Owszem, pierwszym co rzuca się w oczy, jest jaskrawożółta tarcza nazwana „Bumblebee”, ale prawdziwa rewolucja kryje się gdzie indziej. Po niemal dekadzie od debiutu Black Bay Chrono wreszcie trafia do koperty o średnicy 39 mm.
Rozmiar, o który fani prosili od lat
Na papierze różnica między 41 a 39 mm może wydawać się niewielka. W praktyce zmienia jednak bardzo wiele. Nowa wersja trafia w to, co miłośnicy zegarków często określają mianem „Goldilocks zone” – strefy idealnych proporcji. Koperta ma średnicę 39 mm i grubość 13,1 mm, co oznacza, że jest o 1,4 mm smuklejsza od poprzedniej wersji. Dzięki temu zegarek lepiej układa się na nadgarstku, łatwiej mieści pod mankietem koszuli i sprawia wrażenie bardziej harmonijnego.

Tudor nie zrezygnował jednak z charakterystycznego sportowego DNA modelu. Nadal otrzymujemy stalową kopertę z satynowym szczotkowaniem, polerowanymi bokami oraz wodoszczelność do 200 metrów. Zegarek wyposażono również w zakręcaną koronkę i zakręcane przyciski chronografu, co pozostaje jednym z wyróżników serii Black Bay. Chociaż do tej pory brzmi to dość grzecznie, całą robotę robi nowa wersja kolorystyczna, która zdecydowanie do subtelnych nie należy.
Czytaj też: Te słuchawki wyglądają jak wyjęte z lat 80. Jednak nie utknęły w przeszłości
„Bumblebee” przyciąga wzrok z drugiego końca pomieszczenia. Intensywnie żółta tarcza zestawiona z czarnymi licznikami chronografu sprawia, że trudno pomylić ten model z czymkolwiek innym. Jest to więc opcja dla tych, którzy nie boją się eksperymentować z kolorami. Zresztą, marka w ostatnich latach coraz śmielej bawi się właśnie na tym polu. Po głośnych premierach różowej tarczy czy wariantu Flamingo Blue Tudor ponownie pokazuje, że luksusowe zegarki sportowe nie muszą ograniczać się wyłącznie do czerni, granatu i srebra.



Co jednak ciekawe, w przypadku Bumblebee kolor nie jest jednak wyłącznie stylistycznym dodatkiem. Żółte tło zapewnia bardzo wysoki kontrast względem czarnych wskazań i liczników, dzięki czemu łatwiej odczytuje się wskazania czasu. Niby drobiazg, ale nie każdy producent o tym myśli. Już nie raz zdarzało się, że dostawaliśmy jakieś szalone wersje kolorystyczne i chociaż były one efektowne, to w praktyce potrafiły mocno ograniczać podstawowe funkcje urządzenia. Tutaj tak nie ma. Całość przykrywa wypukłe szkło szafirowe, a charakterystyczny sportowy wygląd podkreśla czarna aluminiowa wkładka tachymetru.
Ten sam mechanizm, mniej miejsca
Jedną z ciekawszych kwestii dotyczących nowego modelu pozostaje zastosowany mechanizm. Tudor zdecydował się pozostawić manufakturowy kaliber MT5813, czyli tę samą jednostkę, która napędzała większą, 41-milimetrową wersję. To automatyczny chronograf oferujący 70 godzin rezerwy chodu i certyfikat chronometru COSC. Dla użytkownika oznacza to wysoką precyzję działania oraz komfort codziennego użytkowania bez konieczności ciągłego nakręcania zegarka.

Producent włożył tutaj ogrom pracy w przeprojektowanie całej konstrukcji. Chociaż wydaje się, że mamy do czynienia tylko z mniejszym rozmiarem, to w rzeczywistości – przy zachowaniu tego samego mechanizmu co w większym modelu – trzeba było poświęcić sporo pracy, by zmieścić wszystko w środku. Co najważniejsze, nie odbyło się to kosztem poświęcania jakichkolwiek parametrów użytkowych, a to się chwali.
Tudor Black Bay Chrono 39 „Bumblebee” to droga zabawka
Nie ma co ukrywać. Mamy tutaj do czynienia z wyjątkową wersją. Nie dość, że to wyczekiwany, mniejszy rozmiar, to jeszcze żółta wersja kolorystyczna podbija cenę. Ta wynosi natomiast aż 27 850 złotych. To kwota wręcz astronomiczna dla większości z nas, ale cóż… prawda jest taka, że Tudor nie celuje w „szarego Kowalskiego”. Ten model skierowany jest do konkretnej grupy odbiorców, do fanów marki i też tych, którzy naprawdę czekali na mniejszą kopertę.
Czytaj też: Smartwatche są coraz mądrzejsze. Casio jednak wie, że nie każdy tego potrzebuje
Mimo wszystko z mojej perspektywy jest to też ciekawy obraz kierunku, w jakim zmierza współczesny rynek zegarków. Po wyścigu w tworzeniu coraz większych i bardziej agresywnych konstrukcji, zaczynamy iść w kierunku wygody, ergonomii i uniwersalności. Okej, może przy żółtym kolorze ciężko o to ostatnie, ale chodzi tu przede wszystkim o rozmiar. Tudor najwyraźniej zrozumiał, że nawet najbardziej zaawansowany chronograf musi przede wszystkim dobrze leżeć na nadgarstku, co w sumie powinno być podstawą przy projektowaniu zegarków.
Źródło: Tudor
