Jeden operator i 35 latających kolosów. Gamera chce zastąpić legendarne wojskowe uzbrojenie

Jeszcze kilkanaście lat temu sam fakt, że wielki uzbrojony samolot może godzinami latać bez człowieka w kabinie, brzmiał jak coś fascynującego. Predator, a później MQ-9 Reaper sprawiły jednak, że szybko przywykliśmy do widoku operatorów siedzących przed monitorami tysiące kilometrów od maszyny. Sęk w tym, że każdy taki sprzęt jest drogi i wymaga sporo ludzkiej uwagi, ale od pewnego czasu mam wrażenie, że właśnie te kwestie zaczynają zmieniać się najmocniej.
Jeden operator i 35 latających kolosów. Gamera chce zastąpić legendarne wojskowe uzbrojenie

Kolejny etap rozwoju wojskowych dronów nie sprowadza się już tylko do większego zasięgu, lepszej optyki czy możliwości podwieszenia kolejnego pocisku. Coraz ważniejsze staje się pytanie, ile maszyn może wysłać do walki jeden operator i jak dużo mogą zrobić samodzielnie po otrzymaniu ogólnego zadania. Pisałem już o tym przy przejściu wojska w stronę systemów, w których jeden człowiek zarządza wieloma autonomicznymi maszynami. Gamera od Swarm Aero pokazuje jednak, jak absurdalnie wielka może być skala tej zmiany.

Gamera nie wygląda jak dron, którego łatwo zaszufladkować

Swarm Aero pokazało Gamerę 14 września podczas Air, Space & Cyber Conference 2026. Już same rozmiary tego drona skutecznie odróżniają ją od tego, co zwykle mamy przed oczami po usłyszeniu słowa “rój”. Rozpiętość skrzydeł Gamery ma bowiem wynosić około 22 metrów, więc rozmawiamy o pełnoprawnym bezzałogowym samolocie Klasy 5, a nie kolejnej niewielkiej maszynie typu kamikadze.

Czytaj też: Armia USA pokazała fabrykę wojny przyszłości. Powstał szybciej niż obiad, a potem latał przez niemal 9 godzin

Napęd temu dronowi zapewnia turbowałowy Honeywell TPE331, a deklarowany zasięg bez tankowania przekracza około 16700 km. Do tego dochodzi ponad 1270 kg udźwigu rozmieszczonego na siedmiu punktach podwieszeń, co jest o tyle ważne, że konstrukcja ma przyjmować zarówno wyposażenie rozpoznawcze, systemy walki elektronicznej oraz łączności, jak i duże uzbrojenie pokroju pocisków LRASM czy JASSM-ER. Zależnie od zadania operator będzie mógł wymieniać zasięg na dodatkowy udźwig i odwrotnie.

Nie bez powodu skojarzenia prowadzą prosto do MQ-9 Reapera. Amerykańskie Siły Powietrzne szukają w ramach programu Massed Modular Aircraft (MMA) następcy tej rodziny maszyn, ale podchodzą do problemu inaczej niż dwie dekady temu. Nowy dron ma być modułowy, produkowany szybko i przede wszystkim na tyle tani, żeby dowódcy mogli zaakceptować jego utratę bez traktowania tego jak katastrofy.

Cel cenowy programu wynosi około 10 mln dolarów za sztukę, czyli przy obecnym kursie około 37,7 mln zł. Swarm Aero twierdzi, że chce zejść jeszcze niżej. Dla porównania kompletny MQ-9 w zależności od konfiguracji bywa wyceniany na około 30-50 mln dolarów, czyli mniej więcej 113-188 mln zł. Nagle więc słowo “masowość” zaczyna mieć zupełnie inne znaczenie.

Jeden człowiek i rój maszyn o skrzydłach szerokich na 22 metry

Wyjątkowo jednak najbardziej interesuje mnie nie sam płatowiec, lecz Legion, czyli system dowodzenia i autonomii rozwijany przez Swarm Aero. Według informacji podawanych przy prezentacji Gamery pojedynczy operator ma być w stanie zarządzać nawet 35 takimi maszynami jednocześnie. Nie oznacza to oczywiście człowieka próbującego ręcznie pilotować 35 samolotów. Sens jest dokładnie odwrotny.

Czytaj też: Pancerz już nie wystarcza. Chiny wsadziły broń przyszłości na swojego pancerniaka Typu 19

W ramach takiego systemu operator ma określać cele misji, a oprogramowanie rozdziela zadania, koordynuje maszyny i pilnuje wykonania planu. Swarm Aero ma tutaj przynajmniej coś więcej niż ładną prezentację, bo Legion był już testowany podczas ćwiczeń FLEX 2026 amerykańskiej marynarki, gdzie jeden operator koordynował wiele różnych platform powietrznych i morskich. System trafił też do programu Autonomous Collaborative Teaming, który jest prowadzony przez Defense Innovation Unit w ramach szerszych prac nad skalowaniem operacji autonomicznych.

Właśnie tutaj kryje się sedno Gamery, bo nie chodzi już o zbudowanie “Reapera 2”, ale o zmianę matematyki lotnictwa bezzałogowego. Zamiast kilku ludzi przypadających na jeden wartościowy dron, mamy dojść do sytuacji, w której jeden człowiek zarządza całym pakietem maszyn latających tysiące kilometrów od bazy.

Wojskowy dron, którego można mieć dużo i nie traktować jak skarbu

Podobny kierunek widać przy dronie Wildfire opracowywanym przez General Atomics, który również walczy o miejsce w programie MMA. Chyba najlepiej pokazuje to, czego Pentagon rzeczywiście dziś szuka. Nie kolejnego niezwykle drogiego arcydzieła techniki, które trzeba za wszelką cenę chronić, lecz samolotu wystarczająco dobrego, dalekosiężnego i taniego, żeby móc kupować go całymi setkami.

Wildfire

Gamera celowo nie jest nawet konstrukcją typu stealth. Swarm Aero stawia na ogromny zasięg, prostotę produkcji, modułowość i liczebność. W konflikcie z silną obroną przeciwlotniczą część maszyn zostanie naturalnie utracona, ale cała koncepcja zakłada jednak, że pozostałe nadal będą prowadzić misję, wymuszać zużywanie drogich pocisków przeciwlotniczych i utrzymywać presję tam, gdzie wysyłanie bezcennych załogowych samolotów byłoby zbyt ryzykowne.

Gamera wygląda jak przyszłość, ale na razie stoi na ziemi

Jest tylko jeden problem – dziś oglądamy przede wszystkim bardzo ambitną obietnicę. Swarm Aero buduje pierwszy prototyp, a jego lot zaplanowano dopiero na 2027 rok. Deklarowane 16700 km zasięgu, koszt poniżej 10 mln dolarów i wszystkie możliwości płatowca muszą więc dopiero zostać potwierdzone w praktyce, bo dziś są jedynie obietnicą. Dlatego nie kupuję jeszcze narracji o rewolucji na wyciągnięcie ręki. Jednak wizja, w której przestaniemy myśleć o dronie jako pojedynczym samolocie, a zaczniemy traktować kilkadziesiąt maszyn jak jeden organizm i to sterowany przez człowieka na poziomie decyzji, a nie drążka, jest bardzo kusząca dla wojsk całego świata.

Czytaj też: Polacy chcą uprościć wojnę dronową do kliknięcia myszką. TASACK zaskakuje i przeraża

Gamera może nigdy nie wygrać programu MMA. Może również nie spełnić części obietnic firmy Swarm Aero. Jeśli jednak za kilka lat rzeczywiście zobaczymy jednego operatora wysyłającego do misji kilkadziesiąt 22-metrowych bezzałogowców, to moim zdaniem będzie to jeden z tych momentów, kiedy technologia znana wcześniej głównie z futurystycznych wizji po prostu stanie się kolejnym elementem wojskowej codzienności.

Źródła: Swarm Aero, Breaking Defense, The War Zone

Mateusz ŁysońM
Napisane przez

Mateusz Łysoń

RedaktorZwiązany z mediami od 2016 roku. Twórca gier, autor tekstów przeróżnej maści, które można liczyć w dziesiątkach tysięcy, książki Powrót do Korzeni oraz gry wideo DIGSITE ZERO.