Twoje panele słoneczne się nie ruszają? No to ominął Cię rosnący trend

Przez długi czas fotowoltaikę ocenialiśmy głównie przez pryzmat samych paneli, ale coraz mocniej mam jednak wrażenie, że ta dojrzewa nie tylko przez lepszą chemię, cieńsze warstwy i bardziej wyrafinowane materiały. Drugi rozdział tej historii dotyczy czegoś bardziej mechanicznego, bo sterowania, algorytmów i umiejętnego zarządzania światłem w czasie. Słońce nie stoi przecież w miejscu. Skoro tak, to dlaczego wielka instalacja energetyczna miałaby zachowywać się tak, jakby stało?
Twoje panele słoneczne się nie ruszają? No to ominął Cię rosnący trend

Rynek fotowoltaiki przez lata kojarzył się z prostym schematem ustawiania modułów pod właściwym kątem i we właściwym miejscu. Trackery zmieniają jednak tę logikę, bo dzięki nim panel przestaje być pasywną powierzchnią, a zaczyna pracować jak część większego, ruchomego systemu. Nie wystarczy już tylko to, że pochłania światło. Ma jeszcze ustawić się tak, żeby pochłaniać je możliwie dobrze wtedy, gdy energia jest najbardziej potrzebna albo najbardziej opłacalna. Czy takie coś w ogóle ma sens? Dane coś na ten temat mówią.

Panele zaczynają śledzić Słońce coraz częściej

Według najnowszych danych Wood Mackenzie globalny rynek trackerów solarnych urósł w 2025 roku o 19 procent i przekroczył 134 GWdc dostaw. Nie mówimy więc o byle zabawce dla hobbystów, którą ktoś dokręca do panelu na działce. Mówimy o sprzęcie liczonym w gigawatach mocy prądu stałego, czyli przed przekształceniem energii przez falowniki na prąd zmienny używany w sieci. Globalnym liderem pozostaje Nextpower, który jedenasty rok z rzędu utrzymał pierwsze miejsce i zgarnął około 30 procent rynku. Mówimy o prawie 40 GWdc dostaw w samym podstawowym biznesie trackerowym. Dalej w rankingu dostawców trackerów są GameChange Energy, Arctech Solar, Array Technologies i PV Hardware.

Czytaj też: Energia słoneczna dostała dziwnie żywy nośnik. Ten materiał przebudowuje sam siebie

Stany Zjednoczone są tutaj szczególnie interesujące, bo tam popyt krajowy na trackery wzrósł o ponad 25 procent względem 2024 roku i po raz pierwszy przekroczył 40 GWdc. Nextpower ma tam ponad połowę rynku, a trzy firmy (Nextpower, Array Technologies i GameChange) kontrolują łącznie prawie 90 procent amerykańskiego sektora trackerów.

Gdy technologia staje się naprawdę ważna dla dużych projektów energetycznych, to z marszu przestaje być rozproszonym eksperymentem, a zaczyna zamieniać się w rozległy przemysł. W USA dodatkowo pieniądze za jednostkę mocy są wyższe niż globalna średnia, więc dostawcy mogą inwestować w bardziej zaawansowane rozwiązania, oprogramowanie, odporność konstrukcji i modele dopasowane do trudnych warunków terenowych.

Europa też ruszyła, ale z inną motywacją

Europejski rynek trackerów osiągnął w 2025 roku rekordowe 25 GWdc dostaw. Liderem został hiszpański Axial Trackers, a ważnym powodem jego pozycji jest agrofotowoltaika, a to szczególnie tam, gdzie unijne wsparcie pomaga łączyć produkcję energii z wykorzystaniem gruntów rolnych. Włochy są tutaj jednym z naturalnych przykładów, bo właśnie tam projekty o podwójnym przeznaczeniu terenu mają większy sens polityczny, ekonomiczny i społeczny.

Czytaj też: Naukowcy zrobili liść, który pluje paliwem. Czy to jeszcze technologia, czy botaniczne oszustwo?

Ten wątek jest dla mnie kluczowy. W Polsce dyskusja o fotowoltaice bardzo często kończy się na dwóch skrajnych obrazkach – dach domu jednorodzinnego albo wielka farma zajmująca teren, który “mógłby służyć czemuś innemu”. Trackery w agrofotowoltaice nie rozwiązują wszystkich konfliktów, ale dodają do tej układanki sterowanie cieniem. Ruchomy panel może inaczej zachowywać się rano, inaczej w południe, inaczej podczas upału i inaczej wtedy, gdy ważniejszy staje się komfort uprawy niż maksymalna chwilowa produkcja prądu.

Właśnie dlatego ten temat dobrze łączy się z pionową fotowoltaiką w Polsce. Tam również chodzi nie tylko o samą sprawność modułu, ale o profil produkcji, wykorzystanie gruntu i dopasowanie energetyki słonecznej do codziennego zapotrzebowania. Jest to ważne dlatego, że fotowoltaika przyszłości nie będzie jedną prostą płytą skierowaną na południe. Coraz częściej będzie układem konstrukcji, algorytmów i kompromisów między energią, przestrzenią, pogodą oraz ekonomią.

Jak działa tracker i dlaczego nie każdy go potrzebuje?

Tracker solarny robi rzecz pozornie prostą, bo zmienia ustawienie paneli w trakcie dnia, aby lepiej wykorzystać pozycję Słońca. W praktyce za tą prostotą stoi mechanika, napęd, sterownik, czujniki, dane pogodowe, moduł GPS, zabezpieczenia wiatrowe i strategia ustawiania paneli w sytuacjach awaryjnych. System musi nie tylko “patrzeć” w stronę Słońca, ale też wiedzieć, kiedy nie opłaca się walczyć o każdy procent produkcji, bo ważniejsze jest bezpieczeństwo konstrukcji.

Najczęściej rozróżnia się trackery jednoosiowe i dwuosiowe. Te pierwsze poruszają moduły w jednym kierunku i są naturalnym wyborem dla dużych farm, gdy liczy się kompromis między kosztem, prostotą i uzyskiem. Te drugie mogą korygować ustawienie w dwóch płaszczyznach, więc teoretycznie pozwalają wycisnąć z instalacji więcej, ale są droższe, bardziej złożone i wymagają większej uwagi serwisowej. Mowa o wzroście wartości odpowiednio do około 30% i 40%, choć do takich liczb trzeba podchodzić z odpowiednim kontekstem. Lokalizacja, zachmurzenie, szerokość geograficzna, odstępy między rzędami, rodzaj modułów, cena energii i koszty serwisu potrafią bowiem zmienić kalkulację.

Tracker nie jest jednak automatyczną odpowiedzią na każdy problem. Na dachu domu ruchoma konstrukcja zwykle nie ma sensu, bo instalacja ma być prosta, tania, odporna i możliwie bezobsługowa. Przy wielkiej farmie PV wygląda to inaczej. Tam dodatkowe procenty produkcji liczone są w ogromnych ilościach energii, a poranna i popołudniowa generacja może być cenniejsza niż sam pik w południe. Zwłaszcza w systemach, w których nadprodukcja w środku dnia zaczyna być problemem, a elastyczność staje się równie ważna jak sama moc zainstalowana.

Tego typu sprzęty są też drogie. Branżowe widełki dla typowej instalacji trackerowej wynoszą około 80-150 tysięcy dolarów za 1 MW, czyli po przeliczeniu mniej więcej 292-548 tysięcy złotych za 1 MW. Do tego dochodzi serwis, kontrola ustawień, smarowanie łożysk, sprawdzanie napędów, reagowanie na wiatr, śnieg i pracę konstrukcji przez lata. Ruch oznacza bowiem zużycie, a napęd oznacza awarię. W efekcie taka farma z trackerami może produkować więcej, ale nie jest tylko farmą z panelami ustawionymi na ruchomej ramie. Staje się systemem mechanicznym pracującym na zewnątrz przez tysiące godzin rocznie i w wymagających warunkach.

Trackery pokazują, że przyszłość PV będzie bardziej aktywna

Jeszcze niedawno przyszłość fotowoltaiki wyobrażaliśmy sobie przez kosmiczne elektrownie, ultralekkie moduły, perowskity i panele działające tam, gdzie klasyczny krzem ma ograniczenia. Nadal warto o tym pisać, bo podobny kierunek widać przy pomysłach na nocną produkcję energii słonecznej z wykorzystaniem satelitów, fotowoltaice zintegrowanej z ciężarówkami czy ogniwach z tylnym kontaktem schodzących z kosztem energii poniżej symbolicznych granic. Trackery są znacznie mniej widowiskowe, ale przez to może nawet ciekawsze.

Czytaj też: Pompa ciepła i stare grzejniki. Viessmann celuje w najtrudniejszy domowy problem

Warto też zauważyć projekt PV Tume na Łotwie, który to jest realizowany z udziałem białostockiej firmy P&Q dla Ignitis. Mowa o farmie o mocy około 174 MW, z ponad 282 tysiącami paneli i jednoosiowymi trackerami, co stanowi przykład tego, że technologie nadążne wchodzą do dużych projektów w naszym regionie Europy, a polskie firmy uczestniczą w ich realizacji. Sama Łotwa nie jest pustynnym rajem dla fotowoltaiki, więc zastosowanie trackerów w takim projekcie ma inną wymowę niż w Arizonie, Arabii Saudyjskiej czy południowej Hiszpanii. Chodzi tam bardziej o maksymalne wykorzystanie dostępnego światła w warunkach, które nie zawsze są idealne. Jeżeli takie projekty będą się sprawdzać ekonomicznie, to będziemy widzieć ich coraz więcej.

Źródła: Wood Mackenzie, SIC Solar

Mateusz ŁysońM
Napisane przez

Mateusz Łysoń

RedaktorZwiązany z mediami od 2016 roku. Twórca gier, autor tekstów przeróżnej maści, które można liczyć w dziesiątkach tysięcy oraz książki Powrót do Korzeni.