Serwisowanie satelitów, ich tankowanie, kontrolowane zbliżenia, wymiana podzespołów i usuwanie kosmicznych śmieci jeszcze niedawno wyglądały jak technologie potrzebne przede wszystkim przyszłym stacjom orbitalnym. Problem w tym, że praktycznie każda z tych umiejętności ma również drugą stronę. Maszyna zdolna podejść do niesprawnego satelity i go przechwycić może przecież zrobić dokładnie to samo z satelitą, którego właściciel wcale nie prosił o pomoc. Chiny właśnie dały nam bardzo dobry powód, aby o tej różnicy ponownie porozmawiać, bo granica między sprzętem naukowym czy technicznym, a wojskowym, jest tutaj bardzo cienka.
Shenlong wypuścił satelitę, dogonił go i najpewniej ponownie zabrał na pokład
Tym razem historia sprowadza się do czwartej misji chińskiego eksperymentalnego statku wielokrotnego użytku, który na Zachodzie zwykle funkcjonuje pod nieoficjalną nazwą Shenlong, czyli “Boski Smok”. Chiny z kolei pozostają przy znacznie bardziej zachowawczym określeniu “eksperymentalnego samolotu kosmicznego wielokrotnego użytku” i praktycznie nie ujawniają jego parametrów. Wiemy za to, że 7 lutego 2026 roku pojazd został wyniesiony z centrum Jiuquan rakietą Long March 2F, a Chińczycy utrzymują, że było to związane z testowaniem technologii wielokrotnego użytku dla pokojowego wykorzystania przestrzeni kosmicznej.
Czytaj też: Atomowy niszczyciel pozostanie pod wodą, a będzie widzieć wszystko. USA wydadzą na to pół miliarda


Znacznie ciekawsze rzeczy zaczęły dziać się kilka miesięcy później. Według rekonstrukcji astrofizyka Jonathana McDowella, opartej na danych śledzenia Kosmicznych Sił Powietrznych USA, 21 czerwca Shenlong wypuścił niewielkiego satelitę oznaczonego jako 2026-024H. Około 12 lipca oba obiekty ponownie znalazły się bardzo blisko siebie. Dane wskazywały, że aż do końca sierpnia dzielił je dystans poniżej kilometra, a McDowell uznał, że satelita mógł w tym okresie zostać fizycznie przechwycony przez kosmoplan. Następnie obiekt ponownie pojawił się na orbicie i rozpoczęła się kolejna seria manewrów.
Późniejsza rekonstrukcja wydarzeń wskazuje na drugi cykl. Satelita miał zostać ponownie wypuszczony, oddalić się o tysiące kilometrów, a następnie zostać dogoniony. 10 września rozpoczęło się kolejne zbliżenie, a 13 września obiekt miał zostać ponownie przechwycony. Nagrań czy zdjęć na potwierdzenie tego brakuje, ale sekwencja tych manewrów jest jednak wystarczająco charakterystyczna, by trudno było uznać ją za przypadek.
Naprawa satelity i atak na satelitę zaczynają się od tej samej technologii
Technicznie mówimy o RPO, czyli rendezvous and proximity operations. W ramach tych działań statek kosmiczny musi precyzyjnie określić położenie drugiego obiektu, wyrównać orbitę, kontrolować prędkość względną i podejść do niego na tyle blisko, żeby możliwa była inspekcja, dokowanie albo fizyczny kontakt. Dokładnie takich umiejętności potrzebujemy do budowy przyszłej infrastruktury orbitalnej, o czym pisałem przy okazji chińskich planów tankowania satelitów na orbicie. Jeżeli satelity da się uzupełniać paliwem, naprawiać albo przenosić na nowe orbity, to ich okres eksploatacji może wzrosnąć z wielu lat do całych dekad. Tym samym jedna z największych wad współczesnych systemów kosmicznych zaczyna znikać.
Czytaj też: Latający lotniskowiec już działa. Tak USA dostarczają nad cel całą armię

Tyle że robotycznego ramienia nie interesuje, do kogo należy obiekt znajdujący się przed nim. Ta sama technologia może posłużyć do obejrzenia obcego satelity z kilku metrów, zmiany jego orientacji, uszkodzenia anteny, przechwycenia go albo wyrzucenia z użytecznej orbity. Czy to oznacza, że Chiny właśnie mają taką broń? Niekoniecznie, bo dotychczasowe chińskie operacje RPO nie są dowodem na wdrożenie orbitalnej broni antysatelitarnej. Jednocześnie organizacja Secure World Foundation zalicza tego typu technologie do zdolności dual-use właśnie dlatego, że granica pomiędzy serwisem a działaniem ofensywnym zależy bardziej od intencji operatora niż od samej konstrukcji urządzenia.
Amerykanie mają X-37B, ale jest tutaj jedna istotna różnica
Shenlong regularnie porównywany jest z amerykańskim X-37B i trudno się temu dziwić. Oba pojazdy są bezzałogowe, wielokrotnego użytku, startują na rakietach, spędzają długie miesiące na orbicie i wracają na pas startowy. Oba programy są też częściowo utajnione. Jest jednak interesująca różnica, bo mimo całej tajemniczości X-37B nie został publicznie zaobserwowany podczas wykonywania rendezvous z innym znanym obiektem orbitalnym. Amerykański pojazd wynosił małe satelity, testował nowe systemy napędowe, materiały, sensory i przeprowadził nawet manewr aerobrakingu, ale Shenlong poszedł w innym kierunku i regularnie ćwiczy bezpośrednią pracę z wypuszczanymi przez siebie obiektami.

Czytaj też: Niewidzialne samoloty wojskowe nadchodzą? Radar i termowizja mają nowy problem
Dla mnie właśnie tutaj kryje się najważniejsza część całej historii. W tekście o “cichej wojnie na orbicie” zwracałem uwagę na to, jak ogromna część współczesnego świata zależy od satelitów. Nawigacja, komunikacja, rozpoznanie wojskowe, synchronizacja czasu, obserwacja pogody – wszystko to lata nad naszymi głowami i zwykle o tym nie myślimy. Ba, do tej pory przez lata wizja wojny kosmicznej oznaczała przede wszystkim rakietę antysatelitarną i eksplozję tworzącą tysiące odłamków. Przyszłość może być jednak znacznie mniej widowiskowa. Być może wystarczy maszyna, która spokojnie dogoni satelitę, podejdzie na kilka metrów i zrobi z nim coś, czego jego właściciel zupełnie nie planował.
Źródła: Defence Blog, Secure World Foundation, Jonathan’s Space Report

