka jednocześnie rolnictwa, gospodarki odpadami i kwestii klimatycznych. Z którego obszaru przychodzi dziś największe zainteresowanie – od rolników, samorządów, firm odpadowych czy producentów żywności?
Najmocniej dziś odzywają się firmy odpadowe i przemysł – i to jest dla nas naturalne, bo to oni mają problem, który nasza technologia rozwiązuje natychmiast. Mają strumień odpadu, za którego zagospodarowanie płacą, a my potrafimy zamienić ten koszt w produkt. Stąd na naszej pierwszej linii technologicznej skupiamy się właśnie na odpadach poprzemysłowych – strumień jest jednorodny, przewidywalny i ekonomicznie atrakcyjny.
Drugi silny kierunek to samorządy, choć tam rozmowy mają inny charakter. Samorząd nie szuka technologii – szuka rozwiązania problemu, który ma na ulicy: nieprzetworzone bioodpady, protesty mieszkańców wokół starych instalacji, rosnące koszty wywozu. Tam kluczowe są dwie rzeczy: tempo, z jakim znika problem, i to, że nasze instalacje nie generują uciążliwych zapachów. To wprost przekłada się na społeczną akceptację projektu.
Od rolników zainteresowanie jest, ale ma inny rytm – bardziej oddolny i indywidualny. Pojedyncze pytania o nasz produkt pojawiają się regularnie, ale rolnik to ostrożny odbiorca i czeka, aż zobaczy efekt u sąsiada. Dlatego pierwsza referencyjna instalacja przemysłowa i pierwsze sezony użytkowania będą dla tego kanału przełomowe.
Trzeci, dziś najbardziej zaskakujący kierunek, to zainteresowanie międzynarodowe. Otrzymujemy zapytania z regionu Bliskiego Wschodu, gdzie problem jałowych gleb i niedoboru wody jest jeszcze bardziej palący niż w Europie. Nasz produkt z właściwościami retencyjnymi adresuje to wprost.
W Waszym projekcie pojawiają się takie efekty jak poprawa jakości gleby, retencja wody i redukcja emisji CO₂. Który z tych argumentów najmocniej przemawia dziś do potencjalnych odbiorców?
To zależy od odbiorcy – i to jest ważna obserwacja, bo te trzy argumenty trafiają do trzech różnych grup.
Dla rolników najmocniejszy jest argument retencji wody i jakości gleby – i te dwa idą zresztą w parze. Susza w Polsce przestała być tematem akademickim, jest doświadczeniem każdego sezonu. Kiedy mówimy rolnikowi, że nasz nawóz absorbuje do 230 procent swojej masy w wodzie i stopniowo ją uwalnia w okresie wzrostu, to nie jest abstrakcja – to konkretna odpowiedź na to, co go boli. Poprawa jakości gleby jest mniej bezpośrednia, bo działa w dłuższej perspektywie, ale rolnik, który myśli o swoim gospodarstwie w horyzoncie pokoleń, doskonale rozumie, że ziemia bez materii organicznej powoli umiera.
Dla samorządów i firm odpadowych argumenty agronomiczne są mniej istotne – ich interesuje rozwiązanie problemu odpadowego, a nawóz to dla nich raczej produkt uboczny niż główny powód rozmowy.
Argument klimatyczny – w tym redukcja emisji CO₂ – wybrzmiewa najmocniej w dwóch kontekstach. Pierwszy to rozmowy z inwestorami i partnerami międzynarodowymi, którzy patrzą na portfele inwestycyjne przez pryzmat ESG i taksonomii UE. Drugi to nasza ekspansja na rynki, gdzie sekwestracja węgla w glebie staje się przedmiotem konkretnych mechanizmów finansowych – carbon farming, certyfikaty węglowe. To kierunek, w którym świadomie się rozwijamy – w ramach naszego R&D pracujemy nad rozszerzeniem technologii o moduł aktywnej sekwestracji CO₂. Ale uczciwie powiem: dla pojedynczego polskiego rolnika to dziś nie jest argument zakupowy. Dla niego liczy się woda i plon.
Jak duże znaczenie ma dla Was certyfikacja nawozów i jak wpływa ona na rozmowy z potencjalnymi klientami oraz partnerami?
Fundamentalne. W naszej branży certyfikacja to nie jest formalność, a przepustka do rynku i podstawa zaufania.
Każdy nawóz wprowadzany do obrotu w Unii Europejskiej musi spełniać wymagania jakościowe, bezpieczeństwa i składu – to są normy dotyczące zawartości składników odżywczych, mikrobiologii, zanieczyszczeń, metali ciężkich. Bez tego nie można sprzedać nawet kilograma produktu. Dlatego od początku zaprojektowaliśmy nasz proces tak, żeby produkt na wyjściu spełniał te normy – i mamy to potwierdzone certyfikacją. Soilren, nasz pierwszy produkt, jest już certyfikowany. Kolejne produkty z naszej linii są w trakcie procedury certyfikacyjnej.
W rozmowach z klientami to całkowicie zmienia dynamikę. W momencie, w którym kładziemy na stół oficjalny certyfikat, znikają najtrudniejsze pytania – bo nie musimy nikogo przekonywać, że nasz produkt jest bezpieczny i spełnia normy. Robi to za nas niezależna jednostka certyfikująca. Rolnik, dystrybutor, samorząd – wszyscy mówią jednym językiem norm. Bez certyfikatu każda rozmowa zaczyna się od podejrzliwości; z certyfikatem zaczyna się od konkretu.
W rozmowach z partnerami międzynarodowymi działa to podobnie – certyfikat europejski nie zastępuje lokalnych norm na rynkach Bliskiego Wschodu, Azji czy Afryki, ale wyraźnie podnosi naszą wiarygodność i otwiera drzwi do rozmów.
Co udział w Huawei Startup Challenge realnie zmienił w rozwoju Biostry?
Realnie zmieniły się dwie konkretne rzeczy.
Pierwsza to wiarygodność w rozmowach, zwłaszcza poza Polską. Huawei Startup Challenge to konkurs organizowany przez globalną markę, którą każdy rozpoznaje — i to ma znaczenie. Drugie miejsce w takim konkursie to mocna referencja, którą można położyć na stole w rozmowach z partnerami zagranicznymi. Tam, gdzie nas jeszcze nie znają, taka rekomendacja od rozpoznawalnej marki działa konkretnie i otwiera drzwi.
Druga to wsparcie finansowe. Nagroda 100 tysięcy złotych dla startupu na naszym etapie to konkretne pieniądze, nie symboliczne. Pozwalają nam sfinansować bieżące prace badawczo-rozwojowe bez konieczności sięgania po dług czy rozwadniania kapitału. W praktyce każda taka transza idzie w działania, które przybliżają nas do pierwszego przemysłowego wdrożenia.
PeptechLab. Biotechnologia jako odpowiedź na problem substancji czynnych w produkcji żywności
Trzecie miejsce w Huawei Startup Challenge V zajęło PeptechLab. To najbardziej laboratoryjny i biotechnologiczny z laureatów tegorocznej edycji, ale problem, od którego wychodzi startup, jest bardzo praktyczny: rosnąca odporność patogenów, stosowanie antybiotyków i pestycydów oraz potrzeba szukania stabilnych alternatyw dla klasycznych rozwiązań chemicznych. O projekcie opowiada Adam Penkala, CEO PeptechLab.
PeptechLab pokazuje, że AgriTech nie musi oznaczać wyłącznie maszyn, czujników, satelitów i aplikacji dla gospodarstw. Może też oznaczać biologię, peptydy, stabilność produktu, skalowanie poza laboratorium i pracę nad rozwiązaniami, które mają wspierać cały łańcuch produkcji żywności — od pola i hodowli po finalny produkt.

Jaki konkretny problem w rolnictwie lub produkcji żywności próbujecie rozwiązać swoim projektem?
Rosnąca odporność patogenów sprawia, że antybiotyki i pestycydy tracą skuteczność, a jednocześnie ich stosowanie ma realny wpływ na zdrowie ludzi i środowisko. Rolnicy i hodowcy coraz częściej nie mają dostępu do stabilnych, przewidywalnych alternatyw. Naszym celem jest dostarczenie biologicznego rozwiązania, które ogranicza ilość substancji czynnych, a jednocześnie zachowuje skuteczność działania.
Co było dla Was punktem wyjścia?
Zaczęliśmy od badań naukowych nad peptydami, ale bardzo szybko zobaczyliśmy, że odpowiadają one na realne problemy w rolnictwie i produkcji żywności. To połączenie nauki i obserwacji rynku ukształtowało nasz kierunek rozwoju.
Jak najprościej wyjaśniacie, co robi Wasze rozwiązanie?
Wykorzystujemy peptydy antymikrobiotyczne – naturalne metabolity bakteryjne, czyli krótkie łańcuchy aminokwasów. Działają one selektywnie: rozpoznają patogeny w organizmach zwierząt lub roślin i pomagają je kontrolować. Dzięki zastosowaniu technologii ochronnych zwiększamy ich stabilność i skuteczność w praktycznych warunkach.
Co realnie zyskują partnerzy dzięki Waszej technologii?
Przede wszystkim dostęp do biologicznego rozwiązania, które jest powtarzalne i porównywalne skutecznością do rozwiązań chemicznych, a często także konkurencyjne kosztowo. Dodatkowo daje to możliwość ograniczenia stosowania antybiotyków i pestycydów bez pogorszenia wyników produkcyjnych.
Który wymiar problemu był najważniejszy na początku?
Punktem wyjścia był dla nas aspekt społeczny – wpływ jakości żywności i stosowanych substancji na zdrowie ludzi, w tym naszych rodzin. Dopiero później rozszerzyliśmy perspektywę o kwestie środowiskowe i naukowe.
Największe wyzwanie przy przejściu z R&D do praktyki?
Najtrudniejsze było skalowanie produkcji i utrzymanie stabilności produktu poza warunkami laboratoryjnymi. Ten etap mamy już za sobą. Obecnie głównym wyzwaniem są regulacje w różnych krajach oraz tempo ich wdrażania.
Jakie partnerstwa są dziś kluczowe?
Najważniejszy jest bezpośredni kontakt z producentami rolnymi i hodowcami zwierząt. Równolegle budujemy sieci dystrybucyjne – zarówno w obszarze upraw, jak i weterynarii. W kolejnych etapach istotne będzie również pozyskanie finansowania na rozwój infrastruktury i dalsze badania, ponieważ dotychczas działamy bez grantów.
Na którym etapie łańcucha technologia ma największe znaczenie?
Naturalnym punktem wejścia jest produkcja rolna, ale widzimy rosnące znaczenie także u przetwórców i dystrybutorów. Coraz większym wyzwaniem jest dostarczanie produktów bez pozostałości pestycydów i antybiotyków, dlatego nasze rozwiązania mogą wspierać cały łańcuch – od pola i hodowli po finalny produkt.
Co zmienił udział w Huawei Startup Challenge?
Przede wszystkim zwiększył naszą widoczność na rynku. Dzięki temu więcej partnerów dostrzegło, że rozwijamy technologię, która jest nie tylko innowacyjna, ale już gotowa do komercyjnego wdrożenia. To przełożyło się bezpośrednio na większe zainteresowanie i nowe kontakty biznesowe.
Trzy startupy, trzy różne odpowiedzi na jedno wyzwanie
Najciekawsze w tegorocznym podium Huawei Startup Challenge V jest to, że nie wyłania się z niego jedna wizja przyszłości rolnictwa. Nirby, Biostra i PeptechLab pokazują raczej trzy różne warstwy tej samej transformacji.
Pierwsza warstwa to dane. Bez nich trudno mówić o precyzyjnym nawożeniu, świadomym zarządzaniu gospodarstwem i podejmowaniu decyzji szybciej niż dopiero wtedy, gdy problem jest już widoczny gołym okiem. Nirby wpisuje się właśnie w ten kierunek — pokazuje, że rolnictwo precyzyjne nie polega wyłącznie na zbieraniu informacji, ale na przełożeniu ich na rekomendacje, które rolnik może zastosować w praktyce.

Druga warstwa to obieg surowców. Biostra przypomina, że przyszłość rolnictwa nie zależy tylko od tego, co dzieje się na polu, ale także od tego, jak traktujemy odpady organiczne, jak odbudowujemy glebę i jak odpowiadamy na coraz większy problem retencji wody. W tym przypadku technologia nie jest dodatkiem do istniejącego modelu, lecz próbą zmiany myślenia o tym, co w gospodarce ma wartość.
Trzecia warstwa to biotechnologia i bezpieczeństwo żywności. PeptechLab przenosi rozmowę do obszaru, w którym rolnictwo spotyka się z nauką, zdrowiem i regulacjami. Jeżeli produkcja żywności ma ograniczać zależność od klasycznych substancji czynnych, potrzebne będą rozwiązania biologiczne, które da się skalować, wdrażać i utrzymać poza warunkami laboratoryjnymi.
Huawei Startup Challenge V pokazał więc nie tylko zwycięzców konkursu, ale też kierunek, w którym może rozwijać się polski AgriTech. To kierunek bardziej praktyczny niż efektowny. Mniej oparty na samej fascynacji technologią, a bardziej na konkretnych pytaniach: jak obniżyć koszty, jak lepiej wykorzystać dane, jak zatrzymać wodę w glebie, jak zagospodarować odpady, jak ograniczać substancje czynne i jak budować większą odporność całego łańcucha produkcji żywności. A to oznacza, że przyszłość rolnictwa nie zaczyna się od jednej rewolucji. Zaczyna się od wielu rozwiązań, które krok po kroku zmieniają sposób, w jaki produkujemy żywność.

