Diament od dawna nie jest już wyłącznie królem kamieni w biżuterii, bo dla inżynierów stanowi zestaw niemal absurdalnie pożądanych cech zamkniętych w jednej strukturze. Jest niezwykle twardy, dobrze odprowadza ciepło, nie reaguje łatwo z chemikaliami i wytrzymuje warunki, w których wiele typowych materiałów elektronicznych zaczyna sprawiać problemy. Mimo tego przez ponad sto lat przypisywano mu bardzo konkretne ograniczenie, ale teraz naukowcy pokazali, że wystarczyło odpowiednio go przygotować, żeby ta podręcznikowa pewność zaczęła się rozpadać.
Diament miał nie wytwarzać napięcia. Ultracienka membrana zrobiła coś innego
Zespół z University of Hong Kong wykazał, że ultracienka i elastyczna membrana z polikrystalicznego diamentu generuje stabilne sygnały napięciowe podczas zginania. Innymi słowy, naukowcy zaobserwowali w niej efekt piezoelektryczny, czyli zdolność do przekształcania mechanicznego odkształcenia w różnicę potencjałów elektrycznych.

Najlepszą odpowiedź uzyskali w membranie o grubości około 5 mikrometrów. Jest to warstwa kilkanaście razy cieńsza od przeciętnego ludzkiego włosa. Jej piezoelektryczny współczynnik napięciowy osiągnął około 82,2 mV m/N i według autorów przewyższył wyniki wielu konwencjonalnych materiałów, a w tym tytanianu baru, azotku glinu, azotku galu oraz dwusiarczku molibdenu.
Czytaj też: Ciepło ucieka z fabryk, silników i elektroniki. Ten wyjątkowy kryształ robi z niego prąd
Oczywiście same materiały piezoelektryczne otaczają nas od dawna. Trafiają do czujników ciśnienia, mikrofonów, przetworników ultradźwiękowych, zapalarek, urządzeń medycznych oraz systemów odzyskujących niewielkie ilości energii z ruchu i drgań. Sam diament był jednak konsekwentnie wykreślany z tej kategorii. Jego uporządkowana struktura krystaliczna jest centrosymetryczna, a więc w idealnej postaci nie powinna tworzyć polaryzacji elektrycznej pod wpływem naprężenia.

Naukowcy nie udowodnili oczywiście, że nagle pierścionek zacznie ładować smartwatcha. Nie zmienili też zasad opisujących idealny monokryształ diamentu. Pokazali coś subtelniejszego, bo to, że odpowiednio cienki diament polikrystaliczny może zachowywać się inaczej niż idealna, jednorodna bryła. Jednocześnie wysoki współczynnik napięciowy nie oznacza automatycznie wysokiej mocy, dużego prądu ani możliwości zastąpienia akumulatora. Pokazuje przede wszystkim, że stosunkowo niewielkie naprężenie może stworzyć wyraźną różnicę potencjałów. Do zasilenia prostego czujnika może to być niezwykle przydatne. Do ładowania smartfona już niekoniecznie.
Sekret nie tkwi w idealnym diamencie, tylko w jego niedoskonałościach
Najciekawszy element tej historii znajduje się na granicach ziaren tworzących membranę. Polikrystaliczny diament nie jest jednym idealnym kryształem. Składa się z wielu drobnych kryształów stykających się ze sobą pod różnymi kątami. W miejscach tych połączeń symetria materiału zostaje lokalnie zaburzona, a obliczenia przeprowadzone przez badaczy wskazują, że podczas zginania właśnie w pobliżu granic ziaren dochodzi do zmiany polaryzacji elektrycznej. Im większe odkształcenie, tym więcej ładunku gromadzi się w tych obszarach, co z kolei prowadzi do powstania różnicy potencjałów pomiędzy górną i dolną powierzchnią membrany.


Przez dekady inżynierowie próbowali produkować materiały możliwie czyste, jednorodne i wolne od defektów. Dziś coraz częściej celowo projektują granice ziaren, domieszki, naprężenia i warstwy, bo właśnie tam pojawiają się właściwości nieobecne w idealnym materiale. Podobny schemat widziałem już przy azotkach węgla o właściwościach piezoelektrycznych czy przy zwiększaniu piezoelektrycznej odpowiedzi ScAlN za pomocą obróbki cieplnej. Czasami więc wystarczy zmusić znany materiał, żeby jego wewnętrzna struktura zaczęła pracować na naszą korzyść.


Badacze musieli przy tym upewnić się, że mierzone napięcie rzeczywiście pochodzi z efektu piezoelektrycznego. Przy pocieraniu i kontakcie różnych powierzchni łatwo przecież wygenerować ładunki triboelektryczne. Jest o dokładnie ten sam mechanizm, przez który po przejściu po dywanie można poczuć niewielkie wyładowanie przy dotknięciu metalowego przedmiotu. W tym celu zespół wielokrotnie zginał membrany w kontrolowanych warunkach, zmieniał konfigurację eksperymentu i analizował powtarzalność sygnałów. Stabilny przebieg napięcia oraz jego zgodność z odkształceniami miały wykluczyć zarówno zakłócenia środowiskowe, jak i przypadkową elektryzację powierzchni. Dopiero po tych testach badacze uznali, że rzeczywiście obserwują piezoelektryczną odpowiedź diamentowej membrany.
Ważne osiągnięcie sięga 2024 roku
Samo wykrycie napięcia nie byłoby aż tak interesujące, gdyby naukowcy potrafili stworzyć wyłącznie mikroskopijny płatek wymagający wielu tygodni ręcznej pracy. W tym przypadku eksperyment był możliwy dzięki opracowanej wcześniej metodzie złuszczania diamentu od odsłoniętej krawędzi. Zespół z Hongkongu zaprezentował ją pod koniec 2024 roku jako sposób na wytwarzanie dużych, samonośnych, wyjątkowo płaskich i elastycznych membran diamentowych.
Czytaj też: Przyszłość zajrzała na wysypisko. Butelki, reklamówki i opakowania dały wodór
Według komunikatu uczelni proces pozwala oddzielić membranę o średnicy dwóch cali, czyli około 5,1 cm, w ciągu mniej więcej 10 sekund. Nie znaczy to oczywiście, że cała produkcja gotowego układu elektronicznego trwa kilkanaście sekund. Chodzi o kluczowy etap odseparowania cienkiej warstwy. Mimo wszystko pokazuje to, że badacze od początku myśleli nie tylko o pojedynczym eksperymencie, ale również o skalowaniu technologii.
Co jeszcze ważniejsze, uzyskiwane powierzchnie mają być kompatybilne ze standardowymi metodami mikrowytwarzania. Teoretycznie można więc nanosić na nie elektrody, tworzyć mikrostruktury oraz integrować je z urządzeniami elektronicznymi, fotonicznymi, mechanicznymi i akustycznymi. Właśnie tutaj widzę największą różnicę między ciekawostką a potencjalnie użytecznym przełomem. Piezoelektryczny diament jest interesujący. Piezoelektryczny diament, który można wytwarzać w formie kilkucentymetrowych, powtarzalnych membran i obrabiać metodami zbliżonymi do tych stosowanych w przemyśle półprzewodnikowym, staje się już podstawą całej platformy technologicznej.
Diament nie musi zastępować akumulatora, żeby zmienić elektronikę
Odkąd piszę o generatorach zbierających niewielkie ilości energii z otoczenia, mam wrażenie, że ich potencjał jest regularnie przedstawiany w niewłaściwej skali. Najbardziej sensowne zastosowania takich rozwiązań są znacznie mniejsze. Czujnik mierzący naprężenie konstrukcji, pracę implantu albo drgania maszyny nie potrzebuje ogromnej ilości energii. Potrzebuje niezawodnego sygnału i możliwości działania przez wiele lat bez wymiany baterii. W takiej roli diamentowa membrana może jednocześnie wykrywać deformację i dostarczać energię potrzebną do jej zarejestrowania lub przesłania.

W urządzeniach MEMS, czyli mikrosystemach elektromechanicznych, diament był dotychczas wykorzystywany głównie jako wytrzymałe podłoże. Właściwą warstwę piezoelektryczną trzeba było tworzyć z innego materiału. Odkrycie zespołu HKU sugeruje, że w przyszłości jedna membrana mogłaby pełnić kilka funkcji naraz. Byłaby konstrukcją nośną, odprowadzałaby ciepło, reagowała na odkształcenia i generowała napięcie.
Takie połączenie jest szczególnie atrakcyjne w środowiskach, w których typowe polimery albo delikatne warstwy piezoelektryczne szybko się starzeją. Diament wyróżnia się wysoką przewodnością cieplną, odpornością chemiczną, dużą wytrzymałością dielektryczną, szeroką przerwą energetyczną i wysoką prędkością propagacji fal akustycznych. Dokładnie takie parametry decydują o tym, czy mikroskopijny czujnik będzie działał stabilnie po latach pracy.

Badacze wymieniają też urządzenia medyczne. Diament jest chemicznie stabilny, nietoksyczny i biokompatybilny, więc elastyczna membrana mogłaby w przyszłości trafić do implantów monitorujących ruch tkanek, ciśnienie lub deformację. Ruch organizmu generowałby wtedy zarówno sygnał pomiarowy, jak i część energii potrzebnej do działania urządzenia. Jest to nadal wizja wymagająca wielu testów, ale znacznie bardziej realistyczna niż diamentowy powerbank.
Najtwardszy materiał świata dostał nową funkcję, ale do gotowego produktu daleko
Wyniki są obiecujące, lecz między laboratoryjną membraną a produktem wszczepianym do organizmu albo montowanym w procesorze znajduje się wyjątkowo długa droga. Nadal nie wiemy, jaki użyteczny prąd i moc można uzyskać w rzeczywistym urządzeniu, jak membrany zachowają się po milionach lub miliardach cykli oraz ile będzie kosztować ich produkcja.
Czytaj też: Czy to żyje?! Zaobserwowali coś, co umykało naukowcom przez lata
Pytania dotyczą też elektrod, połączeń, obudowy i integracji z elektroniką. Sama diamentowa warstwa może być niezwykle odporna, ale gotowe urządzenie zawsze składa się z wielu materiałów. Najsłabszym elementem może okazać się metalowy kontakt, warstwa izolacyjna albo miejsce połączenia membrany z układem scalonym. Warto również pamiętać, że wynik dotyczy diamentu polikrystalicznego o odpowiedniej grubości i strukturze granic ziaren. Nie każda diamentowa powłoka automatycznie stanie się dobrym piezoelektrykiem. Parametry będą zależały od procesu produkcji, orientacji kryształów, wielkości ziaren, naprężeń oraz jakości powierzchni.
Mimo tych ograniczeń patrzę na odkrycie z dużym zainteresowaniem, bo diamentowe membrany dodają nową funkcję do materiału, który już wcześniej należał do najciekawszych kandydatów dla elektroniki przyszłości. Podobnie jak przy diaficie łączącym właściwości diamentu i grafenu, największa wartość może tkwić nie w jednym rekordowym parametrze, lecz w połączeniu wielu cech w tej samej strukturze. Tym razem diament nie przestał być diamentem. Stał się wystarczająco cienki, elastyczny i niejednorodny, żeby ujawnić właściwość ukrytą przez ponad sto lat.
Źródła: Science Advances, SciTechDaily, HKU

