Żołnierz wyciągnie samolot z plecaka i przeleci 322 km za linię wroga

Mam coraz silniejsze wrażenie, że przyszłość pola walki będzie należeć nie tylko do dronów i autonomii, ale też do rozproszenia swoich sił. Wielki samolot transportowy, śmigłowiec czy kolumna pojazdów to zawsze kuszące cele, więc nic dziwnego, że Brytyjczycy chcą pójść w zupełnie inną stronę i sprawdzić pomysł, który wygląda trochę jak gadżet wyciągnięty z filmu o Jamesie Bondzie.
Zdjęcie poglądowe

Zdjęcie poglądowe

Brytyjski resort obrony wsparł kwotą około 6 mln funtów, czyli przy obecnym kursie około 30,1 mln zł, startup Blakcro z Wiltshire. Firma opracowała wojskowy system napędzanej paralotni startującej z nóg, a więc czegoś, co możemy potraktować jak osobisty środek transportu powietrznego dla żołnierzy. Całość składa się do pojemnika wielkości dużego plecaka, a według producenta i krajowego ministerstwa obrony, przygotowanie sprzętu do lotu zajmuje mniej niż osiem minut nawet w całkowitej ciemności. Nie potrzeba do tego pasa startowego, helikoptera ani samolotu transportowego.

Żołnierz wyciągnie samolot z plecaka

Ten gadżet dla wojskowych wydaje się prosty w użyciu. Żołnierz rozkłada skrzydło, zakłada konstrukcję ze śmigłem za plecami, rozpędza się krótkim biegiem i po prostu odrywa od ziemi, aby przelecieć do około 322 km. Do tego konstrukcja ma mieć niską sygnaturę akustyczną, wizualną i radarową, a tytanowa rama została przygotowana do działania razem z kamizelką kuloodporną, noktowizją oraz mocowaniami uzbrojenia.

Czytaj też: Niemcy pokazali przyszłość obrony powietrznej. Wrogowie będą żyć w niewiedzy

Blakcro poszło nawet dalej. System może dostarczać energię do wyposażenia komunikacyjnego, narzędzi walki elektronicznej czy ogrzewanej odzieży, więc trudno mówić już o sportowym paramotorze pomalowanym na wojskowe kolory. Mamy przed sobą próbę stworzenia pełnoprawnego wyposażenia dla żołnierza, który ma przemieścić się drogą powietrzną bez oglądania się na tradycyjne lotnictwo.

To nie jetpack i właśnie dlatego ma szansę

W tym wszystkim najbardziej podoba mi się pewna ironia, bo przez lata próbowaliśmy spełnić marzenie o człowieku latającym dzięki miniaturowym silnikom odrzutowym, podczas gdy praktyczna odpowiedź może wyglądać właśnie jak paralotnia z wielkim śmigłem. Fizyka po raz kolejny brutalnie wygrywa tutaj z efektownością. Samo skrzydło typu ram-air nie jest oczywiście żadnym przełomem.

Komory wypełniają się powietrzem podczas ruchu, tworząc profil aerodynamiczny, a pilot steruje przez deformowanie tylnej części skrzydła i odpowiednie przenoszenie ciężaru ciała. Napęd usuwa jednak podstawowe ograniczenie klasycznego wojskowego spadochroniarstwa, czyli samą konieczność dostarczenia żołnierza nad rejon działania samolotem albo śmigłowcem. W teorii operator może wystartować samodzielnie i równie samodzielnie wrócić.

Czytaj też: Wojsko weszło w nową epokę. Amunicja i paliwo przestają rządzić polem walki

Nie jest to zresztą pomysł wyjęty nagle z czapy. Amerykańskie siły specjalne demonstrowały w przeszłości wykorzystanie napędzanych paralotni podczas SOF Week już w maju 2024 roku. Firma Blakcro twierdzi zaś, że jej technologia jest już używana operacyjnie i została objęta kontraktami w Wielkiej Brytanii oraz u sojuszników NATO. Dobrze wpisuje się to w ten sam kierunek zmian, który widać przy wojnie autonomicznej i rozpraszaniu możliwości bojowych pomiędzy coraz mniejsze systemy. Zamiast uzależniać oddział od jednej drogiej maszyny, można próbować dać pojedynczym operatorom coraz więcej niezależności.

322 km brzmi świetnie. Tyle że pole walki rządzi się własnymi prawami

Nie kupowałbym bezkrytycznie wizji niewidzialnych komandosów przelatujących setki kilometrów nad linią frontu. “Niska sygnatura” nie oznacza bowiem niewidzialności, a człowiek wiszący pod dużym skrzydłem nadal pozostaje relatywnie powolnym i odsłoniętym celem. Na dodatek wiatr, turbulencje, opady, temperatura oraz masa zabieranego wyposażenia będą wpływać na bezpieczeństwo, możliwości startu i realny zasięg. Deklarowane 322 km traktowałbym więc przede wszystkim jako wartość graniczną możliwości systemu, a nie obietnicę każdej misji.

Do tego współczesne pole walki jest usiane sensorami. Tani dron zwiadowczy, kamera termowizyjna czy zwyczajny posterunek obserwacyjny mogą odebrać takiej paralotni sporą część jej “magii”. Właśnie dlatego tak ważne jest określenie jej roli, bo daleko jej będzie do realnego zamiennika śmigłowca transportowego, ale będzie stanowić świetne narzędzie dla niewielkich zespołów, które chcą dostać się gdzieś bez uruchamiania całej infrastruktury lotniczej.

Czytaj też: 40 tysięcy ton i katapulta dla dronów. Chiny szykują nowy rodzaj lotniskowca

Blakcro rozwija zresztą również większą platformę na wózku, która może przewozić dwóch operatorów, cięższy ładunek, a nawet rannego. Pokazuje to, że firma patrzy na swój pomysł szerzej niż tylko przez pryzmat efektownego “latającego komandosa”.

Wojna przyszłości może wyglądać zaskakująco prosto

Brytyjski projekt podoba mi się dlatego, że nie próbuje udawać technologicznej rewolucji na siłę. Nie ma tu antygrawitacji, kombinezonu Iron Mana ani autonomicznego odrzutowego plecaka. Jest za to lekkie skrzydło, śmigło, tytanowa rama i pomysł na to, jak ominąć jeden z największych problemów współczesnego desantu, czyli zależność od dużych, głośnych i coraz łatwiejszych do śledzenia maszyn. Jeżeli testy przeprowadzone przez Brytyjczyków potwierdzą deklarowany zasięg, niezawodność oraz możliwość działania w trudniejszych warunkach, to napędzana paralotnia może znaleźć sobie bardzo konkretną niszę w rozpoznaniu, infiltracji i ewakuacji małych zespołów.

Źródła: Ministerstwo Obrony Wielkiej Brytanii, Blakcro

Mateusz ŁysońM
Napisane przez

Mateusz Łysoń

RedaktorZwiązany z mediami od 2016 roku. Twórca gier, autor tekstów przeróżnej maści, które można liczyć w dziesiątkach tysięcy, książki Powrót do Korzeni oraz gry wideo DIGSITE ZERO.