Przez dekady potęgę pojazdu bojowego mierzyło się głównie grubością pancerza, kalibrem działa, mocą silnika i zapasem paliwa oraz amunicji. Jednak dziś coraz częściej mam wrażenie, że do tej listy trzeba dopisać liczbę kilowatogodzin, które platforma potrafi zabrać ze sobą na pole walki i nie wynika to z nagłej mody na “zieloną armię”. Skąd więc ten wniosek? Tak się składa, że współczesny wóz bojowy staje się powoli ruchomym centrum danych, obserwacji i walki elektronicznej. Radary, systemy aktywnej ochrony, czujniki, łączność, komputery, zagłuszarki, drony, a w przyszłości również coraz mocniejsze uzbrojenie energetyczne – wszystko to chce prądu.
4,4 kWh, które na polu walki znaczą więcej niż w garażu
Firma Epsilor rozpoczęła seryjną produkcję akumulatora COMBATT ELI-52526-GM 6T. Mamy tu 174 Ah pojemności i 4,4 kWh zgromadzonej energii w standardowym wojskowym formacie 6T, zgodnym z wymaganiami MIL-PRF-32565C i standardami NATO. Producent twierdzi, że jest to najwyższa pojemność energetyczna w tej klasie, a to wszystko przy masie rzędu około 28 kg.
Czytaj też: Niemcy pokazali przyszłość obrony powietrznej. Wrogowie będą żyć w niewiedzy

Same 4,4 kWh nie robią wielkiego wrażenia, jeśli porównamy je z dziesiątkami kilowatogodzin w akumulatorze samochodu elektrycznego czy setkami w magazynach energii. Tyle że tutaj cały sens kryje się w standaryzacji. Wojsko nie potrzebuje wielkiego akumulatora zaprojektowanego dla jednego pojazdu, lecz modułu, który można wykorzystać w wozach bojowych, mobilnych stanowiskach dowodzenia, systemach uzbrojenia, schronach taktycznych czy autonomicznych systemach zasilania. Epsilor mówi też wprost, że przyspieszył przejście do produkcji ze względu na rosnące zapotrzebowanie klientów wojskowych, a nowy COMBATT zostanie pokazany już 8-11 września na MSPO w Kielcach.
Najciekawszy w tym wszystkim jest dla mnie tryb “cichego dozoru” w pojazdach bojowych. Oznacza on, że dany pojazd stoi, silnik spalinowy milczy, a elektronika nadal działa. Czujniki obserwują otoczenie, łączność pozostaje aktywna, systemy walki elektronicznej mogą pracować, a załoga nie musi palić zapasów paliwa tylko po to, żeby zasilać komputery. Epsilor właśnie tutaj widzi główną przewagę nowego 6T – dłuższą pracę z wyłączonym silnikiem, mniejsze zużycie paliwa i ograniczenie obciążenia układu napędowego.
Pojazd bojowy zmienia się w ruchomą elektrownię
Amerykański DEVCOM mówi zresztą o całej tej hybrydyzacji bojowych pojazdów znacznie szerzej. W rozwijanych systemach dla Strykera, Bradleya i innych platform wojsko zakłada między innymi około 10 godzin cichego dozoru, około 4,8 km poruszania się bez pracy silnika spalinowego, możliwość tworzenia lokalnej mikrosieci i nawet podwojenie czasu trwania misji w określonych scenariuszach. Wszystko to pokazuje, dlaczego akumulator przestaje być dodatkiem do rozrusznika.
Czytaj też: HIMARS będzie strzelał jak szalony. Nowa rakieta zdradza większy plan wojskowych USA

Energia elektryczna staje się tym samym zasobem wręcz bojowym. Im więcej jej mamy, tym dłużej mogą działać sensory, zagłuszarki, systemy aktywnej ochrony i sprzęt komunikacyjny. Pisałem już o podobnym problemie przy wojskowych laserach pokroju DragonFire, bo choć nowoczesna broń może być wyjątkowo tania w użyciu, to najpierw trzeba dostarczyć jej odpowiednią ilość energii.
Samo bazowanie na akumulatorach nie oznacza oczywiście magicznej niewidzialności. Wyłączenie diesla ogranicza hałas i część sygnatury cieplnej, ale nie sprawia, że kilkudziesięciotonowy pojazd znika z sensorów przeciwnika. Daje jednak dowódcy kolejną opcję, a na współczesnym polu walki właśnie takich opcji potrzeba coraz więcej.
Lynx XM30 pokazuje, że to nie jest już tylko laboratorium
Drugi sygnał tych zmian przyszedł niedawno ze strony American Rheinmetall. Firma dostarczyła armii USA pierwszy z ośmiu prototypów Lynxa XM30, czyli kandydata na następcę M2 Bradleya. Sam kontrakt Rheinmetalla na fazy projektowania, budowy prototypów i testów ma wartość około 764 mln dolarów, czyli około 2,84 mld zł. W tych pojazdach z punktu widzenia tej historii najważniejszy jest układ hybrydowo-elektryczny. Rheinmetall przedstawia go jako sposób na zwiększenie możliwości generowania energii i obsłużenie coraz bardziej prądożernych systemów pokładowych, a cała platforma ma otwartą, modułową architekturę pozwalającą z czasem wymieniać sensory, oprogramowanie i uzbrojenie bez projektowania wozu od zera.

Czytaj też: 40 tysięcy ton i katapulta dla dronów. Chiny szykują nowy rodzaj lotniskowca
Pierwszy prototyp trafił już do testów rządowych, a siedem kolejnych ma zostać dostarczonych jeszcze w 2026 roku. Nie znaczy to, że Lynx na pewno “zastąpi Bradleya”, bo jest częścią programu XM30, a ten nadal jest nierozstrzygnięty i konkurencyjny, bo obok Rheinmetalla swój pojazd rozwija też spółka General Dynamics Land Systems. Sam program miał też ogromne problemy z opóźnieniami oraz zgodnością części sprzętu i oprogramowania z wymaganiami otwartej architektury MOSA. Różnica względem dawnych futurystycznych prezentacji jest jednak zasadnicza, bo dziś nie oglądamy już tylko renderów, ale fizyczne wozy przygotowane do wojskowych prób.
Wojna przyszłości nie będzie elektryczna. Będzie głodna energii
Nie wierzę, że za kilka lat ciężkie wozy bojowe nagle porzucą silniki spalinowe i zaczną działać jak opancerzone samochody elektryczne. Gęstość energetyczna paliw ciekłych, szybkość tankowania i istniejąca logistyka są zbyt dużą przewagą, żeby armie ot tak z nich zrezygnowały. Mam jednak wrażenie, że zmiana dokonuje się gdzie indziej. Hybryda pozwala zachować zasięg i logistykę paliwową, a jednocześnie dorzuca ogromny budżet elektryczny dla elektroniki, cichej pracy i przyszłych systemów uzbrojenia. Akumulator 6T Epsilora i Lynx XM30 nie są elementami tej samej platformy, ale są częściami tej samej historii.

Pisałem już przy robotyzacji pola walki, że wojsko przyszłości nie musi wyglądać jak armia prosto z filmu science fiction. Coraz częściej przyszłość przychodzi pod postacią znacznie mniej widowiskowych zmian – lepszego oprogramowania, większej autonomii, sieci sensorów i właśnie energii. Wojna zmienia się więc na naszych oczach, a jednym z najważniejszych “nabojów” kolejnej generacji może okazać się zwyczajny prąd.
Źródła: Epsilor, Rheinmetall, DEVCOM GVSC

