Przygodówkowa rewolucja, która rozpoczęła się na podłodze barowej toalety
Tytuł ten to z dzisiejszej perspektywy klasyczny point-and-click, w którym wcielamy się w pozbawionego pamięci detektywa z lat 40. ubiegłego wieku, budzącego się w toalecie lokalnej speluny – w naszym rewolwerze brakuje trzech pocisków, a w biurze na pierwszym piętrze leży trup z trzema ranami postrzałowymi. Deja Vu to całkiem intrygująca opowieść w klimacie filmu noir, wymagająca od gracza nieco detektywistycznej roboty, by połączyć liczne kropki i wydedukować, kto w tej intrydze jest kim. Jest seks, przemoc, brudne pieniądze i w zasadzie wszystkie, czego po tego typu opowieści można się spodziewać, aczkolwiek sama fabuła z dzisiejszej perspektywy bynajmniej nie zniewala z nóg.

Przede wszystkim brak tu jest na dobrą sprawę interakcji z innymi bohaterami tej opowieści, a te, które zawarto, kończą się bardzo szybko, najczęściej przemocą. Na dobrą sprawę historii nie popychają do przodu nasze czyny – ta stoi w miejscu, a my jedynie zbieramy do kupy okruchy przeszłości. Oczywiście zrzucić można to na karb wieku gry i innych oczekiwań ówczesnych graczy, ale w podobnym okresie Sierra wydawała King’s Questy, Space Questy i Leisure Suit Larry’ego, w których świat był odczuwalnie mniej statyczny. Deja Vu odmówić nie można natomiast klimatu zdeprawowanego, niebezpiecznego Chicago, który skutecznie utrzymuje uwagę gracza na tych kilka godzin potrzebnych ukończenie przygody.
Czytaj też: Rozmawiałem z twórcą pierwszego Wiedźmina. Teraz wiem, jak wielkim wyzwaniem jest Witcher 1 Remake [WYWIAD]
Debiut, który pozostawił królów gier przygodowych w tyle
Tym, co jednak w samej grze intryguje mnie najmocniej, to point-and-clickowa rozgrywka. Dziś niejako utożsamiamy je z klikaniem myszą, ale w latach osiemdziesiątych dużo popularniejszy był interfejs tekstowy. Dość powiedzieć, że wszystkie gry Sierry z tego gatunku wymagały wpisywania komend aż do premiery King’s Quest V w 1990 roku. Toteż Deja Vu i całą serię MacVenture można rozpatrywać jako w rewolucyjną, nawet jeśli o rok wyprzedził je Enchanted Scepters od Silicon Beach Software. Oczywiście tworzenie gier było wówczas zdecydowanie mniej skomplikowane niż dzisiaj, więc nigdy nie możemy być pewni, czy przypadkiem jakiś nastolatek nie stworzył pierwszego point-and-clicka jeszcze wcześniej, ale większość źródeł wskazuje właśnie te dwie gry jako prowodyrów późniejszej, gatunkowej rewolucji.

To jednak wciąż wczesna gra przygodowa, toteż nadal akcje wybieramy z podręcznego menu, które pozwala nam na wchodzenie w interakcje z otoczeniem. Właśnie w ten sposób przyglądamy się obiektom na ekranie (co skutkuje pojawieniem się często sarkastycznego i niekiedy nawet zabawnego opisu w polu tekstowym) czy walimy „z karata” naprzykrzającemu się nam zbirowi. Psikus polega na tym, że ich spora część jest zbędna, bo w interakcje ze światem możemy wchodzić również bezpośrednio w otoczeniu. Dwuklik na drzwiach je otworzy, a kolejny przeniesie nas do następnej lokacji. Otoczenie zmieniać można również poprzez podręczną mapę. W efekcie Deja Vu jeszcze mocniej zachwyca interaktywnością, nawet jeśli z dzisiejszej perspektywy nie wydaje się to niczym nadzwyczajnym.
Interfejs komputerów Apple w służbie gier
Co ciekawe, Deja Vu to na dobrą sprawę gra okienkowa. Jeżeli kupicie ją teraz na Steamie (kosztuje grosze), otworzy się w oknie emulującym wygląd interfejsu Macintosha bądź Apple IIGS (w zależności od wybranej wersji), wliczając w to pasek komend z tęczowym jabłuszkiem w lewym, górnym rogu. Ponadto całe UI oparto właśnie na oknach, które możemy dowolnie przesuwać i zmieniać ich rozmiary, toteż Deja Vu można bez problemu dostosować pod siebie – znów, dziś jest to zaledwie ciekawostka, ale czterdzieści lat temu możliwość ta stanowiła nowatorskie rozwiązanie.

Czytaj też: Przepytałem polskie studio, jak ważny jest potężny sprzęt przy tworzeniu gier wideo
Kiedyś technologicznie rewolucyjna przygodówka, dziś nieco archaiczna ciekawostka
Należy jednak pamiętać, że jest to właśnie ponad czterdziestoletnia produkcja, więc archaizmów jest tutaj niemało. Najbardziej widocznym jest oczywiście grafika, która przypadnie do gustu fanom pixel artu (wersja na komputery Macintosh prezentowana jest w czerni i bieli), ale mimo wszystko jest momentami nieco nieczytelna. Udźwiękowienie ogranicza się natomiast do sporadycznych odgłosów uderzeń czy wystrzałów. Najbardziej problematyczny jest jednak fakt, że Deja Vu wielu rzeczy zwyczajnie nie wyjaśnia. Przykładowo niektóre drzwi zamknięte drzwi można otworzyć, przestrzeliwując zamek, ale kolejne wymagają klucza, bo magicznie wpływają na naszą celność, nie pozwalając się trafić.
Gra posiada też ukryty licznik – musimy wyleczyć amnezję bohatera w konkretnym czasie, bo inaczej zginiemy, co może doprowadzić do konieczności powtarzania całej przygody od początku. Na całe szczęście jej przejście zajmuje około godziny, jeśli wiemy, co robimy. Realnie natomiast, jeżeli nie chcecie grać z solucją, spędzicie tutaj kilka godzin, bo Deja Vu lubi karać gracza śmiercią za nic. Czasami trafimy na aligatora w kanałach, a innym razem okaże się, że lokacja, do której możemy się według mapy udać, znalazła się tam tylko po to, by nas zabić. Sytuacje „chodzącego trupa”? Też są! Może Wam zabraknąć kasy na taksówkę, jeśli nie postanowicie zagrać i wygrać w jednorękiego bandytę. Ewentualnie pod sam koniec gry może się okazać, że nie wrócicie do pewnego miejsca, bo nie zabraliście z niej klucza na początku gry. Jedynym rozwiązaniem jest wówczas – a jakże! – zaczęcie od nowa.

Krótki, lecz intensywny żywot serii MacVenture
Seria MacVenture w kolejnych latach doczekała się trzech nowych gier, które w przeważającej większości stanowiły zupełnie odrębne byty, których jedynym łącznikiem była identyczna formuła rozgrywki. Wyjątek stanowi Deja Vu II: Lost in Las Vegas, czyli bezpośrednia historia wspomnianego wcześniej prywatnego detektywa. O tytule tym wspominam natomiast raczej z obowiązku, bo na tle pozostałych gier z serii wypada on stosunkowo blado – ot, więcej tego samego, ponadto mogące się pochwalić dość mieszanymi recenzjami. Zdecydowanie bardziej intrygująco wypadają pozostałe dwie odsłony – The Uninvited oraz Shadowgate.
Czytaj też: Praktycznie każdy gracz na to czekał. Remastery nadchodzą, a ja ciągle nie mogę zdzierżyć Fallouta 4
Żadna z nich wprawdzie nie przynosiła ze sobą żadnej rewolucji, toteż nadal obserwowaliśmy raczej ascetyczne okienka komputerów Apple i w zupełnej ciszy, przerywanej jedynie od czasu do czasu odgłosami tła, rozwiązywaliśmy kolejne zagadki. Twórcy postanowili postawić na kompletnie inne klimaty – The Uninvited zabiera bowiem gracza do wnętrza przerażającej (przynajmniej w zamyśle) posiadłości, gdzie czekają na nas liczne monstra, próbujące przeszkodzić nam w uratowaniu brata; Shadowgate romansuje natomiast z klimatami fantasy, wrzucając gracza do tytułowego zamku.

Zapomniane ziarnko, z którego wykiełkowały przygodówki point-and-click
Choć MacVenture Series u swojego zarania rewolucjonizowało gatunek, to w 1988 roku, kiedy wydano ostatnią jej odsłonę, Deja Vu II, przygodówki point-and-click może wciąż nie były zjawiskiem powszechnym, ale zdecydowanie coraz bardziej popularnym. Sierra wprawdzie wciąż potrzebowała czasu, by porzucić archaiczny interfejs tekstowy, lecz na rynku zaczęły pojawiać się już takie produkcje jak chociażby Zak McKracken and the Alien Mindbenders czy Captain Blood, a w kolejnych latach grono point-and-clicków tylko się powiększało. MacVenture Series żyło z kolei nadal, choć głównie za pośrednictwem licznych i często uproszczonych portów na inne komputery i konsole. Ciekawostką jest natomiast fakt, że Shadowgate doczekało się kilkunastu kontynuacji w najrozmaitszych formach, a The Uninvited – według zapowiedzi z 2025 roku – również ma otrzymać sequel, tym razem bardzo wierny pierwotnej formule – The Uninvited 2: Let Nothing You Dismay.
Deja Vu i pozostałe gry z serii zdecydowanie winne są wielu grzechów właściwych dla czterdziestoletnich przygodówek, ale mimo wszystko nie jestem w stanie myśleć o nich inaczej niż z sentymentem. W swoim czasie były to produkcje iście rewolucyjne, nawet jeśli nie zapisały się w świadomości graczy w równym stopniu co King’s Quest czy Leisure Suit Larry. Uważam, że nadal warto je sprawdzić, bo pomimo pewnych problemów oferują naprawdę przyjemny klimat (niezależnie od obieranej przez daną odsłonę konwencji) i ciekawe intrygi. Warto jednak mieć na podorędziu solucję – może nie cały czas otwartą, ale gotową w razie potrzeby.
