Związek Radziecki, mierząc się z tym niemal niemożliwym wyzwaniem personalnym, opracował plan, który na pierwszy rzut oka wydawał się genialny: stworzyć sieć zautomatyzowanych latarni morskich zasilanych energią jądrową. To była śmiała wizja, która miała rozwiązać problem braku ludzi w odległej Północy. Jak się jednak okazało, to “genialne” rozwiązanie miało w przyszłości stworzyć problem o znacznie większej, globalnej skali.
Radiotermiczne generatory izotopowe
Kluczem do radzieckiego projektu były Radiotermiczne Generatory Izotopowe (RTG). Warto podkreślić, że nie były to miniaturowe elektrownie jądrowe, ani nawet “baterie jądrowe” w dosłownym sensie. RTG to stosunkowo proste urządzenia, które przekształcają ciepło powstające z naturalnego rozpadu promieniotwórczego w energię elektryczną. Ta sama technologia od lat 70. XX wieku zasila kultowe sondy Voyager, które wciąż przemierzają otchłanie kosmosu, a także inne misje eksploracyjne, takie jak Cassini czy New Horizons.
Jednak, w przeciwieństwie do amerykańskich modeli, które opierały się na drogim plutonie-238, Sowieci wybrali tańszą alternatywę. Do budowy swoich RTG wykorzystali stront-90, cez-137 lub cer-144 – substancje będące produktami odpadowymi zużytego paliwa jądrowego. Każda jednostka RTG była zdolna generować stałe 7 do 30 woltów i do 80 watów mocy, zapewniając nieprzerwaną pracę latarni przez 10 do 20 lat. Cel został osiągnięty, ale jakość i bezpieczeństwo tych “surowych” radzieckich konstrukcji miały w przyszłości okazać się niezwykle kosztowne.
Promienny blask, promienny problem. Ciemna strona atomowych latarni
Gdy Związek Radziecki upadł w 1991 roku, na obszarach Murmańska i Archangielska w północno-zachodniej Rosji działało niemal 200 latarni zasilanych RTG. Niewiadoma liczba innych urządzeń była rozsiana wzdłuż wybrzeży Dalekiej Północy. Jednak wraz z załamaniem się rosyjskiej gospodarki i erozją starych systemów inżynieryjnych, te latarnie zostały porzucone i zaczęły popadać w ruinę.
Przez kolejne dekady Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej (MAEA) dokumentowała liczne przypadki, w których niszczejące systemy RTG stawały się poważnym zagrożeniem radiologicznym. W 1999 roku w miejscowości Kingisepp, w pobliżu granicy z Estonią, znaleziono urządzenie RTG emitujące promieniowanie na przystanku autobusowym. Okazało się, że zostało skradzione z latarni przez szabrowników, szukających metali.
Jeszcze bardziej dramatyczny incydent miał miejsce w 2001 roku. Trzech drwali natknęło się na emanujące ciepłem ceramiczne obiekty w pobliżu swojego obozowiska w odległej dolinie rzeki Inguri w Gruzji. Nieświadomi zagrożenia, mieli do czynienia z dwoma kolejnymi RTG z epoki radzieckiej. Dwóch mężczyzn musiało być leczonych z powodu choroby popromiennej i poważnych oparzeń radiacyjnych.
Norweska interwencja i dziedzictwo Anivy
Zdając sobie sprawę ze skali problemu, sąsiadująca z Rosją Norwegia zainicjowała w 1997 roku program oczyszczania północno-zachodniej Rosji z tych niebezpiecznych RTG. W ciągu dekady udało się bezpiecznie usunąć około 60 generatorów z latarni na Półwyspie Kolskim, zastępując je panelami słonecznymi i akumulatorami niklowo-kadmowymi. Niestety, sytuacja dalej na wschód wciąż pozostaje owiana tajemnicą.
Dziedzictwo radzieckich latarni jądrowych przetrwało jednak symbolicznie do XXI wieku. Jednym z najbardziej znanych i z pewnością najbardziej malowniczych przykładów jest Latarnia Aniva. Zbudowana przez Japończyków w latach 30. XX wieku w pobliżu Wyspy Sachalin, po II wojnie światowej przeszła pod kontrolę ZSRR. Co ciekawe, mimo upadku systemu radzieckiego, w latach 90. wyposażono ją w RTG.
Światło latarni Aniva świeciło aż do 2006 roku, kiedy to radioaktywny rdzeń został ostatecznie usunięty, a latarnia porzucona na dobre. Dziś stoi w ruinie – ciche, ale piękne przypomnienie niezwykle dziwnego i potencjalnie niebezpiecznego rozdziału inżynierii czasów Zimnej Wojny, w którym atomowa moc miała rozświetlić najciemniejsze zakątki świata.
