Ten dron ma zastąpić legendarnego Reapera. Wildfire wygląda znajomo, ale zmienia wszystko

Przez lata duże wojskowe drony były dla mnie jednym z najlepszych przykładów tego, jak szybko coś rodem z wizji przyszłości potrafi zamienić się w zupełną normalność. Jeszcze na przełomie wieku Predator wyglądał jak zapowiedź przyszłości, w której operator siedzący tysiące kilometrów od pola walki będzie godzinami obserwował przeciwnika, a później jednym poleceniem zamieni maszynę zwiadowczą w uzbrojonego łowcę. Dziś nikogo już taki scenariusz szczególnie nie dziwi.
Drony MQ-9 Reaper

Drony MQ-9 Reaper

Wojna jednak bardzo brutalnie weryfikuje technologie stworzone w czasach, kiedy zakładano zupełnie inne warunki działania. Możemy bowiem zbudować fenomenalny bezzałogowiec, wyposażyć go w doskonałą optykę, łączność satelitarną i pociski kierowane, ale jeśli przeciwnik potrafi regularnie strącać takie maszyny, to w pewnym momencie najważniejszą rubryką specyfikacji przestaje być zasięg czy udźwig. Zaczyna być nią cena. Wojsko USA skupiło się tym razem właśnie na tym.

Wildfire wygląda jak Reaper i właśnie w tym tkwi cały paradoks

Firma General Atomics pokazała po raz pierwszy Wildfire, czyli swoją propozycję dla programu Massed Modular Aircraft (MMA), za pomocą którego Siły Powietrzne USA chcą znaleźć tańszego następcę MQ-9A Reaper. Na pierwszy rzut oka wielkiej rewolucji jednak nie widać. Układ ze śmigłem pchającym, długie skrzydła, głowica obserwacyjna pod nosem i ogólna sylwetka jasno zdradzają pochodzenie konstrukcji. Nadal wygląda to jak krewny Reapera i chyba właśnie tak należy na niego patrzeć. Nie jak na próbę wyrzucenia 25 lat rozwoju do kosza, lecz jak na odpowiedź na pytanie, które współczesna wojna zadała producentowi Reapera – co zostawić, a co zmienić, żeby utrata bezzałogowca przestała być finansowym ciosem?

Czytaj też: Wojskowy potwór z Polski. Ten gigant ma jechać na wojnę razem z czołgami

MMA ma osiągać przynajmniej około 370 km/h, zabierać co najmniej 1270 kg sensorów i uzbrojenia, mieć promień bojowy około 4260 km z ładunkiem oraz możliwość samodzielnego przebazowania na dystansie przynajmniej 14800 km. Do tego dochodzi operowanie z pasa o długości maksymalnie około 1830 metrów oraz otwarta, modularna architektura wyposażenia.

Siły Powietrzne USA celują w cenę około 10 mln dolarów za sam płatowiec MMA, czyli po przeliczeniu około 37,1 mln zł. Sensory i część wyposażenia nie wchodzą jednak w tę kwotę. W pełni wyposażony Reaper jest dziś wyceniany w zależności od sposobu liczenia na około 30-50 mln dolarów, czyli mniej więcej 111-185 mln zł. Nie dostajemy więc “Reapera za jedną piątą ceny”, a radykalne obniżenie kosztu platformy, którą będzie można znacznie łatwiej wysyłać na ryzykowne misje i to właśnie jest tutaj kluczowe.

USA miały stracić co najmniej 45 MQ-9 podczas trwającego konfliktu z Iranem, a wcześniejsze straty dochodziły również podczas operacji przeciwko Huti w Jemenie. Wojsko samo przyznaje dziś, że tempo ubywania Reaperów stało się problemem i właśnie dlatego program MMA został przyspieszony. Zamiast pierwszych 20 maszyn gotowych operacyjnie dopiero w 2031 roku, mówi się obecnie o przesunięciu wejścia systemu do służby o około dwa lata. Docelowo USA chcą przynajmniej 180 takich bezzałogowców.

W ogólnym rozrachunku to świetnie pokazuje zmianę, o której pisałem już przy przechodzeniu wojska na model “jeden człowiek, wiele maszyn”. Przyszłość niekoniecznie należy do pojedynczego drona, który jest niemal tak drogi i cenny jak załogowy samolot. Znacznie ciekawsza zaczyna być maszyna wystarczająco dobra, żeby zrobić swoje, ale jednocześnie na tyle tania i łatwa w produkcji, żeby dowódca mógł pogodzić się z jej utratą.

Wildfire ma być latającą ciężarówką z rakietami

General Atomics nie chce jednak zrobić po prostu “Reapera po kosztach”. Na ujawnionych grafikach Wildfire przenosi cztery pociski manewrujące Joint Strike Missile, a producent deklaruje również możliwość zabrania dwóch ciężkich AGM-158C LRASM. Te ostatnie są przeciwokrętową odmianą rodziny JASSM i pozwalają razić cele z dystansu oraz bez konieczności wciskania dużego drona, który nie został zaprojektowany przede wszystkim z myślą o niskiej wykrywalności, bezpośrednio pod nowoczesną obronę przeciwlotniczą, co zmienia rolę takiej maszyny.

Reaper kojarzy się przede wszystkim z wielogodzinnym obserwowaniem obszaru i uderzeniami pociskami Hellfire. Wildfire ma być znacznie bardziej czymś w rodzaju latającego magazynu uzbrojenia dalekiego zasięgu, który może krążyć długo, zbierać dane, a kiedy przyjdzie rozkaz, dołożyć kolejne pociski do większego skoordynowanego ataku. Jeszcze ciekawsze jest to, co dzieje się z łącznością.

Czytaj też: Żołnierz wyciągnie samolot z plecaka i przeleci 322 km za linię wroga

Nos Wildfire nie doczekał się charakterystycznego garba Reapera związanego z klasyczną łącznością SATCOM-em, a General Atomics potwierdza wykorzystanie rozproszonych konstelacji satelitów na niskiej orbicie okołoziemskiej. Do tego Wildfire od początku ma korzystać z rozwijanych systemów autonomii, AI oraz uczenia maszynowego, a producent mówi o sieciowaniu dziesiątek maszyn jednocześnie. Brzmi znajomo? Powinno, bo właśnie w tym kierunku idą również programy Collaborative Combat Aircraft.

Drony MQ 9 Reaper
MQ-9 Reaper

Niedawno przy okazji masowej autonomizacji dronów i łączenia ich w jeden system zwracałem uwagę, że najważniejszą zmianą nie będzie wcale “samodzielny robot bojowy”. Będzie nią człowiek, który przestaje sterować pojedynczą maszyną, a zaczyna zarządzać całym zespołem.

Reaper nie umiera. Jego pomysł po prostu dojrzewa

Pod tą znajomą sylwetką drona Wildfire kryje się znacznie ważniejsza zmiana filozofii. Dłuższy zasięg, cięższe uzbrojenie stand-off, łączność przez rozproszone konstelacje satelitarne, modularność i przede wszystkim możliwość spięcia wielu maszyn w półautonomiczną sieć wskazują, że USA nie chcą już tylko następcy MQ-9. Chcą przejść od pojedynczego, bardzo wartościowego drona do powietrznej masy, której utrata została wkalkulowana w prowadzenie wojny. General Atomics snuje nawet wizję kontrolowania w ten sposób stu maszyn, ale na razie traktowałbym ją bardziej jako kierunek niż gotową zdolność bojową.

Czytaj też: Potwór z Malan naprawdę lata. Chiny pokazały maszynę, której nie powinno jeszcze być

Firma nie pokazała jeszcze prototypu Wildfire, nie znamy finalnej konfiguracji, rzeczywistej ceny ani szczegółów systemu autonomii. Sama obietnica, że wszystko będzie jednocześnie tańsze, lepsze i dostępne szybciej, zdecydowanie zasługuje na sceptycyzm. Tyle że sama potrzeba nie jest już żadną wizją przyszłości. Reapery rzeczywiście padają w konfliktach, Pentagon rzeczywiście chce tańszych maszyn, a wojsko rzeczywiście przygotowuje się do walki całymi grupami bezzałogowców. Teraz pozostaje pytanie, która firma zapewni USA odpowiednie drony, aby rozwiązać te problemy. Wildfire jest bowiem dopiero propozycją.

Źródła: The War Zone, Air & Space Forces Magazine

Mateusz ŁysońM
Napisane przez

Mateusz Łysoń

RedaktorZwiązany z mediami od 2016 roku. Twórca gier, autor tekstów przeróżnej maści, które można liczyć w dziesiątkach tysięcy, książki Powrót do Korzeni oraz gry wideo DIGSITE ZERO.