Są takie maszyny wojskowe, przy których trudno zachwycać się techniką bez pewnego dyskomfortu. Przykładowo myśliwiec można jeszcze opisywać językiem prędkości, zwrotności i przewagi w powietrzu, a drony bojowe da się rozpatrywać przez pryzmat kosztów, autonomii i zmiany pola walki. Napędzany potęgą atomu okręt podwodny z pociskami balistycznymi wymyka się jednak temu zwykłemu podejściu do fascynacji możliwościami, bo jego największy sukces polega na tym, że nigdy nie zrobi tego, do czego został stworzony.
USS District of Columbia nabiera kształtów. Pod wodą rodzi się następca Ohio
Najnowsze zdjęcie z budowy USS District of Columbia (SSBN-826) przedstawiają coś surowego, bo wielkie sekcje kadłuba, dziób i rufę, które dopiero czekają na połączenie w całość. Będzie to pierwszy przedstawiciel klasy Columbia, czyli następców okrętów typu Ohio. Te ostatnie służą od początku lat 80. XX wieku i przez dekady były jednym z filarów amerykańskiej triady nuklearnej.
Czytaj też: Okręty podwodne wyróżniała niewidzialność. Chiny właśnie testują ich nowy koszmar

Columbia nie jest więc kolejnym okrętem podwodnym w zwykłym sensie. Jest bardziej próbą przeniesienia tej samej logiki odstraszania w drugą połowę XXI wieku, a według aktualnych planów cała klasa ma pozostać w służbie nawet do lat 80. XXI wieku. Dlatego zresztą patrzę na to jako na wyjątkowo mocny przykład technologii, która została zaprojektowana nie pod bieżącą wojnę, nie pod jedną kadencję polityczną i nie pod chwilowy trend w przemyśle zbrojeniowym. Columbia ma być bowiem narzędziem strategicznym dla ludzi, którzy dziś jeszcze się nawet nie urodzili. Okręt powstający teraz w Connecticut ma służyć więc w świecie, którego układu sił możemy się tylko domyślać.

Budowa tych jednostek ma charakter modułowy. Duże sekcje powstają oddzielnie, a następnie trafiają do końcowego montażu w stoczni General Dynamics Electric Boat w Groton. W przedsięwzięciu biorą udział tysiące dostawców, a Newport News Shipbuilding odpowiada między innymi za kluczowe części dziobu i rufy. Już samo to pokazuje skalę programu. Wbrew pozorom największym ryzykiem przy Columbii nie jest wyłącznie technologia, lecz przemysłowa zdolność do powtarzalnego budowania tak złożonych jednostek. Dobrym przykładem jest napęd. Naval Foundry and Propeller Center dostarczyło ostatni duży element pędnika dla pierwszego okrętu w kwietniu 2025 roku.
Czytaj też: Amerykanie uczą atomy podsłuchiwać pole bitwy. Brzmi jak magia, ale to coś lepszego

Tutaj pojawia się najważniejsze pytanie, bo czy Stany Zjednoczone potrafią jeszcze budować takie maszyny w odpowiednim tempie? Oficjalnie Columbia pozostaje najważniejszym programem zakupowym tamtejszej marynarki. Jednocześnie amerykańskie raporty kontrolne od lat zwracają uwagę na presję kosztową, opóźnienia i problemy łańcucha dostaw. Według GAO plan zakupu 12 okrętów to wydatek około 130 mld dolarów, czyli po przeliczeniu około 478 mld zł. Najbliższa transza pięciu okrętów, oznaczanych jako jednostki 4-8, ma kosztować około 62 mld dolarów, czyli około 228 mld zł.
Mniej pocisków, choć większy okręt. Ta sprzeczność ma sens
USS District of Columbia ma finalnie wypierać około 21100 ton metrycznych, jego długość wyniesie około 171 metrów, a pod kątem technologicznym ma naturalnie zachwycać. Skorzysta z elektrycznego układu napędowego, ma otrzymać zaawansowane sensory, odznaczać się bardzo wysoką kulturą akustyczną i do tego atomowym reaktor, który nie będzie wymagał wymiany paliwa przez cały planowany okres służby. Ten ostatni element jest szczególnie ważny, bo okręt balistyczny nie zarabia na swoją wartość samym istnieniem w katalogu floty. Jego znaczenie bierze się z dostępności operacyjnej. Im mniej czasu spędza w doku, tym dłużej może wykonywać główne zadanie, czyli pozostawać gdzieś pod wodą i to w miejscu znanym jedynie garstce ludzi.

Na pierwszy rzut oka Columbia może wydawać się krokiem w dziwną stronę. Okręty typu Ohio pierwotnie przenosiły po 24 pociski balistyczne, a po ograniczeniach traktatowych 20. Columbia ma mieć 16 wyrzutni dla UGM-133 Trident II D5 Life Extension. Większy okręt, ale mniej pocisków brzmi jak techniczny paradoks, ale tylko do momentu, w którym zaczniemy myśleć o nim jak o systemie odstraszania, a nie pływającym magazynie rakiet. W przypadku takich jednostek liczy się przetrwanie, niezawodność i pewność odwetu. Okręt balistyczny nie musi wyglądać imponująco przy nabrzeżu. Musi być w stanie opuścić port, zniknąć w oceanie i pozostać długo na jednej misji, nie zdradzając swojej pozycji, ale będąc ciągle w gotowości do rozpętania nuklearnego piekła.
Okręt, który ma nie odpalać pocisków
Najbardziej ponura cecha okrętów SSBN polega na ich paradoksie. Im lepiej działają, tym mniej o nich słyszymy. Ich zadaniem nie jest walka w klasycznym sensie, tylko narzucenie przeciwnikowi świadomości, że pierwszy atak nuklearny nie usunie zdolności odwetu. Właśnie dlatego podwodny komponent triady jest uznawany za najbardziej odporny. Silos można namierzyć. Bazę lotniczą można obserwować. Patrolujący okręt podwodny jest znacznie trudniejszy do znalezienia, a w skrajnej sytuacji ma odpowiedzieć z miejsca, którego przeciwnik nie zna.

Pisałem już o tym przy brytyjskim okręcie Vanguard wracającym z długiego patrolu odstraszania. Tam również najciekawszy nie był sam kadłub, lecz skala misji, podczas której załoga znika pod wodą na miesiące, a państwo utrzymuje w ten sposób obietnicę odwetu. Podobne napięcie widać też przy problemach Wielkiej Brytanii z testem Trident D5, bo w świecie odstraszania sama wiara w niezawodność bywa prawie tak ważna jak liczba głowic.
Czytaj też: Wojna przyszłości zagląda pod pojazd i na jego dach. Tak wygląda ochrona załóg nowej ery
Columbia ma więc utrzymać coś, co nadal pozostaje fundamentem bezpieczeństwa mocarstw nuklearnych. W teorii nikt nie chce wojny atomowej. W praktyce państwa wydają setki miliardów złotych po to, aby przeciwnik nigdy nie uznał, że taka wojna może mu się opłacić.
Źródła: NAVSEA, Interesting Engineering

