Teraz nie chodzi już wyłącznie o to, że robot potrafi poruszać się w sposób widowiskowy. Znacznie ważniejsze wydaje mi się to, że jego ciało, sztuczna inteligencja, symulacje i proces szkolenia zaczynają łączyć się w jedną całość, która ma sens w fabryce, magazynie albo po prostu przy byle ciężkich zadaniach logistycznych.
Atlas nie imponuje już tylko sprawnością. Ważniejsze jest to, jak szybko się uczy
Wedle najnowszego raportu KB Securities doskonale znany światu robot Atlas od Boston Dynamics ma zbliżać się do poziomu autonomii wymaganego przy wdrożeniach przemysłowych. W tle pada nawet określenie “general intelligence”, choć osobiście uważałbym z tym pojęciem. W przypadku humanoida nie mówimy przecież o maszynie, która rozumie świat jak człowiek. Mówimy raczej o systemie, który coraz lepiej adaptuje zachowania do nieidealnych warunków, nie potrzebuje ręcznego programowania każdego ruchu i potrafi przenieść umiejętność z symulacji do fizycznego ciała.
Czytaj też: Tajwan ma humanoidalnego robota nowej generacji. Jest wszechstronny niczym człowiek renesansu
Różnica jest zasadnicza. Stary model robotyzacji fabryk polegał na tym, że robot dostawał bardzo konkretne zadanie, bardzo konkretną przestrzeń i bardzo konkretne ograniczenia. Ramię przemysłowe świetnie spawa, przenosi, skręca albo sortuje, ale najczęściej robi to w środowisku przygotowanym idealnie pod siebie. Robot- humanoid ma zaś ambicję odwrotną. Ma wejść do przestrzeni zaprojektowanej dla ludzi i korzystać z niej bez przebudowywania całego zakładu z obecnej formy. Dla mnie właśnie tutaj zaczyna się najbardziej interesujący fragment tej historii, bo humanoid nie musi wygrywać z klasycznym robotem przemysłowym w precyzji. Musi być wystarczająco elastyczny tam, gdzie klasyczne roboty są zbyt ograniczone.
Według raportu Boston Dynamics potrafi dziś uruchamiać symulacje odpowiadające milionom godzin treningu robota w ciągu jednego dnia, a następnie przenosić nowe zachowania do fizycznego Atlasa w około godzinę. To robi ogromne wrażenie. Jeżeli proces szkolenia nowego zachowania rzeczywiście skraca się z miesięcy do dni, a w pewnych etapach do godzin, to humanoidy przestają być maszynami projektowanymi pod jedno zadanie. Zaczynają przypominać platformę, którą można szybko przekwalifikować.

Tego typu problem widać przy sekrecie zręczności robotów, bo robotyka nie potyka się dziś wyłącznie o moc obliczeniową. Potyka się o kontakt ze światem. O tarcie, opóźnienia, przesunięty środek ciężkości, luźny przedmiot w środku przenoszonego obiektu i mikrokorekty, których człowiek nawet nie zauważa. Atlas zaczyna być interesujący właśnie dlatego, że Boston Dynamics coraz mocniej idzie właśnie w tę stronę – mniej pokazu, więcej zachowania przydatnego pod obciążeniem.
Największy przełom może kryć się w słowie symulacja
Atlas ma 1,9 metra wzrostu, waży 90 kg, dysponuje 56 stopniami swobody, zasięgiem 2,3 metra, udźwigiem chwilowym 50 kg i podtrzymywanym 30 kg. Do tego dochodzi widzenie w 360 stopniach, czujniki dotykowe, odporność IP67, praca w temperaturach od -20 do 40 stopni Celsjusza oraz około czterech godzin działania na akumulatorze. Sam akumulator robot ma wymieniać autonomicznie, co pokazuje, że Boston Dynamics myśli o nim nie jak o pokazowym prototypie, ale jak o elemencie floty. Innymi słowy, to solidny robotyczny humanoid.

Dziś cała opowieść o Atlasie sprowadza się w dużej mierze do jednego technicznego pojęcia “sim-to-real”. W robotyce oznacza ono różnicę między tym, co działa w świecie wirtualnym, a tym, co działa po przeniesieniu na fizyczną maszynę. W środowisku wirtualnym można stworzyć robota, który perfekcyjnie podnosi lodówkę. W laboratorium ten sam algorytm nagle odkrywa, że podłoga ma inne tarcie, masa nie rozkłada się równo, przedmiot lekko się przesuwa, a siłownik reaguje z minimalnym opóźnieniem. Wystarczy kilka takich odchyleń, żeby efekt z symulacji przestał mieć cokolwiek wspólnego z rzeczywistością.
Boston Dynamics twierdzi, że nowy Atlas zmniejsza tę lukę dzięki prostszej i bardziej powtarzalnej konstrukcji. Robot wykorzystuje tylko dwa typy siłowników w całym ciele, ma symetryczne kończyny, powtarzalne podzespoły i stawy bez przewodów przechodzących przez miejsca obrotu. Im łatwiej opisać ciało robota w symulacji, tym większa jest szansa, że zachowanie wytrenowane na GPU nie okaże się bezużyteczne po przejściu do hali produkcyjnej. Fizyczność robota jest bowiem częścią jego inteligencji. Jeżeli ciało jest zbyt skomplikowane, pełne wyjątków konstrukcyjnych i trudne do odwzorowania, to sztuczna inteligencja może uczyć się na uproszczonym kłamstwie. Atlas idzie inną drogą. Jego mechanika ma być na tyle prosta, żeby symulacja była blisko fizycznego sprzętu. W praktyce oznacza to, że “mózg” robota nie uczy się abstrakcyjnego modelu, tylko zachowania pasującego do własnego ciała.
Czytaj też: Roboty ślepną od reflektorów, więc naukowcy dali im sztuczne oko. Teraz mają patrzeć jak ludzie

Właśnie dlatego demonstracja z przenoszeniem lodówki jest tak ciekawa. Atlas trenował na obciążeniach rzędu 23-32 kg, a następnie poradził sobie z załadowaną lodówką ważącą ponad 45 kg. Najważniejsza nie jest bowiem sama masa. Ważniejsze jest to, że lodówka jest nieporęczna i dlatego człowiek w takiej sytuacji pracuje całym ciałem: ramionami, tułowiem, nogami, balansem, napięciem mięśni i przewidywaniem ciężaru. Atlas zaczyna robić coś podobnego, choć oczywiście na własny, maszynowy sposób.
W tej historii nie wolno sprowadzać Atlasa tylko do Boston Dynamics. Hyundai kupił firmę po coś, a teraz coraz wyraźniej widać, że chodzi o połączenie robotyki, przemysłu motoryzacyjnego, produkcji na wielką skalę i modeli AI. Współpraca z Google DeepMind ma wnieść do Atlasa modele bazowe dla robotyki, czyli systemy zdolne do łączenia percepcji, rozumowania, języka, obrazu i działania. NVIDIA pojawia się w tym układzie jako dostawca infrastruktury obliczeniowej dla symulacji i uczenia.
Fabryczna przyszłość będzie wolniejsza niż chcieliby giganci
W tym miejscu warto schłodzić entuzjazm co do przyszłości pełnej robotów i bestialskiego wyrzucania ludzi z fabryk. Humanoidy nadal są drogie, trudne w serwisowaniu, wymagające pod względem bezpieczeństwa i dalekie od masowej obecności obok ludzi. Jedno sprawne przeniesienie lodówki nie oznacza, że robot poradzi sobie z całym chaosem zakładu produkcyjnego. Fabryka nie jest sceną demonstracyjną. Jest środowiskiem, w którym liczą się dostępność, przewidywalność, czas przestoju, odpowiedzialność za błąd i akceptacja pracowników.
Czytaj też: Robotyka wkroczyła do sadu. Delikatne ramiona, perfekcyjne zbiory i koniec z marnotrawstwem?

Nieprzypadkowo przy oporze związkowców Hyundai pojawił się temat warunków wejścia robotów do fabryk. Technologia może być imponująca, ale hala produkcyjna nie jest pustą planszą do testowania przyszłości. Są tam ludzie, procedury, regulaminy, interesy pracowników i obawy o to, czy “robot wspierający człowieka” po kilku latach nie stanie się po prostu tańszym zamiennikiem człowieka.
Patrzę na to bez naiwności. Firmy będą mówiły o bezpieczeństwie, odciążaniu ludzi i przejmowaniu zadań trudnych fizycznie, bo w wielu przypadkach faktycznie będzie to prawda. Jednocześnie każda automatyzacja przemysłowa ma ekonomiczny rdzeń. Jeżeli robot może pracować stabilnie, uczyć się nowych zadań szybko, nie potrzebuje przerw i da się skalować flotowo, to prędzej czy później ktoś policzy, ile etatów da się przesunąć, ograniczyć albo zastąpić.
Źródła: Boston Dynamics, Korea Herald

