Patrzę na to wszystko z mieszanymi uczuciami, bo z jednej strony mamy tu klasyczny unijny odruch. Skoro coś zaczyna rosnąć, no to trzeba to opisać, skatalogować i obudować procedurą. Z drugiej jednak strony trudno udawać, że magazyn energii jest tylko “skrzynką na prąd”. W środku siedzą cenne metale, chemia i elektronika, a do tego potencjalne ryzyko pożarowe, ślad węglowy i prozaiczne pytanie o to, co stanie się z tym urządzeniem za 10 albo 15 lat. Odkąd piszę o akumulatorach, fotowoltaice i magazynowaniu energii, coraz mocniej widzę, że sama pojemność w kWh przestaje wystarczać jako opis sprzętu. Oto jednak właśnie nadchodzi moment, w którym akumulator w Unii Europejskiej będzie musiał mieć własną cyfrową historię.
Paszport dla magazynu energii? Na początku brzmi to jak żart
Od 18 lutego 2027 roku każdy magazyn energii wprowadzany na rynek Unii Europejskiej będzie potrzebował cyfrowego paszportu, o ile spełni odpowiednie warunki. Czy jednak mówimy tylko o dużych, przemysłowych akumulatorach, które pracują w domach, firmach, instalacjach komercyjnych albo przy większych systemach energetycznych? Niestety nie. Najważniejszy szczegół ukrywa się w progu pojemności, bo rozporządzenie obejmuje wszystkie akumulatory o pojemności powyżej 2 kWh.
Czytaj też: Fuzja jądrowa to już nie przyszłość. Energia gwiazd dostała pozwolenia i działkę

W przypadku magazynów energii próg pojemności rzędu 2 kWh jest tak niski, że właściwie nie ma o czym dyskutować. Typowy domowy magazyn energii zaczyna się bowiem zwykle od około 5 kWh, a systemy komercyjne i sieciowe idą już w dziesiątki, setki albo nawet tysiące kWh. Stąd właśnie bierze się najciekawszy paradoks tej sprawy, bo finalnie paszport będzie wymagany w praktycznie każdym sensownym magazynie energii.
Po co w ogóle komuś paszport do akumulatora stojącego w garażu? Wbrew pozorom, nie jest to tak absurdalne, jak na pierwszy rzut oka. Magazyn energii pracuje latami, bywa podłączony do fotowoltaiki, może wspierać autokonsumpcję, stabilizować lokalną instalację, brać udział w usługach sieciowych, a po zużyciu nadal zawiera surowce, których Europa nie ma w nadmiarze. Tego typu podobny problem widać przy bezpieczeństwie domowych magazynów energii, gdzie liczy się chemia ogniw, montaż, zabezpieczenia, eksploatacja i świadomość użytkownika.
Największy problem nie leży w samym kodzie QR
Cyfrowy paszport akumulatorów nie jest naklejką z ładnym znaczkiem ani prostym PDF-em wrzuconym na stronę producenta. Ma być rozbudowanym, czytelnym maszynowo zbiorem danych, dostępnym przez kod QR i powiązanym z unikalnym identyfikatorem. Część informacji zobaczy każdy, a część będzie dostępna tylko dla organów nadzoru, jednostek notyfikowanych albo podmiotów mających uzasadniony interes, bo na przykład w kontekście naprawy, ponownego użycia lub recyklingu.
Czytaj też: Twoje panele słoneczne się nie ruszają? No to ominął Cię rosnący trend

W tym miejscu zaczyna się właściwa historia, bo taki paszport nie zawiera tylko nazwy modelu i pojemności. W grę wchodzą dane o śladzie węglowym, składzie materiałowym, pochodzeniu surowców, udziale materiałów z recyklingu, parametrach wydajności, trwałości, bezpieczeństwie i ścieżce końca życia produktu. Standard DIN DKE SPEC 99100 doprecyzowuje, jakie atrybuty danych trzeba brać pod uwagę.
Dla dużych firm to kłopotliwe, ale do opanowania. Dla małego importera albo integratora, który składa magazyn energii z kupionych modułów, sytuacja może być już problematyczna. Właśnie tutaj widzę najostrzejszy punkt całej regulacji. Przepis formalnie dotyczy produktu, ale jego ciężar spada na konkretnego człowieka lub firmę, która jako pierwsza oferuje dany magazyn energii na rynku Unii Europejskiej. Producent gotowego systemu? Tak. Importer? Tak. Integrator, który z ogniw, modułów i własnej obudowy tworzy gotowy magazyn? Również tak.

Dla części mniejszych podmiotów będzie to tym samym kolejna bariera wejścia, bo dużym problemem będzie zdobycie wiarygodnych informacji od dostawców. Zwłaszcza jeśli ktoś działa na tańszych, słabiej udokumentowanych komponentach. Mam wrażenie, że właśnie na tym polega ukryta selekcja rynku. Firmy z poukładanym łańcuchem dostaw poradzą sobie szybciej. Firmy, które jadą na zasadzie “kupujemy tanio i składamy szybko”, mogą już wpaść na ścianę. Dla klienta końcowego nie musi być to złe, bo magazyn energii nie jest zabawką. Dla europejskiej konkurencyjności sprawa jest mniej wygodna, bo każdy dodatkowy obowiązek administracyjny mocniej ciąży lokalnym, średnim podmiotom niż globalnym gigantom.
Od 2031 roku zacznie się drugi etap gry o surowce
Paszport dla akumulatorów nie jest przypadkiem, bo całe rozporządzenie bateryjne wiąże go z szerszą polityką obiegu zamkniętego. Najpierw rynek ma nauczyć się dokumentować ślad węglowy, skład i parametry. Później coraz większe znaczenie będą miały minimalne udziały surowców odzyskanych ze zużytych akumulatorów. Od 2031 roku określone kategorie akumulatorów mają spełniać wymogi dotyczące udziału odzyskanego kobaltu, litu, niklu i ołowiu.
Czytaj też: Energia słoneczna dostała dziwnie żywy nośnik. Ten materiał przebudowuje sam siebie

Uważam, że właśnie tutaj kończy się komiczny obrazek “paszportu dla skrzynki z prądem”, a zaczyna konkretna gra przemysłowa. Europa chce wiedzieć, skąd pochodzą materiały, ile emisji kryje się w produkcie, jakie ogniwa trafiły do obudowy i co da się z nimi zrobić po latach. Można się złościć na biurokrację i częściowo tę złość rozumiem, bo każda taka regulacja tworzy koszty. Nie da się jednak budować energetyki przyszłości na sprzęcie, którego pochodzenie, skład i trwałość pozostają niejasne.
Dla klientów paszport może stać się czymś więcej niż urzędowym wymogiem. Przy zakupie magazynu energii łatwo dziś patrzeć głównie na cenę, pojemność, moc i gwarancję. Za kilka lat równie ważne mogą być dane o degradacji, chemii ogniw, śladzie węglowym i możliwościach późniejszego wykorzystania. Wtedy akumulator bez wiarygodnej dokumentacji zacznie wyglądać podejrzanie, nawet jeśli będzie tańszy.
Źródła: Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE), DPPHero

