Nagle bowiem “samolotem pokładowym” nie musi być wielotonowy myśliwiec z pilotem, paliwem i uzbrojeniem, a mały bezzałogowiec, którego można zmieścić w specjalnym zasobniku. Sam lotniskowiec również nie potrzebuje człowieka na pokładzie. W efekcie więc pomysł, który kiedyś wymagał gigantycznej maszyny, można pomniejszyć do rozmiarów większego drona i coś takiego wojsko USA przetestowało właśnie w powietrzu.
Jeden cel na radarze nagle staje się wieloma
Podczas ćwiczeń Scarlet Dragon 26-3, przeprowadzonych od 11 do 17 września 2026 roku w Fort Bragg, XVIII Korpus Powietrznodesantowy Armii USA sprawdzał w praktyce Autonomous Swarm Mothership firmy Modalic. Nazwa zdradza praktycznie wszystko, bo ten sprzęt obejmuje większy autonomiczny bezzałogowiec, który pełni funkcję “statku-matki”, transportując mniejsze drony, które następnie wypuszcza już podczas lotu. Daje to jedną wielką przewagę.
Czytaj też: Niewidzialne samoloty wojskowe nadchodzą? Radar i termowizja mają nowy problem

Typowy niewielki bezzałogowiec startujący z ziemi musi przecież od pierwszych sekund zużywać własną energię, pokonywać trasę do celu i pozostawać przez ten czas wystawiony na wykrycie czy zakłócanie. Statek-matka może przesunąć moment rozpoczęcia właściwej misji o dziesiątki kilometrów dalej. To trochę tak, jakbyśmy przestali zastanawiać się wyłącznie nad zwiększaniem zasięgu małych dronów i zamiast tego po prostu zaczęli transportować je tam, gdzie ich niewielki zasięg przestaje być aż tak istotny.

Modalic otwarcie przedstawia zresztą swoją koncepcję właśnie jako sposób na zwiększenie zasięgu rojów i realizowanie wspólnych misji autonomicznych. Ten kierunek rozwoju uzbrojenia nie jest nowy, bo widać go przy systemach pozwalających jednemu operatorowi zarządzać wieloma dużymi dronami oraz przy rojach, dla których zaczyna się rozwiązywać nawet problem ciągłego zasilania.
Rój nie musi zniszczyć obrony. Wystarczy, że ją przeciąży
Scarlet Dragon 26-3 był pod tym względem szczególnie ciekawy, ponieważ w ćwiczeniach wykorzystane zostały formacje liczące od 25 do nawet 100 dronów, a ich zadaniem było jednoczesne przeciążanie sensorów, oprogramowania oraz obsług systemów obrony powietrznej. Do tego dochodziły sztuczna inteligencja, walka elektroniczna, systemy dowodzenia oraz klasyczne środki zwalczania celów powietrznych.
Tutaj właśnie cały pomysł zaczyna nabierać znacznie większego sensu. Wyobraźcie sobie, że radar śledzi pojedynczy większy bezzałogowiec. Po chwili z tego jednego kontaktu robi się kilka lub kilkanaście nowych. System musi nadal pamiętać o nosicielu, rozdzielić kolejne ślady, określić, które maszyny są najgroźniejsze i następnie zdecydować, czym oraz w jakiej kolejności je zwalczać. Dokładnie ten problem sprawdzali Amerykanie, bo jeden z testów obejmował próbę utrzymania śladu “rodzica”, oddzielenia wypuszczonych maszyn i dalszego priorytetyzowania większego zagrożenia po pojawieniu się wielu kontaktów. Nie chodzi więc nawet o to, że sto małych dronów musi mieć ogromną siłę ognia. Samo zmuszenie obrony do jednoczesnej analizy dziesiątek obiektów jest problemem.
Podobny kierunek obserwujemy już przy testach Pentagonu, w których jeden operator kontroluje kilka uzbrojonych bezzałogowców jednocześnie. Wszystko zmierza bowiem do skalowania. Nie tylko liczby dronów, ale również liczby decyzji podejmowanych w tej samej sekundzie.
Chariot ma być właściwym latającym lotniskowcem
Podczas Scarlet Dragon Modalic pokazało także Chariota, czyli większą wersję przygotowywaną jako właściwa platforma tego typu. Według informacji przekazanych przez współzałożyciela firmy Zacka Fishbeina maszyna waży około 91 kg i może zabrać do 45 kg ładunku. Jest więc daleka od wyobrażeń o wielkim latającym lotniskowcu, a jednocześnie ma wystarczający zapas masy, żeby przenosić cały pakiet znacznie mniejszych bezzałogowców.
Czytaj też: Czołg przyszłości nie jest już prototypem. Chiny pokazały go rok temu, dziś ćwiczy z wojskiem
Chariot nie jest jednak jeszcze gotowym sprzętem bojowym. Próby w locie tej konkretnej konstrukcji mają rozpocząć się dopiero w listopadzie 2026 roku. Nie znamy również jego docelowego zasięgu, prędkości, dokładnej liczby przenoszonych dronów, odporności na walkę elektroniczną ani ceny. Armia USA nie poinformowała też o decyzji dotyczącej zakupu. Jest to ważne rozróżnienie, bo sam pomysł ma również bardzo oczywistą słabość.
Nosiciel transportujący kilkanaście mniejszych maszyn jest celem znacznie bardziej wartościowym niż pojedynczy dron. Jeśli przeciwnik wykryje i zestrzeli go odpowiednio wcześnie, to może jednym pociskiem wyeliminować cały rój jeszcze zanim ten rzeczywiście powstanie. W efekcie o przydatności takiego systemu zdecyduje nie tylko jego udźwig, ale też zasięg wypuszczanych maszyn, możliwość lotu na niewielkiej wysokości, autonomiczne planowanie trasy, odporność na zakłócanie i przede wszystkim zdolność do pozostania niewykrytym wystarczająco długo.
Latający lotniskowiec wreszcie ma sens, bo nie ma samolotów
Scarlet Dragon będzie kontynuowany. Kolejna seria prób Scarlet Dragon 27-1 została zaplanowana na kwiecień 2027 roku, a zdobyte doświadczenia mają następnie trafić do większych ćwiczeń Summit Strike we wrześniu 2027 roku w Fort Drum. Nie oznacza to oczywiście, że za rok Armia USA będzie miała eskadry Chariotów. Pokazuje jednak, że autonomiczne systemy, roje oraz ich zwalczanie przestały być traktowane jako pojedyncze eksperymenty.
Czytaj też: USA zwiększają potęgę lotniskowców. Takiej broni jeszcze na nich nie było
Ostatecznie więc latający lotniskowiec rzeczywiście powstał, tylko zupełnie nie tak, jak przez dekady go sobie wyobrażaliśmy. Nie jest bowiem gigantycznym samolotem z myśliwcami pod skrzydłami. Jest bezzałogowcem, który może podwieźć rój w odpowiednie miejsce, otworzyć zasobnik i w ciągu chwili zmienić jeden problem na radarze w kilkanaście kolejnych. Chyba właśnie dlatego ten znacznie mniej widowiskowy wariant ma szansę być tym, co naprawdę trafi na przyszłe pole walki.

